gosiam blog

Twój nowy blog

Une traduction en préparation
Są dwa światy: real & wirtual, a ja kocham swój wewnętrzny świat, w którym żyję już od wielu, wielu lat. Czyli – odkąd siebie pamiętam. Wciąż ten sam, z dziecięcych marzeń, pod „naiwnym” hasłem: miłość, wolność, braterstwo. Nie mogę dorosnąć do dorosłego świata, pełnego intryg, manipulacji, zawiści, zazdrości i tego wszystkiego, co zwą normalnością… Nie potrafię dorosnąć do normalności, pozostaję więc w infantylności.
Czasami (bardzo rzadko) włączam tv (czynność ta dotyczy zarówno dzieci jak i dorosłych). – Chcę żyć realnie, a to, co piszę, jest tego efektem ubocznym – mówi w tv Jacek B. akurat w momencie, gdy zasiadam przed srebrnym ekranem z ogromną szklanką soku (te dwie krople „Sobieskiego” się nie liczą:), który piję przez rurkę zwaną niekiedy słomką (świetny patent na zachowanie szminki na ustach). Piękny, wzniosły program o Jacku B. – młodym, wrażliwym malarzu i pisarzu szybko się kończy (przypadkowe włączanie tv powoduje, że zawsze oglądam coś od połowy, albo samą końcówkę). Przełączam na swój ulubiony National Geographic wykorzystując w tym celu (obgryziony niegdyś przez psa) wynalazek, jakim jest pilot, który zamiast ułatwiać życie, komplikuje je, gdyż ciągle znika, w związku z czym służy do szukania samego siebie. Upierdliwy przedmiot. Na ekranie pojawia się małpa, która też coś pije przez rurkę. Okazuje się, że wcale nie jest tresowana, tylko sama na to wpadła. Oczywiście nie z powodu szminki na ustach, choć gdyby poza szklanką z napojem i rurką, miała do dyspozycji także pomadkę, być może naszą wspólną intencją posługiwania się rurką byłoby nie tylko wypicie napoju. Bo małpy są bardzo inteligentne. Patrzymy na siebie przez kilka minut – ja na małpę, małpa na mnie, po czym wychodzę do notariusza.
Pani notariusz wita mnie słowami: – Dzień dobry, pani redaktor (choć czuję się, jak maupa, nie prostuję). Za chwilę dochodzi mnie inne powitanie: – Dzień dobry, panie doktorze. Odwracam głowę i widzę maupę z tv: pięknego, postawnego Araba (nie jestem rasistką!) z do przodu wysuniętą szczęką – ideał urody męskiej. Naprawdę! Wpatruję się w niego jak w obraz i nie obchodzi mnie, co pan doktor sobie na mój temat myśli (może widzi maupę-albinoskę?). Do pana doktora wciąż dzwoni komórka (ja swoją taktownie wyłączyłam). Chwila ciszy i moja piękna maupa znowu sięga do kieszeni eleganckiej marynarki, po czym jego cudownie owłosiona ręka zbliża się do ucha: – Witam pana, panie profesorze – mówi do swojego przegubu, bowiem telefon tonie w jego wielkiej dłoni – tak, mamy dawcę. Ma pięćdziesiąt dwa lata (odnoszę wrażenie, że dawca jeszcze żyje), mamy zespół nerek (dlaczego zespół? – zastanawiam się – czyżby dlatego, że nerki są dwie, a jak dwie, to już zespół?), serce i wątrobę (dopiero teraz dociera do mnie, że dawca chyba jednak nie żyje). Serce na razie nam nie potrzebne, nerki mogą się przydać, natomiast wątrobę oglądałem – bardzo ładna! Mamy piękną, zdrową wątrobę, panie profesorze.
Prosto od notariusza jadę (oczywiście spóźniona, bo w biurze notarialnym się zeszło) do agencji reklamowej, gdzie pracuje Ania. Mamy wspólnie wykonać wielki, ważny projekt. Przez oszklone ściany nowoczesnej agencji widać szpital, a dokładnie jego odsłonięte tego wieczora okna z błękitną poświatą. Zimne, księżycowe, jakby nie z tej ziemi… W jednym z nich coś się dzieje: – Popatrz, gabinet zabiegowy – pokazuje Ania i przykleja się do szklanej ściany. Podchodzę bliżej do szyby i widzę, jak dwie postaci w jasnoturkusowych fartuchach zawijają w białe prześcieradło ciało młodej kobiety. Czynność tę trochę utrudniają bezwładnie opadające ręce. – Jaki zabiegowy? – mówię przerażona do Ani. – Ta kobieta nie żyje. Gdy to mówię, przez moje ciało przebiega zimny dreszcz. Za chwilę obie widzimy leżące na łóżku płócienne zawiniątko w kształcie mumii. – No tak, zawinęli z głową… czyli nie żyje – szepnęła Ania. Dziś jeszcze czeka mnie impreza u Joasi. Nie bardzo chcę iść, na wszelkie sposoby próbuję się wymigać (dopadły mnie myśli o śmierci), ale osoba towarzysząca w postaci przyjaciela-inżyniera, z którym mam imprezować, nalega. Nalega tak bardzo, że nie mogę odmówić. Podczas zabawy zastanawiam się, dawcą jakich organów będzie kobieta zawinięta w prześcieradło. Czy zdaniem lekarzy ma piękne serce, na przykład? A może umarła z miłości i serce ma pęknięte, za to całe i zdrowe nerki oraz wątrobę?
Koniec imprezy. Stąpamy po starych, wąskich, drewnianych, wysokich, skrzypiących i pachnących stęchlizną stopniach przeznaczonej do rozbiórki „zabytkowej” kamienicy. – Po takich schodach schodził Raskolnikow – rzuca towarzyszący mi przyjaciel-inżynier, który zamiast dokumentacji technicznych czyta literaturę piękną oraz współczesną też, w związku z czym często musi zmieniać pracę. (Kiedyś zlecono mu wykonanie projektu w dziedzinie telekomunikacji, ale on wolał akurat w tym czasie przeczytać „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej i projektu nie wykonał. Był niezwykle dumny ze swojej humanistycznej postawy i obnosił się z tym faktem przez rok.) Bo życie jest piękne. I być może piękne jest to, że narządy wewnętrzne mogą być towarami przechodnimi i służyć więcej niż jednej osobie. W czasach, gdy Raskolnikow zabijał lichwiarkę, transplantologia nie istniała.
Następnego dnia rano: kac i telefon z „firmy naprawczej”, do której zawiozłam komputer – dysk mi padł i wszystkie dane stracone. Będą się starać je odzyskać. Za chwilę drugi telefon: Marcie wyleciał dysk. Z kręgosłupa. Włączam tv: koleś rzuca dyskiem. Bo on jest dyskobol. Wieczorem idę z przyjacielem-inżynierem na dyskotekę. Tańcząc myślę o moim padłym dysku i „organicznym” wypadłym Marty. Jeden trzeba wymienić, drugi – nastawić. Era dysków, kurwa. Następnego dnia rano: kac i telefon od Ani z info, że w agencji reklamowej padł dysk i nie ma już naszego projektu. Gdybyśmy nie ogladały sceny w szpitalu, może nie zapomniałybyśmy skopiować go na płytkę. Ale w obliczu spraw ostatecznych wszystko wydało się nam błahe. Projekt, podobnie jak kobieta, żyje jedynie w ludzkiej pamięci. Projekt da się odtworzyć, a może nawet udoskonalić… W przypadku człowieka genetycy cały czas nad tym pracują.
Włączam tv. National Geographic. Survival. Koleś na pustyni odcina nogę swojego nieżywego przyjaciela i ją zjada. Moim zdaniem lepiej by było dla niego, gdyby wykroił i spożył wątrobę albo serce kolegi. Eskimosi te właśnie organy zjadają fokom, jako najzdrowsze. Ale foki nie mają nóg. Są za to bardzo przyjacielskie. Przyjaciel-inżynier, choć taki niby humanista, twierdzi, że trup to nie człowiek. – A co? – pytam? – Trup to trup. Zwłoki. – Trup to nieżywy człowiek. Zwłoki człowieka – upieram się przy swoim. – Czyli już nie człowiek. – Człowiek, tylko nieżywy – nie daję za wygraną. – Zwłoki są absolutnie bezosobowe – tym kategorycznym stwierdzeniem zakończył rozmowę mój humanistyczny przyjaciel i w ten oto sposób dokonało się (pozorne, gdyż w sferze werbalnej oraz wątpliwej jakości) zwycięstwo materii nad duchem. Ta arcyfilozoficzna dysputa przebiegała w terenowym samochodzie, którym przedzieraliśmy się przez centrum Warszawy. Wzniosłe rozważania brutalnie przerwało nam machanie czerwono-białym lizakiem stanowiącym przedłużenie ręki policjanta. O kurwa. A Paweł wypił piwo. Jak mu zabiorą prawo jazdy, to koniec. Umieram ze strachu. Najpierw skrupulatne sprawdzanie dokumentów. Długie i wnikliwe, bowiem Toyota rav4 ma arabskie numery, co bardzo policjantów niepokoi (Paweł dopiero co wrócił z Arabii Saudyjskiej i jeszcze nie zmienił tablic rejestracyjnych). Uważnie oglądają dokumenty, gdzieś telefonują – wydaje się, że kontrola będzie trwała w nieskończoność. Przyglądam się temu wszystkiemu przez szybę samochodu – na zewnątrz ulewa i przenikliwe zimno. Ogólnie ciemno, bo jest noc. Uff, wychodzą – ulżyło mi, ale tylko na chwilę. Jeden z policjantów sięga po alkomat. Paweł moknie na deszczu. Nie wytrzymuję napięcia i wychodzę do nich. – Proszę wrócić do samochodu, po co moknąć? – zwraca się do mnie kulturalnie policjant drogowy, a zdenerwowany Paweł, myśląc, że to do niego, jak nieprzytomny zmierza do „niuniusia” (tak nazywa swoją wymarzoną toyotę). – Paweł, to było do mnie – mówię do zdezorientowanego przyjaciela-inżyniera, a do policjanta: – Nigdzie nie pójdę, będę tu stała. – Jak pani chce – odpowiada uprzejmie przedstawiciel władzy. Paweł dmucha, a ja wpatruję się w wyświetlacz alkomatu, jakbym chciała go zaczarować i jednocześnie się modlę, żeby jakimś cudem nic nie wykazał. Dawno nie byłam tak zdenerwowana. Z odrętwienia wyrywa mnie głos policjanta: – Ma pan szczęście, nie przekroczył pan normy. Ale niewiele brakuje. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą – policjant też jakby się ucieszył. Wracam do samochodu. Co prawda emocje opadły, ale na skutek silnego przeżycia przypominam sobie, że w bagażniku mamy półtoralitrowego „Sobieskiego” (odkąd kupujemy tego największego, półlitrowy wydaje mi się podejrzanie mały:). A policjanci wciąż trzymają Pawła w swoim aucie i coś jeszcze sprawdzają. Wreszcie nie wytrzymuję. Podchodzę do nich ponownie i stanowczo oświadczam: – Kończcie wreszcie, kurwa, bo muszę się napić. Pawła zamurowało, spojrzał na mnie, jakby chciał mnie zabić, a potem sprzedać moje organy wewnętrzne. Policjanci natomiast wykazali się absolutnym zrozumieniem dla mojego stanu. – Tylko nie tutaj – rzekł ten najprzystojniejszy śmiejąc się i od razu „wypuścili” Pawła, bym mogła jak najszybciej zaspokoić swą nagłą, wynikłą ze stresującej sytuacji, potrzebę – w stosownym miejscu, czyli w domu. Bo życie jest piękne!
W domu pierwszą czynnością wcale nie było rozlanie trunku do szklanek i uzupełnienie go sokiem z rubinowych grejpfrutów. Najpierw sprawdzanie wirtualnej poczty! Dostałam – jak zwykle aż do bólu szczery – list od „ukochanego”, cytuję: „chyba prawie trochę cię kocham”, co jest wielkim wyznaniem, biorąc pod uwagę fakt, że „ukochany” jest bardzo wyjątkowym introwertykiem i charakteryzuje go godna podziwu powściągliwość w wyrażaniu uczuć – listy, które rzadko przekraczają jedno zdanie, dawkuje z rozwagą, bo to bardzo rozważny jest chłopiec. A poza tym koresponduje ze swoją byłą dziewczyną, więc dla mnie pozostaje mu już niewiele czasu. Trochę lepiej sytuacja się przedstawia, gdy narzeczony byłej dziewczyny „mojego ukochanego” wraca z rejsu, gdyż jest marynarzem. Wtedy ona zajmuje się swoim obecnym, a nie byłym i w ten sposób mój ukochany ma dla mnie więcej internetowego czasu. Bo życie jest piękne. Aktualny narzeczony śle miłosne e-maile do swojej aktualnej narzeczonej, która śle miłosne e-maile do swojego byłego (a mojego aktualnego) i w ten sposób wszyscy się kochają. (W tej ciekawej konfiguracji ja powinnam posyłać miłosne listy do swojego byłego, albo lepiej – do jej aktualnego, wtedy koło by się zamknęło, lecz tego nie czynię i w ten sposób jeden samiec dostaje listy od nas dwóch, co jest, oczywiście, niesprawiedliwe…)
Natomiast jeden z moich platonicznych wielbicieli przysłał mi list obszerny, bowiem zawierający fragment wykładu profesora Miodka, którego od wieków wielbię nad życie. Wykład – jak głosi e-mail – został wygłoszony na wydziale polonistyki Uniwersytetu Wrocławskiego (Wrocław też kocham) i dotyczy często używanego – między innymi przeze mnie – słowa „kurwa”, które kiedyś było wulgarne, a teraz to już nie wiem: „Kiedy się człowiek potknie, albo skaleczy, woła: „O kurwa!”. To lapidarne słowo wyraża jakże wiele uczuć, począwszy od zdenerwowania, rozczarowania poprzez zdziwienie, fascynacje, a na radości i satysfakcji kończąc. Przeciętny Polak w rozmowie z przyjacielem opowiada np.: „Idę sobie stary przez ulice, patrzę, a tam taka dupa, że o kuuurrwa.” Kurwa może również występować w charakterze interpunktora, czyli zwykłego przecinka, np.: „Przychodzę kurwa do niego, patrzę kurwa, a tam jego żona, no i się kurwa wkurwiłam, no nie?” Czasem kurwa zastępuje tytuł naukowy lub służbowy, gdy nie wiemy, jak się zwrócić do osoby płci żeńskiej: „chodź tu kurwo jedna”. Używamy też kurwy do charakteryzowania osób: „brzydka, kurwa, nie jest”, albo: „o kurwa, takiej kurwie na pewno nie pożyczę”, czy jako przerwy na zastanowienie: „czekaj, czy ja, kurwa, lubię poziomki?”. Wyobraźmy sobie, jak ubogi byłby słownik przeciętnego Polaka bez prostej kurwy. Idziemy ulicą, potykamy się nagle i mówimy do siebie: „Bardzo mnie irytują nierówności chodnika, które znienacka narażają mnie na upadek. Nasuwa mi to złe myśli o władzach gminy”. Wszystkie te i o wiele jeszcze bogatsze treści i emocje wyraża proste „O, kurwa!”, które wyczerpuje sprawę. Gdyby Polakom zakazać „kurwy”, niektórzy z nich przestaliby w ogóle mówić, gdyż nie umieliby inaczej wyrazić swoich uczuć. Cała Polska zaczęłaby się porozumiewać na migi i gesty. Doprowadziłoby to do nerwic, nieporozumień, niepewności i niepotrzebnych naprężeń w Narodzie Polskim. A wszystko przez jedną małą „kurwę”. Spójrzmy jednak na rodowód tego słowa: „kurwa” wywodzi się z łacińskiego słowa „curva”, czyli krzywa. Pierwotnie w języku polskim słowo to oznaczało kobietę lekkich obyczajów, czyli po prostu dziwkę. Dziś „kurwę” stosujemy również i w tym kontekście, ale mnogość innych znaczeń przykrywa całkowicie to jedno. Można z powodzeniem stwierdzić, że „kurwa” jest najczęściej używanym przez Polaków słowem. Dziwi jednak jedno – dlaczego nie jest ono używane publicznie (nie licząc filmów typu „Psy”, gdzie aktorzy prześcigają się w rzucaniu „kurwami”). Praktycznie nie słyszymy, aby politycy czy dziennikarze wplatali w swe zdania zgrabne „kurwy”. Pomyślmy, na przykład, o ile piękniej wyglądałaby prognoza pogody wygłoszona w następujący sposób: „Na zachodzie zachmurzenie będzie kurwa umiarkowane, wiatr raczej kurwa silny. Temperatura maksymalna ok. 2 stopni Celsjusza, a więc kurewsko zimno kurwa będzie. Ogólnie, to kurwa jesień idzie…”
Tydzien później… „Ukochany” wysłał pomyłkowo do mnie list napisany do swojej byłej: „Jolu, przypominam ci o obciąganiu, obiecałaś.” List zostal wyslany o 23.34, ja natomiast otrzymałam kilka godzin wcześniej: „Gosiaczku najdroższy, jesteś dla mnie najważniejsza, jesteś moim szcześciem i moją przyszlościa”.
Ha, ha, ha… I jak się w tym wszystkim połapac?
Miesiąc później… Życie jest piękne! (czytaj: pełne niespodzianek).
Przyjaciel-inżynier po dwudziestu latach znajomości podejrzewa mnie o kradzież skarpetek i maszynki do golenia. Tę nieścisłość w jego rozumowaniu usprawiedliwiam nadużywaniem przez niego alkoholu. Okazuje się, że destylaty nawet w swej najszlachetniejszej formie mogą drastycznie uszkadzać niezwykle delikatną materię, jaką jest człowieczy układ nerwowy. Najlepsze scenariusze pisze życie.
Najlepsze wiersze piszą Scrable.

Uraz wąsa
łzo niebytu
łoś śni nić
wałki nic
czarka parka
kit lubi bóg piwa szelmy
filmy gzymsy
żerdź żre dawne hole
roń łzy niebytu
idź

Jeszcze później… Idę ja sobie przez park, a tam „zielona szkoła” – a dokładnie: lekcja biologii, a jeszcze dokładniej: anatomii. Matka tłucze dziecko i wrzeszczy, aż drzewa się trzęsą: „uszy służą do słuchania!” Jakież to budujące, jak to się niektórzy rodzice dla swoich dzieci poświęcają i we właściwej scenerii niezbędną wiedzę im wpajają, stosując przy tym stare, sprawdzone metody nauczania.

Une traduction en préparation
Plecak prawie spakowany. Wyjeżdżam w góry, zwane przez miłośników Tatr pagórkami, bowiem jest to Beskid Mały (nie mylić z Beskidem Niskim, który jest zupełnie gdzie indziej). Dla mojej podupadłej kondycji fizycznej, wyrażającej się, między innymi, opuchniętymi kostkami, są to jednak Himalaje, w związku z czym nabyłam profesjonalne buty do chodzenia po górach zwane potocznie traperkami. Z dumą się im przyglądam: są takie pięknie, brązowe, matowe, i mają śliczną mosiężną blaszkę z napisem „gore-tex”… Już mam – wedle przepisu, czyli „instrukcji obsługi buta wędrówkowego” – spsikać je specjalnym preparatem impregnującym, który kosztował niewiele mniej niż same buty, gdy wpada Antek od lat uprawiający górskie wspinaczki (ksywa: AA – od Antek Alpinista). – Zostaw, najpierw test. Wyrywa mi obuwie wędrówkowe, ogląda je z powątpiewaniem (no bo ja przecież się nie znam i nie mogłam kupić nic dobrego), wytyka wady i wylicza zalety skórzanego produktu, z którego jestem tak bardzo dumna, podąża do łazienki i napełnia miskę wodą, a następnie zanurza w niej moje przepiękne trekkingi. – I tak mają leżeć przez pięć godzin – wyrokuje tonem profesjonalisty, a ja z przerażeniem patrzę, jak moje nowe buciki robią za coraz to ciemniejsze łodzie w oczku wodnym.
Przez ten czas Antoś wykłada mi zasady przetrwania w górach. Mam wrażenie, że jadę uprawiać sport ekstremalny i zaczynam odczuwać coraz silniejsze podniecenie spowodowane moją niezwykłą odwagą. Poziom adrenaliny zwiększa ponadto fakt, że będę tam mieszkać na szczycie porośniętej lasem góry w drewnianej chatce, w totalnej głuszy bez dostępu do wytworów współczesnej cywilizacji. Taki sobie wymyśliłam „dom pracy twórczej”. – Pokaż, jaki zabierasz śpiwór – rozkazuje Antoni. Posłusznie biegnę do sypialni i zdzieram z łóżka moją wysłużoną kołderkę na suwak. – To ma być śpiwór!!! Mumia, mumia ci jest potrzebna! Słyszysz? Od minus ośmiu do plus dwudziestu. – Co od minus ośmiu do plus dwudziestu? – nie mogę zrozumieć antkowej terminologii. – No, stopni. Celsjusza. Że w takim zakresie temperatur nie będzie ci w nim zimno. – Acha – przytakuję bez przekonania, bo dla mnie śpiwór to śpiwór i myślałam, że wszystkie mają podobne właściwości.
Mija prawie pięć godzin – buty przechodzą test pozytywnie, suchutkie w środku. Pada wyrok: – Nie przemakają, są w porządku. Dobre kupiłaś. Antek zbadał je dokładnie, macając ich wnętrze w pełnym skupieniu i z wyrazem powagi na twarzy. To była ważna chwila. Ważyły się losy. – Jak wyschną z zewnątrz, możesz je, tak jak chciałaś, dodatkowo zaimpregnować, bo teraz w górach strasznie leje. Pokaż, coś ty kupiła za psikadło? Z miną znawcy ogląda spray – okazuje się, że kupiłam nie tej firmy, co trzeba, ale trudno. Ten, który kupuje Antek jest droższy od samych butów. A jego buty są droższe od moich.
„Czy mozesz napisac mojej kolezance prace magisterska?” – odczytuję w komórce. Esemes od Kazia. Ten to ma pamięć – z pisania prac magisterskich żyłam sto lat temu – czyli w XIX wieku, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o kompach, a maszyna do pisania była rzadkością (ja swoją zdobyłam z wielkim trudem) i pisało się ręcznie. Odpisuję: „Nie! Własnie wyjezdzam”, naciskam „send” (komórka jest po angielsku, bo przybyła do mnie z Arabii Saudyjskiej i w miejsce polskiego jest arabski) i powracam myślami do wykładu Antka na temat skarpetek. Bo do traperek zakłada się specjalne skarpetki o właściwościach termoizolacyjnych, utrzymujące pierwotną formę nawet po wielokrotnym praniu (Antoś ukrył fakt, że i one są prawie w cenie butów), które posypuje się od wewnętrznej strony talkiem przeciwgrzybiczym, (a stopy z kolei smaruje się maścią przeciwgrzybiczą). Dopiero tak przygotowany materiał wkłada się do górskich butów, uprzednio spsikanych wewnątrz sprayem przeciwgrzybiczym.
Właśnie postanawiam pędzić do apteki po wypisane mi przez Antka na kartce preparaty antygrzybicze, gdy w mym domostwie rozbrzmiewa dźwięk domofonu. Podnoszę słuchawkę i wściekłym głosem warczę: – Czego? Każdego by to zniechęciło do dalszych prób przedostania się trzy piętra wyżej, ale nie Kazia: – To my, z tą pracą… – słyszę z drugiej strony i odpowiadam, nadal wrogo nastawiona: – Dziwnie interpretujesz moje esemesy. A taka byłam z siebie dumna, że wreszcie komuś powiedziałam n i e,  a w tym konkretnym wypadku zaakcentowałam nawet moją niedawno nabytą asertywność wykrzyknikiem. A w książkach piszą, że postawa asertywna jest skuteczna… Widać, nie dla adeptów. – Ale termin już upłynął, a Kaśka ma tylko wstęp i zakończenie – dobiega mnie głos już zza moich drzwi. Po chwili Kazio z Kaśką stali w przedpokoju. – O, widzisz, Gośka już zaczęła pisać, mówiłem Ci, że jest wspaniała – powiedział do przerażonej Kasi Kazio widząc mnie ze spisem preparatów antygrzybiczych w ręku. – Spierdalajcie – powiedziałam spokojnie, aczkolwiek dobitnie, starając się ratować moją asertywność. – Idę do apteki. Do apteki i po skarpetki numer 39-40 poszedł Kazio, a ja z Kaśką zabrałam się do omawiania jej pracy magisterskiej. Że ja też, kurwa, nic nie mogę sobie zaplanować…
Wyjazd w góry opóźnił się o miesiąc. A wszystko przez subkulturę punków, bo o niej była praca. Na kilkudziesięciu stronach A-4 wyidealizowałam pacyfistycznych kontynuatorów hippi jako idealistów anarchistów (anarchizm indywidualistyczny, czyli anarchoindywidualizm, kolektywistyczny, komunistyczny, czyli anarchokomunizm i syndykalistyczny, czyli anarchosyndykalizm, lub syndykalizm). Czytając me dzieło odnosi się wrażenie, że gdyby wszyscy ludzie byli punkami, życie byłoby rajem: są inteligentni, (za czym przemawiają chociażby zajebiste nazwy zespołów muzycznych, tytuły piosenek i fanzinów), kochają wolność i zwierzątka (wielu z nich jest wegeterianami) – naturę w ogóle i tak samo jak ja rozumieją feminizm. Przy okazji dowiedziałam się, że też jestem punkiem (mentalnie), nawet gotuję punkowo, z tym tylko, że nierozpoznawalnym na ulicy z powodu braku odpowiedniego dizajnu. Co by moje dziecko powiedziało, gdybym któregoś dnia wróciła w dredach, albo z kolczykiem w nosie, ustach, czy innym stosownym miejscu typu brew?! Optymistycznie zakładam, że wpuściłoby mnie do domu. Optymizm nie opuszcza mnie nigdy.
Punkową teorię z praktyką skonfrontowałam już wkrótce, podczas pieszej wycieczki (chwała traperkom) z położonej na szczycie góry chatki do Bielska-Białej. Zintegrowałam się wówczas na kilka dni z przemiłą grupą punkowców. Stworzyłam nawet swój własny punkowy słownik, który im się bardzo spodobał i wszedł do obiegu. Piękne to zjawisko, gdy słowa nabierają nowych znaczeń, i w ten sposób: „balkonik” to bal koników (bal-konik), „cyklamen” – koniec cyklu (cykl-amen), „dogmat” – pies o matowej sierści (dog-mat), „dylemat” – deski bez połysku (dyle-mat), „ekstradycja” – dawne obyczaje (eks-tradycja), „farmazony” – tereny, na których znajdują się farmy (farma-zony), „filmowiec” – przyrodniczy film o owcach (film-owiec), „formalina” – określenie kształtu długich i cienkich przedmiotów (forma-lina), „grobowiec” – wiec na cmentarzu (grobo-wiec), „kiełbasa” – ząb (trójka) u śpiewaków basowych (kieł-basa), „kinetyka” – zasady i normy zachowania w kinach (kin-etyka), „kotara” – kotopapuga, sukces genetycznych eksperymentów (kot-ara), „kotlina” – lina, po której wspina się kot (kot-lina), „kreton” – samiec kreta (kret-on), „kwiatostan” – synonim błogostanu, czyli bardzo dobre samopoczucie (kwiato-stan), „landara” – papuga lądowa (land-ara), „latarniowiec” – wiec protestacyjny, którego uczestnicy zbierają się pod latarniami, które następnie rozbijają (latarnio-wiec), „marskość” – dowód na istnienie Marsjan – kość znaleziona na Marsie (mars-kość), „masturbacja” – problem społeczny (mas-turbacja), „muchołapka” – odnóże muchy (mucho-łapka), „muchomor, muchomór” – zaraza wśród much (mucho-mor, mucho-mór), „paragraf” – graf w stanie lotnym (para-graf), „patron” – odstąpienie od władzy (pa-tron). Literatura, z której korzystałam pisząc pracę, przemilcza fakt, że idealiści anarchiści ćpają (czytaj: popadają w kwiatostan, bo to, że piją, to pryszcz, wszyscy pijemy) i lubią życie na sępa. A zamiast o wzniosłych ideałach rozmawiają o swoich największych wrogach – łysych. Trochę mnie to rozczarowało, czego nie dałam po sobie poznać (zapomniałam o asertywności) i nawet pozwoliłam się nieźle osępić. Ale i tak uważam, że punki mają więcej zalet niż wad. W sumie było to ciekawe doświadczenie, choć nie pozbawione elementów grozy.
Sępią również Cyganie, ale – mówiąc delikatnie – z o wiele mniejszym wdziękiem, jeśli w ogóle o jakimkolwiek wdzięku może być mowa. I chyba mniej się znają na psychologii niż punki, bo nie zawsze udawało im się mnie podejść, mimo usilnych prób – zbyt natarczywych, co mnie tylko zakurwiało na maxa, a który to stan zakurwienia osiągam – na ogół – z opóźnieniem i przesunięciem miejsca wydarzenia (spóźniony refleks). Tak więc na tle wzniosłej mistyfikacji szczerego punka, akcje podejmowane przez przedstawicieli Romów są wybitnie wkurwiające, co ilustruje następująca story: siedzę na ławce i spożywam dietetyczny obiad w postaci pięciu śliwek. Podczas kulturalnego z mojej strony wypluwania ostatniej pestki do foliowego woreczka, który następnie umieszczam w koszu na śmieci, a nie, powszechnie panującym zwyczajem, na glebie, podchodzi do mnie Rumun i prosi o pięćdziesiąt groszy. Gdy sięgam do plecaka motyw pięćdziesięciu groszy krasomówczo zostaje rozwinięty w dramatyczny wątek głodu, chociaż zupki, a i do zupki coś by się przydało… Najedzona śliwkami nie mogę zignorować głodującej istoty ludzkiej, toteż wyciągam pomocną dłoń, na której leży pięć złotych, co przy stanie mojej kasy jest istotnym poświęceniem. I kiedy – już z czystym sumieniem – zamierzam się oddalić, jak spod ziemi wyrasta przede mną Cyganka. – O, dobra kobieto, dałaś mojemu głodnemu synowi pięć złotych, niech Bóg ci to wynagrodzi, to może i mnie coś dasz. Daję, ale za mało. Cyganka z godnością odmawia, ale nie daje za wygraną. Mam tylko jeszcze dziesięć zeta w papierku, które musi mi starczyć na dłużej, niż ktokolwiek byłby w stanie za to przeżyć (za to mam traperki). Kobieta wyczaja mojego banknota i proponuje transakcję: – To ja mam taki pomysł: ja pani dam te pięć złotych, które pani dała synowi, a pani da mi te dziesięć, które ma. Mimo zaburzenia genetycznego polegającego na jakimś poważnym chyba jednak błędzie w miejscu łańcucha DNA kodującym instynkt samozachowawczy, udało mi się zatrzymać papierowy warunek mego przetrwania w ekstremalnych okolicznościach. Na ostatnich nogach docieram do Żywca. Na chwilę przysiadam w miejscu publicznym i… o, zgrozo! Widzę podążającą w moim kierunku Cygankę. Staje przede mną, ale zanim cokolwiek zdąża powiedzieć, wydzieram się: Nieee! Jest to wrzask nie tyle agresywny, co rozpaczliwy, udźwiękowiający moją bezradność: nie mam, kurwa, nie mam, za dużo was jest, nie dam rady wszystkim pomóc. Więc odpierdolcie się ode mnie, bo zajebię. Rumunka zmywa się potulnie – moja asertywność wreszcie jest skuteczna. Tym bardziej, że nawet mi nie złorzeczyła, i nie rzuciła na mnie klątwy, tak jak jej poprzedniczka, którą potraktowałam taktownie i kulturalnie. No tak, potęga brutalności. I znowu życie uczy, że kulturom i godnościom osobistom daleko się nie zajedzie. Blisko zresztą też nie. Mój jednozgłoskowy ryk przywołał natomiast miejscowe kobiety, które szczerze mi gratulowały odpowiedniej do sytuacji postawy. – Z nimi tak właśnie trzeba – powtarzały jedna przez drugą.
Naładowana pozytywną energią idę zdobywać szczyty, z których najwyższy ma 997 m. npm. Na razie pokonałam kilka niższych i samą siebie – moją wrodzoną nieumiejętność odmawiania. W końcu dobijam do bazy – czyli do „mojej” pięknie położonej chatki. To magiczne miejsce w tygodniu przyciąga niewielu turystów, natomiast na weekendy zjeżdżają się tu terenowymi samochodami (tylko napęd na cztery koła umożliwia wjechanie na górę) liczne grupy ludzi ze Śląska. Przywożą ze sobą hektolitry alkoholu oraz tony kiełbasy, chleba, keczupu i musztardy, i przez trzy dni biesiadują przy ognisku, od którego odchodzą tylko po to, by z rolką papieru toaletowego zejść dwadzieścia metrów niżej do „banku” (na uroczym wychodku wisi tabliczka: Bank Śląski III Oddział w Zakocierzu). Wódka, piwo, kiełbacha zagryzana chlebem, sikanie, sranie, czasami rzyganie – i tak w kółko. Cudowny z powodu niezwykłych okoliczności przyrody zakątek świata zamienia się wówczas w fabrykę ekskrementów, do których przyjeżdżający co jakiś czas właściciel chatki wlewa stosowne bakterie, zapobiegając katastrofie mikrobiologicznej. Właśnie trwa jedna z takich biesiad. – Współczesny człowiek jest przejedzony – dobiega z Radia Maryja (wg punków: Radio Ma Ryja), ale ktoś szybko zmienia stację, na którą trafił przypadkiem, szukając muzyki. Jakby dla ilustracji tych słów, w tym samym momencie aż pięć osób gna do „banku” dzierżąc w dłoniach swe nieodłączne rolki najtańszego, szarego papieru. Rolki są coraz cieńsze, ale to nic, biesiadni goście mają spore ich zapasy. Spokojnie możnaby nakręcić „Wielkie żarcie 2″ – tym razem w plenerze. Tutaj sępią tylko dwa wspaniałe półdzikie koty, ale ponieważ zbyt rzadko coś dostają, z radością patrzę, jak co jakiś czas któremuś z nich udaje się ukraść kawał kiełbasy. Wtedy kot z prędkością światła (ok. 299 793 km/s) pędzi do lasu, by tam w spokoju spożyć swą zdobycz (doświadczone koty wiedzą, że łup może im zostać przez dwunoga brutalnie wydarty). Cudowny widok! W poniedziałek rano biesiadników już nie ma – idea zbiorowej konsumpcji i masowego wydalania (czytaj: zbiorowego żywienia i masowego rażenia) ożywa dopiero w piątek po południu, by znowu trwać do niedzieli wieczorem. Jeśli pada deszcz, ucztowanie odbywa się w ogromnej sali kominkowej – w towarzystwie stojącego tam pianina, co bardzo budujące. Nic nie jest w stanie zakłócić naturalnego biegu rzeczy. Nieopodal chatki stoją wielkie drewniane dyby dla turystów nieprzestrzegających surowego w teorii regulaminu schroniska (chatka jest studenckim schroniskiem turystycznym). Jednym z punktów tego regulaminu jest „zakaz picia alkoholu na terenie schroniska”. Feudalny przeżytek nie jest jednak dla nikogo postrachem – być może dlatego, że wisi na nim tabliczka z napisem: „Salon fryzjerski LOREN przeniesiony zatorami – blisko”. Widać – usługi łagodzą obyczaje – i nikt instalacji przestrzennej nie kojarzy z narzędziem kary. Chatkowy, czyli osoba opiekująca się chatką, jest patologicznym wręcz przeciwnikiem picia alkoholu. Powiesił nawet na ścianie swoje życiowe motto: „Alkohol jest gównem. Ja tego nie piję”. Nie ma jednak odwagi egzekwować przestrzegania regulaminu od silnych grup męsko-damskich. Co innego, gdy chodzi o samotną kobietę, której wyrywa puszkę piwa i wylewa jej zawartość na glebę. Wreszcie może zademonstrować swoją postawę – kobieta bez mężczyzny, to żaden przeciwnik. Na domiar złego, jest z Warszawy. Nikt nie staje w jej obronie – Ślązacy nienawidzą przybyszów ze stolicy (wg punków: sto licy), planują nawet uruchomić piece w Oświęcimiu, by dokonać w nich zagłady warszawiaków. Ze względów ekonomicznych palić ich będą na żywca (ale nie w Żywcu), unikając kosztów zużycia trującego gazu. Oświęcim przeżyją żaroodporni i w ten sposób dokona się selekcja naturalna. Cel uświęca środki (czytaj: makiawelizm wiecznie żywy).
W ogóle z ludźmi południa nie ma żartów. Zwłaszcza, kiedy dostaną poalkoholowego świra. Przekonał się o tym wiele lat temu mój znajomy, który charakteryzuje się wielkim sercem i oddaniem bliźnim. Rzecz działa się w Tatrach, a dokładnie – w Kirach. Rysio koniecznie chciał uczestniczyć w góralskim weselu. Choć wszyscy mu odradzali – z wiadomych przyczyn, był pewien, że jego bezgraniczna jowialność i szczerość w stosunkach interpersonalnych zwycięży jak zwykle. Ponieważ jest człowiekiem zamożnym, zakupił stosowną ilość najlepszego alkoholu, nie byle jakie prezenty dla państwa młodych i – ku przerażeniu zarówno góralskiej rodziny, u której mieszkał z żoną i dziećmi, a także swojej własnej – udał się na wesele. Tylko ja jedna nie przewidywałam nic złego – Rysio zawsze ze wszystkimi brata się skutecznie. Jego totalnie dobroduszne usposobienie wszędzie zjednuje mu przyjaciół, zwłaszcza, że kryje się za nim poważna kasa, którą potrafi się dzielić. Następnego dnia po weselu – oczywiście profilaktycznie – poszłam sprawdzić, czy żyje. Weszłam do jego pokoju, porozmawialiśmy, zobaczyłam, że wszystko w porządku i wyszłam. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że Rysio przez cały czas rozmowy stał do mnie tyłem. – Dlaczego? – spytałam jego żonę. – Bo ma całą twarz rozkwaszoną. Folkloru mu się zachciało, to ma – wyjaśniła mi Grażynka, która najbardziej ze wszystkich odradzała mężowi kosztownego uczestnictwa w weselu.
Z gór przemieszczam się nad Bałtyk. Z południa na północ. Ponieważ nie znoszę upałów, koniec lata i początek jesieni to moja ulubiona pora roku. Średnia wieku polskich i niemieckich kuracjuszy przechadzających się brzegiem morza w sennym o tej porze kurorcie położonym na czterdziestu czterech wyspach wynosi siedemdziesiąt lat (moje pojawienie niewiele obniża tę średnią). Najpierw samotne wędrowanie górskimi szlakami, teraz terapia jodowa w oazie spokoju – czyż można sobie wyobrazić piękniejsze wakacje? W Świnoujściu nie zaobserwowałam punków, ani mniejszości narodowej w postaci Cyganów. Tutaj sępią schorowane staruszki i mężczyźni zwani powszechnie menelami. Oczywiście obie te „subkultury” darzę sympatią, a nawet empatią. Pokrzywdzeni przez los… Nie odmawiam więc starej kobiecie z pieskiem pieniędzy na zakup leków. Z wdzięczności obiecuje przez tydzień modlić się za mnie do Matki Boskiej. Staczam walkę wewnętrzną, by nie zaingerować w te szlachetne intencje i nie poprosić o bezpośrednią modlitwę do Boga przez Jezusa Chrystusa, co ujawniłoby moje protestanckie orientacje i czysto biblijne podejście do sprawy. Innym razem kupuję hot doga przedstawicielowi tak zwanego marginesu społecznego. Ten z kolei nie ma zamiaru się modlić, uznaje jednak za stosowne:
1.) porównać mnie do… „niegrzecznej dziewczynki” :-), czyli… Pippi Langstrump z książki Astrid Lindgren, tej od „Dzieci z Bullerbyn” (czyżby oczami duszy widział moją odwieczną walkę z zakłamaniem dorosłych?)
2.) a następnie się tłumaczyć: – Wiesz, ja cię bardzo przepraszam, po prostu nie wyszło mi w życiu… – Spoko, wyluzuj, bejbi. A komu wyszło? – filozoficznie pocieszam naprawdę sympatycznego kolesia i znowu staczam wewnętrzną walkę, żeby się z nim nie zaprzyjaźnić. Podobnej walki nie stoczyłam natomiast w przecudownej Lanckoronie, gdzie zawędrowałam z chatki (niebywałe piękno tego miejsca zatrzymało mnie na tydzień), w związku z czym już pierwszego dnia moimi kumplami byli: Bolo, Kazek, Sławek i Kuba. Ale to zupełnie inna historia. Podpisano: Pippi, która sprawia, że w jej obecności szare, zwyczajne życie zamienia się w pasjonującą przygodę.

Przy-jaźń, czyli jaźń przy jaźni
Wyjdź po mnie:

jestem, byś granic ciała nie znaczył –
nie ma granic ciała…

Mów do mnie:
nie waż słów na szali lęku czasu –
słowa ważą same…

Dotknij mnie:
wnikaj we mnie pragnieniem rozkoszy –
spłynę twoim ziarnem…
 
Zasiej mnie:
stworzysz świat, którego będziesz panem –
będziesz władcą świata…
 
Poczuj mnie:
zanurz się w morzu wzburzonym swą mocą –
i uspokój fale…

Przyjmij mnie:
jestem ciebie pragnieniem i jaźnią,
żarem nieugaszonym – przyjaźnią.

Jestem twoim spełnieniem i jaźnią,
wiarą bezwarunkową – przyjaźnią.

Une traduction en préparation
Świat był już mały, zanim stał się globalną wioską.
Maj, 1975 rok. Warszawa.
Urywam się z koleżankami ze szkoły i jedziemy na Starówkę. Idziemy do Gwiazdeczki. Przysiada się do mnie koleś o wymarzonej aparycji: długie blond włosy, broda. Image hippi. Olewam koleżanki (zew natury) i wychodzimy razem. Romantyczny spacer w Łazienkach i… jestem zakochana. Dominik jest muzykiem. Gra w topowym zespole, choć nigdy przedtem o nim nie słyszałam (mam innego idola). Przychodzę na wszystkie próby, prawie w ogóle się nie rozstajemy. Pewnego dnia proponuję odwiedzić Marcina, malarza, który specjalizuje się w malowaniu szpachelką. Nie mówię, gdzie idziemy. To ma być niespodzianka. Marcin jest zajebisty, fajnie, żeby się poznali. Przed kamienicą na Piwnej Dominik blednie. Okazuje się, że Marcin, którego uwielbiam, jest jego największym wrogiem – miesiąc temu pobili się na Rynku Starego Miasta i zgarnęła ich policja.
Czerwiec, 1975 rok. Kazimierz Dolny nad Wisłą.
Pojawiam się u Marcina w jego kazimierskiej pracowni. Na krześle siedzi dziwnie poskręcana naga dziewczyna. Marcin – architekt z wykształcenia – odtwarza na płótnie skomplikowaną formę kobiecego ciała przypominającą – w jego malarskiej interpretacji – motyw architektoniczny. Żeby się czymś zająć, myję pędzle. Po pracy idziemy na piwo. Dowiaduję się, że pozująca Marcinowi Łucja, studentka pierwszego roku Szkoły Aktorskiej, jest żoną Dominika. Wracamy do pracowni. Po drodze spotykamy moją koleżankę z Warszawy. Idąca obok niej dziewczyna serdecznie wita się z Łucją. To jedna z sześciu sióstr Dominika, aktorka grająca na prowincji, (czyli nie w stolicy). Wszyscy razem lądujemy w pracowni Marcina. Nie zdradzam się, że znam męża i brata moich nowych znajomych.
Wrzesień, 1976 rok. Warszawa.
Głęboko przeżywam śmierć Mojego Ulubionego Poety. Jestem w żałobie. Przez dwa tygodnie nie wychodzę z domu. Zasłaniam okna, na ścianach rozwieszam nekrologi, zapalam świece i pogrążam się w mrokach niezbadanej duszy poety po to właśnie, by ją zbadać. Piszę eseje na temat całokształtu jego twórczości: poezji, opowiadań, powieści oraz dramatów, zwanych utworami scenicznymi i zastanawiam się, czy Mój Ulubiony Poeta tak samo przeżywał śmierć Gielniaka, gdy pisał „Zioła żałobne”. Jeszcze raz czytam wszystko, co stworzył. Genialny! Będzie żył wiecznie. Tak jak Gielniak zostanie w listku, w zapachu, w łopianie… Jestem nieświadoma, że kiedyś (patrz: Maj, 2003 rok. Warszawa) przyjdzie mi żyć w czasach, w których nikt nie będzie czytał Mojego Ulubionego Poety. I w ogóle Wielkiej Literatury. Czyli tzw. klasyki światowej. Na przykład Lwa Tołstoja. Na przykład utworów dramatycznych Lwa Tołstoja. Na przykład „Ciemnej potęgi, czyli Pazurek uwiązł – już po całym ptaszku”, „Płodów edukacji”, czy „Żywego trupa”. Cóż za żywy język, genialne dialogi, i takie głębokie, o życiu – wszystkich jego aspektach, i jednocześnie komiczne. A jakie przerywniki stosują postaci, nie jakieś banalne qrwa ciągle, tylko wymyślne: pieróg z grochem jej w gębę, urwana ich nać. Ma się wrażenie, że Tołstoj żyje tu i teraz, i pisze zajebistego bloga. No i ci jego bohaterowie: „wyczesani”, „wyjebani w kosmos”, „zakręceni na maxa”. Chociażby taki Wasyli Leonidycz, współzałożyciel Towarzystwa Zachęty do Hodowli Długowłosych Chartów Staroruskiej Rasy, albo Petriszczew, członek Towarzystwa Organizacji Balików Perkalikowych i Drelichowych. Jest jak Szekspir – wciąż aktualny, mimo innych realiów. Dlaczego nikt o tym nie wie? Dlaczego nikt nie czyta „Płodów edukacji” (komedia w czterech aktach) jednego z Największych Pisarzy Świata?! Dlaczego żaden teatr w Polsce sztuki tej nie wystawia? (Ostatni raz rozmawiałam na ten temat z moim ulubionym kaktusem, aztekium ritteri, jednym z mądrzejszych gatunków.)
Grudzień, 1976 rok. Warszawa.
Cieszę się, bo Saul Bellow, którego „Herzoga” lubię czytać, otrzymuje Nagrodę Nobla. Fajnie.
Lipiec, 1977 rok. Szczecin.
Przyjeżdżam specjalnie na koncert mojego idola. Jestem tak zdeterminowana, że – zaraz po występie – udaje mi się przebić przez szpaler ochroniarzy i dopadam Mojego Ukochanego Muzyka, który nie może uwierzyć, że potrafiłam się do niego dostać. W ciągu kilku minut wyznaję mu uwielbienie i wykładam swoje życiowe credo (zgodne z tekstami jego piosenek), zjednując sympatię całego zespołu, z którym przez kilka miesięcy włóczę się po kraju. Potem wszyscy razem wracamy do Warszawy. Dostępuję łaski zajmowania się korespondencją adresowaną do Mojego Ukochanego Muzyka. Spośród tysięcy listów jeden przykuwa moją szczególną uwagę – od mojej imienniczki. Daję go mojemu idolowi mówiąc: to powinna być twoja żona.
Grudzień, 1978 rok. Warszawa.
Cieszę się, że Isaac Bashevis Singer dostaje Nagrodę Nobla. Lubię „Sztukmistrza z Lublina”.
Grudzień, 1980 rok. Warszawa.
Choć Czesław Miłosz nie jest moim ulubionym poetą, raduje mnie fakt, że w tych dziwnych czasach dostaje Nagrodę Nobla. Pytam się taksówkarza, czy wie, kto to jest Miłosz. Nie wie. Moja ulubiona kosmetyczka z salonu „Izis” też nie wie. I pani dermatolog nie wie… A jest rok 1980 i zjawisko wtórnego analfabetyzmu ma dopiero nastąpić.
Czerwiec, 1981 rok. Kazimierz Dolny nad Wisłą.
Znowu jestem w najwspanialszym zakątku świata – jedynym w swoim rodzaju. Tylko tutaj i nigdzie indziej na świecie rośnie taka jedna roślina, której nazwy nie pamiętam. Tyle z flory. Co do fauny – pojawiają się tu dziwni ludzie, bo to magiczne miasteczko na tym właśnie polega. Nie chodzi o turystów, tylko o tych, którzy się tu pojawiają poza turystycznie. Niekoniecznie muszą to być artyści, choć na ogół są, ale zawsze muszą być niezwykle osobliwi. Bo to miasto jest takie jak ja – przyciąga tylko oryginały. No i pojawia się Krystyna. Jednostka wybitnie nietypowa jak na Kazimierz, który jednak jest tolerancyjny. Tradycyjnie wyławia mnie spośród innych i opowiada swoje życie. Ma: 1) pięcioro małych dzieci – aby to udowodnić, pokazuje najbardziej obwisły brzuch, jaki można sobie wyobrazić (a jest młoda) z niewiarygodnie ogromnymi rozstępami (co rok prorok, jak mawiają górale), 2) męża psychola – wprowadza mnie w liczne story o tym, co jej robił. Mieszkają w Warszawie, w pracowni na poddaszu z wielkim piecem – są ceramikami. Musiała uciec, to dla niej jedyny ratunek. W dniu mojego wyjazdu daje mi swoje zdjęcie z dedykacją.
Październik, 1981 rok. Warszawa.
Stoję w Cechu Rzemiosł Różnych po kartki żywnościowe (potem w Domu Plastyka wymieniam je na farby Talensa). Kolejka sięga Barbakanu. Wygląda to tak, jakby wszyscy czekali do toalety – ludzie przestępują z nogi na nogę. Co chwila ktoś do nas podchodzi i pyta: Co sprzedają? (W pewnym momencie wpadam na genialny pomysł, by odpowiadać, zresztą zgodnie z prawdą, że  r o z d a j ą  i kolejka nagle wydłuża się trzykrotnie.) Po godzinie stojący gdzieś o wiele dalej za mną, niemłody już koleś opowiada mi swoją story. – Długo się wszystkim przyglądałem, zanim do ciebie podszedłem… – zagaja (z mojej strony zero zdziwienia), by za chwilę obnażyć swe krwawiące rany wymagające opatrunku, którym mam być ja (klasyka). Jest bardzo nieszczęśliwy. Zajmuje się ceramiką. Żona go zostawiła z pięciorgiem dzieci. Nie wie, gdzie ona jest – szuka Krysi od wielu miesięcy. Nabieram pewności, że to jej zdjęcie mam w torebce. Pokazuję – tak, to ona. Koleś dostaje świra, którego prawdopodobnie ma od dawna. Nie może uwierzyć…
Wrzesień, 1982 rok. Kazimierz Dolny nad Wisłą.
Na warsztatach artystycznych poznaję Izę – piękną, wysoką, wysmukłą dziewczynę z długimi i grubymi kasztanowymi warkoczami. Zawsze tak chciałam wyglądać… Zaprzyjaźniamy się. Iza jest smutna – cierpi, gdyż opuścił ją ukochany, z którym miała wyjechać do Paryża. Dopiero po kilku tygodniach naszej znajomości, kiedy nabiera do mnie pełnego zaufania, zdradza mi jego nazwisko – słynnego wówczas, nie pierwszej młodości, warszawskiego playboya, znanego w ”pewnych kręgach”. Okazuje się, że znam kolesia – z opowiadań znajomych. Wyjątkowo barwna postać.
Grudzień, 1982 rok. Warszawa.
Nagrodę Nobla dostaje Garcia Marquez, a ja nie lubię literatury iberoamerykańskiej. Wszyscy czytają „Sto lat samotności”, a ja nie.
Lipiec, 1983 rok. Warszawa.
Spotykam znajomego grafika, wybitnego plakacistę, którego prace najlepiej się sprzedają, choć są najdroższe. Idziemy na drinka. Widzę, że coś go mocno trapi. Tomek jest introwertykiem – długo trwa, zanim, po setnym chyba, drinku wyjawia mi powód swego cierpienia. Opuściła go dziewczyna, która z ”takim jednym” wyjechała do Paryża, gdzie mieli pojechać razem. Opowiada o kolesiu, który ją zakręcił, i choć nie mówi, jak on się nazywa, nie mam najmniejszych wątpliwości, że chodzi o warszawskiego playboya prosto ze story Izy (zauważam, że jego nazwisko stanowi jakby tabu). No i nie mylę się – to jest właśnie on. Tomek się martwi, że na pewno złamie jego ukochanej serce. Taktownie potwierdzam jego słuszne obawy i opowiadam story z Izą. Tomek na maxa się zalewa (wyjaśnienie dla naiwnych kobiet: nie łzami, lecz alkoholem). Nie żałuję go specjalnie, gdyż wiem, że sam zawodowo wykańcza swoje kobiety. Wkrótce wykorzystuję tę jego subtelną właściwość poznając go ze swoją znajomą, która zrobiła mi straszne świństwo. Wiedziałam, że mu się spodoba – była dokładnie w jego stylu. Nie miałam też wątpliwości co do tego, że obiekt mojej słodkiej zemsty zakocha się w Tomku od pierwszego wejrzenia, gdyż przystojniak był z niego nieludzki i umiał zakręcać jak nikt na świecie. (Zresztą już nie raz sprawdziłam się jako swatka. Mam na tym polu duże sukcesy.) Wszystko potoczyło się zgodnie z moim nikczemnym scenariuszem. Po dwóch latach z Justyny został wrak człowieka: wyglądała fatalnie, mówiła od rzeczy i paliła jednego papierosa za drugim. Zbrodnia doskonała.
Grudzień, 1983 rok. Warszawa.
Literackiego Nobla dostaje niejaki William Golding, koleś od „Władcy much”. Wcale mnie to nie cieszy.
Październik, 1984 rok. Warszawa.
Wpadam do znajomych na telewizję (bojkotuję TV, więc nie mam telewizora w domu), bo ma być dobry program muzyczny. I co widzę? Mój Ukochany Muzyk ożeniony z Małgosią z listu! Siedzi sobie jakby nigdy nic obok niej, w fotelu i opowiada, jak to niegdyś przeczytał wspaniały list od przyszłej żony, a ja się zżymam, że nie wspomina wiernej fanki, która ten list szczęśliwie wybrała spośród tysięcy innych. Minęły lata, a ja wciąż jestem w TV pomijana, może tak właśnie odpłaca mi się za bojkot. Długo wytykałam Mariuszowi, że nie podał źródła ani autora mojego wywiadu z Krzysztofem Pendereckim, którym posłużył się w rozmowie z kompozytorem w „Na każdy temat”. Podobnie rzecz się miała z innym programem, którego bohaterem był Zygmunt Broniarek. Wykorzystano prawie cały mój wywiad z dziennikarzem, nie mówiąc, kto go napisał i dla jakiej gazety. A były to już czasy, kiedy termin „prawo autorskie” był już znany.
Grudzień, 1985 rok. Paryż.
Jestem z moją przyjaciółką Grażyną w Paryżu. Dostaję od Izy zaproszenie na ślub. Grażyna, która Izy nie zna, dostaje dokładnie takie samo – od swojego brata. Życie jest piękne.
Sierpień, 1986 rok. Paryż.
Idę z moimi francuskimi przyjaciółmi Polami Elizejskimi (najdroższa ulica w Paryżu po Alei Foch). Nagle wpada na mnie mężczyzna zaaferowany rozmową z towarzyszącą mu młodą kobietą. Nie zatrzymując się rzuca „excusez-moi”, co oznacza „przepraszam”. Idziemy dalej, ale moi znajomi jakoś dziwnie na mnie patrzą. Tak jakby czegoś ode mnie oczekiwali. – Megi, dlaczego nic nie mówisz? – No przecież rozmawiamy. – Ale dlaczego  o  t y m  nic nie mówisz? – O czym? – No ten mężczyzna, który cię potrącił… – No i co z tego? – Przecież to był ten wasz reżyser, Roman Polański! Nie poznałaś?! – Nie widziałam go nigdy przedtem. Skąd miałam wiedzieć, że to on? – Z telewizji, czasopism… Nie publikują u was kolorowych czasopism? No tak, wtedy jeszcze nie publikowali. Kupowałam je w ogromnych ilościach we Francji i robiłam tłumaczenia dla czarno-białych polskich gazet, gdzie nie zdjęcia były najważniejsze, lecz słowo pisane. Ale to już historia… Moi francuscy przyjaciele od razu rozpoznali w idącej z Polańskim kobiecie swoją aktorkę.
Grudzień, 1987 rok. Warszawa.
Nobla w dziedzinie literatury dostaje Iosif Brodski. To dobrze.
Maj, 1990 rok. Warszawa.
Siedzę z Agnieszką Osiecką na ukwieconym tarasie jej domu na Saskiej Kępie i przeprowadzam z nią wywiad dla „Super Ekspressu” (SE nr 132, str. 5 – „Jeszcze żaden mężczyzna nie oszalał na moim punkcie…”). Agnieszka opowiada o warszawskim playboyu, który unieszczęśliwiał dużo młodsze od siebie, atrakcyjne i interesujące kobiety: – Po kilku latach znowu spotkałam, na zakopiańskim, górskim stoku, tego okrutnego donżuana z małym dzieckiem. Zobaczyłam prawdziwie zakochanego mężczyznę, który uczył swoją pociechę jazdy na nartach. W jakiś czas później obok niego pojawiła się kobieta. Wtedy zrozumiałam, że jest to kobieta jego życia, ta jedyna, którą zdecydował się wreszcie poślubić, czego odmawiał wszystkim poprzednim. Pamiętam, że zanim zobaczyłam tę istotę, najpierw usłyszałam jej pohukiwania i pomyślałam sobie: A któż tak krzyczy na idola moich koleżanek? Wtedy ujrzałam brzydkiego, tlenionego kobietona z odrostami, o głosie chorej papugi. Trzymała go absolutnie pod pantoflem. Mówiła do niego na przykład: „głupi jesteś”, albo – „dlaczego nie zawiązałeś małemu czapeczki”, „ile razy mam ci powtarzać, żebyś dał mu herbatki”, „co tak się tępo patrzysz”, a pożeracz kobiecych serc jak w cudowny obraz był wpatrzony w kobietę swojego życia, z której ust, niczym nektar, spijał ciepłe, pełne miłości słowa. Warszawski playboy został usidlony. I odtąd wszelki słuch o nim zaginął.
Luty, 1992 rok. Gdańsk.
Jedna z aktorek wybrzeża, dowiedziawszy się od swojej koleżanki, również aktorki, którą właśnie odwiedziłam, że przyjechała Małgorzata Malicka, koniecznie chce mnie poznać. Tak samo bowiem nazywa się córka wielkiej przedwojennej gwiazdy – Marii Malickiej. Spędzamy przemiły wieczór, pani Bogusia opowiada mi „o Marysi”, którą dobrze zna, gdyż grała z nią po wojnie na scenie w Szczecinie.
Kwiecień, 1992 rok. Kraków.
Przyjeżdżam do Piwnicy Pod Baranami, gdzie mam zrobić duży materiał o występujących tu artystach. Z dyktafonem marki Sony i aparatem fotograficznym marki Olympus spędzam w Piwnicy, prawie bez snu, kilka dni i nocy. W przeddzień wyjazdu jeden z aktorów zaprasza mnie na pożegnalne przyjęcie, na którym ma być krakowska bohemo-elita. Przybywam na nie przed czasem, by, tak jak to zostało ustalone, witać pojawiających się gości – każdego oddzielnie, przedstawiając się imieniem i nazwiskiem (dobry przedwojenny obyczaj, który zachował się jeszcze w kulturalnej stolicy Polski). W pewnym momencie z drugiej strony słyszę to samo imię i nazwisko. Wypowiadamy je niemalże jednocześnie. I tak oto poznaję córkę wielkiej aktorki. Tego roku, pani Maria, w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat, odeszła…
Lipiec, 1993 rok. Warszawa.
Po kilku latach przerwy wybieram się wreszcie do mojego przyjaciela rzeźbiarza (wiele się przez ten czas wydarzyło w naszym życiu). Wiesław ma mi przedstawić żonę i dziecko. Trudno uwierzyć, że założył rodzinę, bo się do tego w ogóle nie nadaje (oczywiście żaden samiec się nie nadaje, ale on w szczególności). Kupuję zabawkę dla potomka mojego przyjaciela i, umierając z ciekawości, podążam do Wiesia. I co się okazuje? Kupiłam zabawkę wnuczce Mojego Ulubionego Poety! A ponieważ jest to pluszowy piesek, przemawiam do dziecka hebefreniczną strofą jego dziadka-turpisty:                      
Planko, kanko, pili-planko,                      
Tiuli, tiuli-tali tan.                      
W garściach noże kiełkiem wschodzą,                      
Wargi psom się marszczą w trąbki.

Małe do wieczora szuka trąbki. A my się cieszymy, że nie noży. W końcu znajduje gumowego słonika – a słonik, jak wiemy, ma trąbkę (ale ten dziadek namącił). Dostaję w prezencie pośmiertnie wydany tomik poezji Mojego Ulubionego Poety. Od rodzonej córki Mojego Ulubionego Poety!
Styczeń, 1995 rok. Warszawa.
Już są kolorowe pisma z wizerunkami znanych ludzi. Podobają mi się parafeministyczne wypowiedzi jednej malarki. Jej prace – również. Chciałabym ją poznać. Zwracam się z tą sprawą do kolegi, który zna wszystkich sławnych, sam jest synem Największego Polskiego Aktora. Jacek ostrzega mnie przed tą kobietą – kiedyś umyślnie wylała na niego talerz gorącej zupy udając, że niechcący – i to przy ludziach! W ten sposób wyraziła, co do niego czuła. A czuła niechęć.
Lipiec. 1995 rok. Londyn.
Oglądam dzieła sztuki współczesnej w Galerii. Obok mnie stoi kobieta do złudzenia przypominająca malarkę, która oblała Jacka gorącą zupą. Ale nie jestem pewna, czy to ona. Znam ją przecież tylko z publikowanych zdjęć. Więc się przedstawiam i pytam. – A, tak… kojarzę… Jacek mi o tobie opowiadał… – A mnie tylko o zupie. Najbardziej drażniła go poprzylepiana do swetra fasolka. Przestał ją jadać. – To była soja – prostuje moja nowa znajoma. Polubiłyśmy się. Zaczęło się, oczywiście, od plotkowania o urazowym Jacku. Bo któż to widział – zrażać się do niewinnego warzywa, w dodatku tak bogatego, jako i człowiek, w białko, tylko dlatego, że miało się je kiedyś, i to absolutnie przez przypadek, na swetrze? Niezbadane jest męskie ego… (Co do tego obie nie mamy wątpliwości, a nic tak nie łączy jak wspólne poglądy.) A tak poza wszystkim, to tylko mężczyzna może nie odróżnić fasolki od soi.
Grudzień, 1995 rok. Warszawa.
Cieszę się, że Irlandczyk (Seamus Heaney) dostaje literackiego Nobla, ponieważ kocham Irlandię, a przede wszystkim utwory sceniczne współczesnych irlandzkich autorów. Poza tym Irlandczycy chleją podobnie jak my. I są z urody jakby podobni. Sama bym na to nie wpadła, ale kiedy bawiłam w sierpniu na wyspie naturystów na Morzu Śródziemnym (L’ille du Levant) poznałam irlandzką parę z miasta Cork, która pokochała mnie jak nikt na świecie. I to oni widzieli te wszystkie podobieństwa. Warto dodać, że irlandzkie małżeństwo było najbardziej lubiane na wyspie, gdzie zjeżdżają się ludzie z całego świata. Polskę reprezentowałam tylko ja. I gdyby nie to, że żadnego języka poza polskim nie znałam naprawdę dobrze, mogłam się podszyć pod Szwedkę, na którą mnie typowano podczas wieczoru: zgaduj-zgadula, kim jest Megi? Nikt nie wpadł na to, że jestem z Polski. Kiedy już zabrakło krajów, padła Rosja – jako ostateczność. Polska – ani razu. Dlaczego? Bo to dziki kraj jest ich zdaniem, a ja nie jestem dzika. Robiłam tam za gwiazdę. I nawet wygrałam konkurs Miss du Levant – trzy tysiące franków, za które potem mieszkałam w Paryżu i kurs nurkowania.
Grudzień, 1996 rok. Warszawa.
Znowu się cieszę – polska poezja po raz drugi! Tym razem noblistką zostaje Wisława Szymborska! Huuuurrrra!
Grudzień, 1999 rok. Warszawa.
Lubię „Blaszany bębenek” i „Psie lata”, no i proszę – ich autor (Günter Grass) dostaje Nobla!
Styczeń, 2002 rok. Warszawa.
Choć Sylwester skończył się dwa dni temu, Ela i Ania, które poznały się dopiero u mnie, wciąż nie mogą wyjść. Tak jakoś nam się fajnie we trójkę letarguje (czytaj: leczy kaca za pomocą tzw. klinów). Przemiła egzystencja pomiędzy jawą a snem… Mąż Eli musiał akurat wyjechać do mamy, więc nie spieszy się jej do domu, Ania natomiast usiłuje dodzwonić się do swojego ukochanego, który konsekwentnie ma wyłączoną komórkę. Ukochany wyrolował ją bowiem na Sylwestra i Ania próbuje dociec, o co chodzi. W wolnych chwilach, pomiędzy telefonowaniem a wysyłaniem do niego esemesów, opowiada o nim, aż wreszcie Ela zaskakuje: – Słuchaj, zupełnie jakbyś mówiła o moim mężu. Ania nie zdradza, kim jest jej dręczyciel, który wreszcie sam do niej dzwoni i obiecuje przybyć pod wskazany adres. Po godzinie zawitał z bukietem róż, których jednak nie zdążył wręczyć, gdyż wypadły mu z ręki. – Co to za spisek?! – spytał bardzo zdenerwowany, ujrzał bowiem swoją żonę i kochankę (zagęszczenie materii wyrwanej z letargu). No i sprawa się rypła (w tej sytuacji, by – przynajmniej częściowo – wybawić przybysza z kłopotu, uznałam, że róże są dla mnie). Dalszy ciąg story rozegrał się poza moim domostwem. Tak to skacowanych ludzi rzeczywistość ze snu budzi.
Maj, 2003 rok. Warszawa.
(Patrz: Wrzesień, 1976 rok. Warszawa.) Manuela Gretkowska wykorzystuje w telewizyjnym wywiadzie niewiedzę i nie oczytanie zarówno ludu, jak i przepytującej ją „dziennikarki”. Broni swojej ostatniej książki i na zarzut, że jest to romans jak z Harlekina, odpowiada, że „Anna Karenina” też jest „tanim” romansem. A toż przecie arcydzieło! Powieść społeczno-obyczajowa. Styl, tło społeczne, historyczne, mnogość wątków – czyż tak wygląda harle-kinowy romans?! „Dziennikarka” oczywiście nie zaprzecza, bo powieści nie czytała (to pewne), i gdyby przyszło jej podać autora (o którym ma zero info), miałaby zapewne problem, książek Gretkowskiej też prawdopodobnie nie czytała, jej zadaniem jest bowiem dobrze się prezentować (uroda telewizyjna) i zadawać durne pytania, z literaturą nie mające nic wspólnego. W czasach, kiedy umierał Mój Ulubiony Poeta (Lew Tołstoj umarł sześćdziesiąt sześć lat wcześniej) dziennikarz rozmawiający z pisarzem  m u s i a ł  się znać na literaturze, i nie było ważne, jak wygląda. Ale spoko. Jest w porzo. Życie jest piękne. Jest oki. Tydzień później… Udaje mi się namówić znajomą dziennikarkę radiową (dziennikarka radiowa w odróżnieniu od telewizyjnej nie musi się odznaczać wysoką jakością urody), byśmy przeszły się po stolicy z jej profesjonalnym sprzętem (mikrofon i te rzeczy) i przeprowadziły sondę niby radiową. Pytanie, adresowane do młodego pokolenia, brzmi: Kto napisał powieść „Anna Karenina”? Na stu przedstawicieli młodzieży „uczącej się”, tylko jedna osoba, akurat płci żeńskiej, wie, że – Lew Tołstoj (a przecież nie pytałyśmy o ”Zmartwychwstanie”). No tak, kobiety lubią romanse… Nie ma się jednak czym przejmować, to nie jest wiedza niezbędna do życia. Pożyteczna jest jedynie wiedza psychologiczno-socjologiczna: Jak manipulować ludźmi, żeby osiągnąć swój cel plus asertywność (są w tych tematach zarówno podręczniki jako i szkolenia). To w zupełności wystarcza. Serio. Jak to się wie, to nawet można nie mieć specjalnego pojęcia o zarządzaniu i finansach. I nie należy się przejmować tym, że na przykład, jakiś Wojciech Siemion, czy inny nawiedzony artysta, bredzi w mediach, że bez poezji nie można żyć. Zresztą już nawet nie bredzi, bo przestali takie głupoty puszczać. Dlatego też dziwi mnie szczere oburzenie mojej znajomej – wykładowcy języka francuskiego na Studiach Doktoranckich: – Wyobraź sobie, oni nic nie wiedzą o Kartezjuszu. Nie kojarzą go nawet z cogito ergo sum – wyznaje tonem egzaltowanym. – No i co z tego? Koleś nie żyje od ponad trzystu pięćdziesięciu lat! – sprowadzam Zosię na ziemię i tłumaczę dalej: – Trzeba iść z duchem czasu, a nie grzebać się w przeszłości. I to w dodatku tak odległej. A taki banał: „myślę, więc jestem” – na co to komu? I kogo dziś obchodzi sceptycyzm metodyczny? Francuski jest przydatny, więc się go uczą – oświecam romanistkę, która ze zrozumieniem kiwa głową. Trudno bowiem nie uznać słuszności mego wywodu. Biednej Zosi, choć starsza ode mnie o 20 lat, wydaje się, że jak doktor, to od razu musi być mądry. A on nie ma być mądry, tylko ma mieć papier. W końcu nie każdy z nich jest doktorem od Kartezjusza. Mam nadzieję, że wpłynęłam na zmianę jej myślenia i inaczej spojrzy na swoich doktorantów.
Czerwiec, 2003 rok. Warszawa.
Przybiega do mnie zaaferowana przyjaciółka Aksana, jedna z najinteligentniejszych osób, jaką znam, od wielu lat mieszkająca tu Ukrainka. Jej wybitnie zdolne i utalentowane plastycznie dziecko edukuje się w najdroższej i najlepszej szkole pywatnej w Polsce i otrzymuje najwyższe oceny. Aksana, choć ode mnie młodsza, też wychowała się na książkach, nawet na tych samych (tylko my dwie w całym kraju znamy i kochamy radosną twórczość Zoszczenki, którego musiałam komuś pożyczyć, bo nie mogę go znaleźć, co mnie bardzo trapi). Cóż jest powodem jej zaaferowania, że aż do mnie przybiegła, by podzielić się niusem? Otóż coś Aksankę tknęło i spytała swoją starannie edukowaną córeczkę, kim  b y ł  Paganini (zgodnie ze swoim stanem wiedzy użyła czasu przeszłego). – Gośka, nie masz pojęcia, co ona mi odpowiedziała. – No, nie mam. – No to już ci mówię: To taki, co pisze, rozumiesz,  p i s z e  muzykę do komórek! I zagrał główną rolę w najnowszej wersji „Pinokia”! Masz pojęcie? – Nie mam. Z tym samym pytaniem pędzę do swojej, starszej od aksanowej, córeczki, utalentowanej z kolei muzycznie (tamta – plastycznie: obie artystki). Dorosła dziewczynka wie, że kompozytor, nie wie, że skrzypek, że nie wspomnę o słowie wirtuoz. Dziwne, czytałam jej kiedyś o Paganinim, powinna nawet kojarzyć, że obsługiwał zawodowo również drugi strunowy instrument – gitarę. Ale przynajmniej nic nie wspomina o tym, że Paganini pracuje dla GSM, z czego wnoszę, że nie wie o jego powiązaniach z telefonią komórkową. No i nie pomyliła go z Robertem Benignim. Cieszę się, że mam mądre dziecko. Daty śmierci muzyka nie wymagam, choć łatwo ją zapamiętać, gdyż dokładnie w tym samym roku Fryderyk Moreau, główny bohater „Szkoły uczuć” Gustawa Flauberta odpływał statkiem „La Ville de Montereau” z Paryża do Nogent-sur-Seine i rok 1840 jest wymieniony w pierwszym zdaniu powieści, co jest o tyle istotne, że jest to powieść historyczna. I tylko w 1840 roku George Sand i Fryderyk Chopin (który zresztą poznał Paganiniego) nie spędzili lata w Nohant, gdzie wyjeżdżali na wszystkie miesiące letnie od 1839 do 1846, co ma pewne znaczenie w historii literatury i muzyki: Sand wydaje wtedy „Wędrownego czeladnika”, a jej kochanek komponuje: „Dumkę”, „Walca As-dur” i ”Mazurka a-moll”. Słynna para spotyka się z Adamem Mickiewiczem, który właśnie w 1840 r. obejmuje katedrę literatur słowiańskich w paryskim Collège de France i kończy „Liryki Lozańskie”. W tym też roku przyjaciel Chopina – Eugene Delacroix maluje „Wkroczenie krzyżowców do Konstantynopola”, które się Fryderykowi wcale nie podoba. A na drugim końcu świata ukazuje się „Bohater naszych czasów” Michała Lermontowa, „Kosmoroma” Włodzimierza Odojewskiego i ”Kobzar” Tarasa Szewczenki. Ale przede wszystkim w 1840 roku Antoni Sax wynalazł, czyli zbudował saksofon! Na szczęście Paganini wolał instrumenty strunowe. Tym bardziej nie wymagam od dziecka znajomości daty urodzin Mikołaja Paganiniego, choć bardzo łatwo ją zapamiętać – bowiem dokładnie w tym samym roku, w którym urodził się sławny skrzypek, umarł jego równie sławny rodak, śpiewak sopranowy, kastrat – Farinelli. Jeden geniusz umiera, rodzi się drugi. W 1782 roku kończy też życie Jan Krystian Bach, syn słynnego Jana Sebastiana Bacha, również, jak jego ojciec, kompozytor i organista, a wielki Amadeusz Mozart ani nie rodzi się, ani nie umiera, tylko komponuje w tym czasie genialną operę komiczną (singspiel) „Uprowadzenie z Seraju”. A w literaturze – warte odnotowania pojawienie się „Niebezpiecznych związków” Choderlosa de Laclos (we Francji) i narodziny Giambattisty Niccoliniego, dramaturga i poety (we Włoszech). No i jest to początek nowej epoki technicznej – James Watt zbudował parowy silnik dwustronny, a Aleksander Volta wynalazł kondensator! Jedno i drugie bardzo się światu przydało. Tylko niebezpieczne związki zawsze na świecie były i są do dziś…
Czas, by przespać horror życia…

Sen
Przestrzeń snu zawiesiła się na nitkach światła,
przygarnęła świat cały w bajeczne ramiona:
uśmiechy rozciągnięte na gałęziach drzew
jak szelesty wędrują od twarzy do twarzy
i rozwieszają srebrne krople marzeń.

Domy na ogromnych, drewnianych kołach
pędzą z niezwykłą szybkością barwą świateł.
Na snu ekranie nawet wiatr jest w kolorach
i tak wieje, aby wszystkim najlepiej się działo.

Świt nie ma ochoty się przebudzić,
poranek mimo wczesnej pory też nie wstanie,
południe przewraca się na drugi bok
i odtąd już nigdy nie usłyszy hejnału.
Wieczór chrapie tak mocno,
aż cała drży ziemia.

Noc gości niezliczone kochanki
w jak płomienie rozwianych włosach
nie dobudzone, o kocich oczach planet.

Przestrzeń snu zawiesiła się na nitkach światła,
zamarła w wieczność, ogarnęła świat cały.
śpiączka przeniknęła Ziemię i ruch jej ustał
ku wielkiemu zdumieniu wszechświata.

Une traduction en préparation
Była sobie raz mamusia, do której bardzo pasuje to słynne powiedzenie. (Tak, tak… taka matka na pewno jest tylko jedna. I ze świecą szukać drugiej, do niej podobnej.) Zakładam, że pochodzenie zdania jest wszystkim znane. A mianowicie, jak to mamusia poprosiła dziecko, leżąc z facetem w łóżku, żeby przyniosło z lodówki dwie flaszki z wódką. Dziecko otworzyło lodówkę, zobaczyło, że liczba mnoga została przez rodzicielkę użyta błędnie i poinformowało: – Matka, jest tylko jedna. To pewnie jedna z wielu wersji, ale ważne jest przesłanie: Matka jest tylko jedna i już. Nic tego nie zmieni. Odwieczne, naturalne prawa są niezmienialne, choć współczesna genetyka pragnie temu zaprzeczyć. Z jakim efektem – zobaczymy.
Pod koniec lat pięćdziesiątych pewna mamusia urodziła córeczkę, a że tatusia wybrała niefortunnie, i go nie lubiła, nie mogła polubić również córeczki. To znaczy, na pewno ją lubiła, wszakże była matką, a matka – jak wszyscy wiemy – jest tylko jedna. Ale nie okazywała tego w imię obywatelskiego obowiązku nakazującego matce wychować – ku chwale socjalistycznej wówczas ojczyzny – wartościowego człowieka. Odpowiedzialność, jaka na mamusi spoczywała, a nawet – ciążyła, nie pozwalała jej okazywać uczuć, gdyż jest to demoralizujące. A że jakoś dziwnie utożsamiała córeczkę z tatusiem, to inna sprawa. I choć oficjalnie nadała dziewczynce imię żeńskie, nazywała ją imieniem tatusia. Wymawiała je specjalnym tonem, żeby dziewczynka nie miała wątpliwości, jakim beznadziejnym, nikomu niepotrzebnym jest stworzeniem. Bo dziecko – poza wszystkim – od zarodka trzeba tak wychowywać, żeby w przyszłości było skromne, a nie pewne siebie albo, nie daj Boże, zarozumiałe. Mamusi przyświecały wyższe, społeczne cele, a nie realizowanie się w wyświechtanej, nikomu niepotrzebnej indywidualnej miłości.
Imię tatusia nieoficjalnie nadane dziecku miało swoje wymienniki – pieszczotliwe, domowe przezwiska, jak to w kochającej się rodzinie bywa. Tak więc dziewczynkę mamusia dla urozmaicenia nazywała wymiennie pasożytem albo darmozjadem. To było ogromne poświęcenie ze strony matki dla dobra dziecka, którego nie należy rozpieszczać, żeby wyrosło na ludzi, ku społecznemu pożytkowi. Zwłaszcza, że dziecko istotnie było potworem – celem jego narodzin było zmarnowanie mamusi życia, a w szczególności – tak szybko przecież przemijającej młodości, tzn. uniemożliwienie jej korzystania z życia, póki na to czas. Wina dziecka była bezsprzeczna – mogło przecież urodzić się później, kiedy jego matka skorzysta już z życia, ale nie chciało czekać i egoistycznie obciążyło sobą młodą kobietę. Świadomość nikczemnej roli, jaką przyszło jej odegrać na tym łez padole spowodowała, że dziewczynka dosyć szybko nauczyła się przepraszać za to, że żyje i we wczesnym dziecięctwie była lekko zahamowana. Tak więc rokowania były optymistyczne – wadzić nie będzie nikomu.
Mamusia miała liczne schizy. Największą – na punkcie kasy, której, z różnych powodów, jej nie brakowało, i którą lubiła wydawać tylko na siebie. Pasożyt będzie pracował, to sobie będzie kupował, a tymczasem niech się cieszy, że nie chodzi głodny, nagi i ma dach nad głową. Te wielkie trzy wartości były pasożytowi skrupulatnie podkreślane i przypominane. Obsesja mamusi polegała na jej cyklicznym wrażeniu, że darmozjad  n o t o r y c z n i e  (ulubione słowo mamusi) ją okrada, więc spała z portfelem pod poduszką, ale gdy tylko budziła się rano, kasa i tak się nie zgadzała i mamusia rozpoczynała kolejne dochodzenie w sprawie odzyskania pieniędzy. Dochodzenia miały różny przebieg i były organizowane z wielką starannością oraz znajomością psychologii głębi. Raz, na przykład, na tę okoliczność została zawezwana ciocia, najstarsza siostra mamusi, której zadaniem było powtarzanie co pewien czas w obecności marnotrawnej siostrzenicy: – Och, biedna ty jesteś, biedna… – słowa te skierowane były, oczywiście, do mamusi, – złodzieja trzymać w domu… – tu następowało dramatyczne zawieszenie głosu, – to prawdziwe nieszczęście – w tym momencie ciocine ręce załamywały się, bądź bezradnie opadały. Przy czym kwestia: „Oj, biedna ty, biedna” wypowiadana była z tak głębokim, prosto z serca płynącym współczuciem, że aż żałość brała. Ciocia tragiczną wymowę recytowanego tekstu potęgowała dodatkowo odpowiednimi minami ilustrującymi ogrom nieszczęścia, jaki spadł na mamusię, objawiając przy tym zdolności aktorskie. Z lekka zahamowany pasożyt nie miał wówczas pojęcia, o co chodzi – ot, rozmowa dorosłych, którą zazwyczaj trudno zrozumieć… A ponieważ nie przyznawał się do winy, zyskał miano krnąbrnego, upartego, pozbawionego uczuć wyższych, niewdzięcznego i trudnego dziecka, którego nawet nie jest w stanie złamać ból cierpiącej matki. Ciocia metaforycznie wyraziła ten fakt kupując z piekła rodem siostrzenicy pluszowego osła – symbol bezmyślnego uporu i głupoty, i w ten sposób darmozjad posiadł zabawkę, co było niezwykłym wydarzeniem w jego pasożytniczym życiu wyściełanym martyrologią kochającej matki. Pasożyt z osiołkiem się zaprzyjaźnił i nazwał go osiołkiem-matołkiem. Następną zabawką, jaką dostał (od tej samej cioci), była czarna, gumowa głowa diabła, z której po naciśnięciu wysuwał się – czerwony jak ogień piekielny – język. Zabawki, które darmozjad dostawał od niefortunnego tatusia, musiał w asyście mamusi wyrzucać do śmieci, a następnie na nie spluwać. I to były chyba najgorsze chwile w życiu pasożyta. Po takim dniu darmozjad z trudem zasypiał, śniły mu się koszmary, krzyczał i wymiotował przez sen, zyskując dodatkowe miano nienormalnego dziecka.
Kiedy spanie z portfelem okazało się nieskuteczne, mamusia zleciła budowę czegoś w rodzaju sejfu (wówczas w Polsce nie było banków, choć teraz trudno to sobie wyobrazić, ani, oczywiście, prawdziwych sejfów). Przyszedł stolarz, postawił szafę ze specjalnymi zamkami i wręczył mamusi bardzo nowoczesne, długie i lśniące klucze magnetyczne przypominające słone paluszki. Potem przyszedł drugi pan i szafę pomalował w kolorze ścian – konstrukcja wtopiła się w krajobraz otoczenia. (Pewnego razu magiczne klucze się zawieruszyły i pasożyt – tradycyjnie posądzony o kradzież – został przepędzony z domu. Po tygodniu okazało się, że klucze zatopiły się w mamusinym fotelu – wpadły pomiędzy poręcz a siedzenie.) Ale i tak zabezpieczone pieniądze znikały. W związku z tym mamusia była zmuszona dorobić zamek do drzwi swojego pokoju. Pasożyt mógł już tylko przebywać w „swoim” – o wiele mniejszym, który, według wieloletnich pouczeń mamusi, tak jakby wynajmował, no bo przecież nie zapracował na mieszkanie, więc żadne pomieszczenie nie jest jego (co prawda mamusia też na nie nie zapracowała, ale pasożyt nie musiał o tym wiedzieć).
Poczucie własności i posiadania było głównym motywem we wzniosłym życiu mamusi. W zamkniętym pokoju znajdował się telewizor, radio, adapter i telefon. Darmozjad nie mógł korzystać z tych wspaniałych wynalazków, ponieważ na nie nie zarobił. To było jasne i nie wymagało szczególnych wyjaśnień. Do wszystkiego trzeba dojść samemu. Nic samo nie spada z nieba. Dorośnie, zarobi, to sobie kupi i będzie miał. Na razie musi mu wystarczyć, że nie chodzi głodny, nagi i nie leje mu się na głowę, tak jak pewnemu liskowi z poranku. Mamusia raz tylko poszła z pasożytem do kina. W celach edukacyjnych wybrała poranek o właściwej tematyce, a mianowicie o tym, jak to lisek (a może to był zajączek…) nie miał domu i mókł na deszczu, a mamusi też nie miał i był sierotą. Od tego czasu mamusia często straszyła pasożyta, że go odda do domu dziecka, na co zasłużył już w chwili pojawienia się na świecie (grzech pierworodny plus piętno pasożyta). Tak więc dla urozmaicenia radosnego życia rodzinnego doszedł jeszcze jeden motyw – domu dziecka. Pojawiał się on pod różnymi postaciami. Nie zawsze w banalnym wyrażeniu, że trzeba będzie wreszcie oddać tam pasożyta, oczywiście dla jego dobra, żeby zobaczył, jak mają inne dzieci i nauczył się doceniać to, co ma. Mamusia opracowała swoją własną autorską metodę. Polegała ona na tym, że w dniu, w którym planowała wyjść na noc, mówiła: – Jak umrę, pójdziesz do domu dziecka. W każdej chwili mogę zginąć pod tramwajem, albo dostać ataku serca. Po czym mamusia nie wracała do domu, nie uprzedzając o tym pasożyta, który całą noc płakał, nasłuchiwał jej kroków na schodach, wypatrywał przez okno w ciemnościach, i w końcu wyobrażał ją sobie na torach przejechaną przez tramwaj. Gdy następnego dnia sąsiedzi informowali mamusię, że jej dziecko całą noc płakało i wołało ją przez okno, pasożyt dostawał lanie za to, że podstępnie i złośliwie powiadamia sąsiadów o tym, że jest sam w domu (co ludzie powiedzą), a poza tym wtedy mogą przyjść złodzieje.
Motyw domu dziecka przewijał się też w dramatycznych momentach konieczności kupienia pasożytowi, który rósł, nowego ubrania. To były trudne dla mamusi chwile. Wydanie pieniędzy na coś nie dla siebie było dla niej wielkim cierpieniem, któremu towarzyszyła pewna subtelna ceremonia. Ubranko pojawiało się w domu – mamusia nic nie mówiąc wieszała je na oparciu krzesła. Po kilku dniach dziewczynka, z której śmiano się w szkole, że nie ma się w co ubrać, a jak już ma, to jest to brzydkie (na szczęście wtedy nosiło się jednakowe granatowe fartuszki z obowiązkowym białym kołnierzykiem, niestety – czasami fartuszek trzeba było zdejmować), odważała się wreszcie zapytać, czy to może dla niej. Odpowiedź brzmiała: – Nie, nie dla ciebie. To dla takiej jednej dziewczynki z domu dziecka, która nie ma mamusi i jest bardzo nieszczęśliwa. Następnego dnia ubranko znikało, co miało oznaczać, że sierotka jest już jego szczęśliwą posiadaczką. W końcu, po odczekaniu stosownie długiego czasu, pasożyt dostawał ubranko przeznaczone dla biednej dziewczynki z domu dziecka. Był to ze strony mamusi akt wielkiego poświęcenia inkrustowany – na znak cierpienia – bolesnymi okrzykami typu „żyły sobie dla ciebie wypruwam ty pasożycie” i dowód na to, że pasożyt otrzymuje coś, na co nie zasługuje i powinien docenić, jak mu jest dobrze i jak to dobrze mieć mamusię (sierotka mamusi nie ma i ubranka nie dostała).
Bardzo interesująco przedstawiała się sprawa łazienki i higieny osobistej. Pasożyt miał powiedziane, że do zachowania czystości wystarczy woda i mydło. Ponieważ twierdzenie to nie zawiera słowa szampon, było to mydło tataro-chmielowe, które służyło do mycia włosów. Tylko takie mydło leżało w łazience, i tylko z niego mógł korzystać pasożyt. Mamusia do łazienki chodziła z torbą, w której znajdowały się dobre zagraniczne kosmetyki, a wśród nich pachnące mydełka, które mamusia w przypływie matczynych uczuć pozwalała pasożytowi czasami powąchać. Była tam również suszarka do włosów. Pasożyt nie miał do niej dostępu, gdyż suszenie gorącym powietrzem niszczy włosy, które najlepiej, żeby wysychały same. Pasożytowi przysługiwały dwa ręczniki.
Mamusia podobała się panom. Raz jeden z nich chciał jej zrobić przyjemność i powiedział: – Ma pani piękną córkę. Przez twarz mamusi przebiegł grymas wyrażający obrzydzenie. Kiedy w życiu mamusi na poważnie zaistniał pewien dużo od niej starszy pan, przez chwilę wydawało się, że sytuacja pasożyta zmieni się na lepsze. Opuszczony przez najbliższych „nowy tatuś” obiecał bowiem darmozjadowi, nie wiedząc jeszcze, że to darmozjad, że zrobi wszystko, żeby miał tak, jak jego własny syn, który wyjechał ze swoją mamą (w komunie „wyjechał” znaczyło „uciekł”) do Szwecji, gdzie mieszkała liczna rodzina pana eks-żony, pięknej, zawsze uśmiechniętej kobiety, dużo młodszej od swojego eks-męża. Na początek, nieświadomy, że ma do czynienia z pasożytem, obiecał mu kupić magnetofon i modne spodnie. Myślał chyba, że opłakany stan jego przyszłej pasierbicy wynika z ubóstwa, choć, z drugiej strony, patrząc na mamusię trudno było posądzić ją o ubóstwo, więc prawdopodobnie w ogóle nic nie myślał (wkrótce okazało się, że myślenie nie jest jego najmocniejszą stroną). W każdym razie na pewno mu nie przyszło mu do głowy, że to metoda wychowawcza plus patologiczne skąpstwo rodzicielki i jeszcze coś, co trudno nazwać. Wkrótce pan drastycznie się o tym przekonał. Kiedy mamusia zobaczyła u pasożyta modne spodnie i dowiedziała się o ich pochodzeniu, w jednej chwili jak długa runęła na podłogę i histerycznie wrzeszcząc uderzała głową o ślicznie lśniący lakierowany drewniany parkiet (w domu mamusi panowała nieskazitelna czystość), machając przy tym rękami i nogami z taką szybkością, jakby chciała zamienić się w samolot, przebić sufit i odlecieć. Dramatyczna scena, zamiast pana do mamusi zrazić, albo przynajmniej   d a ć   m u   d o   m y ś l e n i a,   przyniosła zamierzony przez mamusię rezultat. Jeszcze tego samego dnia dostała od pana podobne spodnie (wtedy takie rzeczy kupowało się w Pewexie lub komisie i właśnie w takim miejscu pracowała mamusia). Pasożyt nigdy nie dostał magnetofonu, ani niczego więcej. Rywalka została pokonana, a zwycięstwo mamusi – uwieńczone weselem. Pan absolutnie się podporządkował swojej nowej żonie nie analizując zachodzących w jego najbliższym otoczeniu dziwnych zjawisk i wyglądało na to, że sytuacja ta bardzo mu odpowiada. Był jak zombi, automat poruszający się ściśle według wytycznych mamusi przy wyłączonym mózgu, a ponieważ nieużywane organy zanikają, efekt był wstrząsający: pozbawienie świadomości. Gdy umierał, nie wiedział nawet, że żył. Być może stając się ofiarą patologicznego apodyktyzmu, absolutyzmu i tyranii uratował przed podobnym losem swoją pasierbicę…
Mamusia również nie dotrzymała obietnicy – w akcie swej nieskończonej wspaniałomyślności i bezkresnej dobroci, jaka może charakteryzować tylko matkę, bezwzględnie miłującą swe dziecko – nie oddała pasożyta do domu dziecka, lecz wysłała go na rok do sanatorium, gdzie wyróżniał się spośród innych – był jedynym pacjentem, który nie miał ze sobą pieniędzy, szlafroka oraz wielu innych niezbędnych rzeczy, co było dla niego bardzo upokarzające (i o to właśnie chodziło w tej metodzie wychowawczej uczącej pokory). Tam darmozjad na pracach ręcznych nauczył się szyć (ręcznie, oczywiście) i robić szydełkiem. Doszywał więc i dorabiał do ubrań, z których wyrastał, mankiety, falbanki, różne wstawki – w ten sposób ubrania rosły wraz z nim, a stopień jego pasożytnictwa zmniejszał się. W tym czasie pojawiła się możliwość wymeldowania – przez głównego lokatora – współlokatora bez jego wiedzy i mamusia pasożyta ze s w o j e g o mieszkania wymeldowała. W końcu i tak nigdy nie miał domu… Specyficzna (niestety, zbyt rzadko stosowana) metoda wychowawcza zaczęła przynosić pozytywne rezultaty – darmozjad w coraz to innych dziedzinach okazywał się bardzo pomysłowy i twórczy i umiał zrobić rzeczy, których źle wychowywani jego rówieśnicy nie potrafili. Pasożyt się wybijał ponad przeciętność i dzięki swej wspaniałej, przewidującej matce wyrósł – ku chwale ojczyzny – na bardzo kreatywną osobę. Kreatywność bardzo się przydaje się we współczesnym świecie – na przykład w pracy copywritera w agencji reklamowej, gdzie jest najbardziej pożądaną cechą. Aż strach pomyśleć, na kogo wyrósłby pasożyt, gdyby nie miał tak mądrej matki i nie odebrał tak starannego wychowania. Bo matka jest tylko jedna. I należy o tym pamiętać. Kiedy po latach pasożyt (którym pozostał już na zawsze) poszedł do dzielnicowego biura meldunkowego, żeby wyjaśnić „przedawnioną” sprawę, spoglądające na intruza srogo i z potępieniem panie urzędniczki przedstawiły mu pismo uzasadniające wymeldowanie: współlokator  n o t o r y c z n i e  (ulubione słowo mamusi) robi burdy i libacje alkoholowe zakłócając ciężko chorej głównej lokatorce spokój i uniemożliwiając jej normalne życie… Pełne pogardy spojrzenia prawych kobiet w okienkach uniemożliwiały jakiekolwiek wyjaśnienia. Ale  t o  n i c.  Życie i tak jest piękne.
Przerwa na reklamę… toniku (tonicu :-)

Czarna sonata
To nic, że wiatr losu mój blady płomyk zdmuchnął,
To nic, że w krainę cieni przedarłam się cichą i pustą,
To nic, że łzy jak perły zdobią mnie na wieki…
To nic.
 
Niczego mi nie trzeba. Pójdę. Tam są czarne krzesła.
I drzewa czarne. Niebo czarne. Domów nie ma.
Zamiast świateł w oknach płoną gwiazdy. I jest muzyka.
Piękne, czarne sonaty. To mi wystarczy.

To nic, że bosymi stopami błądzę po czarnej ziemi.
I czarnych kamieniach.
To nic, że jakby nie-oczami widzę to, czego nie ma.
To nic.

Wrócę jeszcze. Do domu, który daleko.
Tam prowadzą marzenia.
Wyszłam tylko na spacer.
W Krainę Wielkiego Wytchnienia.

Une traduction en préparation
Miałam kiedyś bardzo atrakcyjną koleżankę, której inteligencja dorównywała urodzie. Ewa przeżywała burzliwe love z pewnym szalonym cudzoziemcem, które zakończyło się swoistym happy-endem: ów cudzoziemiec kupił jej mieszkanie w starej kamienicy w centrum Warszawy. W domu tym mieszkali sami starzy ludzie. Ewa opowiadała mi nieprawdopodobne historie na temat śledzenia przez nich jej życia, a ja, choć naiwna i wierząca we wszystko, co się do mnie mówi (no bo po co o czymś mówić, jeśli to nie jest prawda? Teraz już wiem, po co…) nie bardzo w to wierzyłam. Sama wciąż zajęta i zaaferowana swoim życiem tak bardzo, że nie miałam czasu nawet myśleć o innych, nie mogłam sobie wyobrazić, że można aż tak bardzo interesować się czyimś życiem, jak mi o tym opowiadała koleżanka, którą miałam. Już jej nie mam, ponieważ bieg wydarzeń spowodował, że znalazła się z powodu posiadania dużych pieniędzy w jakiejś najwyższej klasie społecznej, do której nie mam dostępu. Wtedy jednak, kiedy moją koleżanką była, wszyscy byli równi i należeli do tej samej klasy społecznej. Ewa mieszkała sama z malutkim dzieckiem w swoim wielkim mieszkaniu w pięknej kamienicy i każdego nieomal dnia donosiła mi o niesamowitych wręcz posunięciach swoich sąsiadów, których dopuszczali się w celu poznania jej życia. Byłam pewna, że jest przewrażliwiona na swoim punkcie i że łapie schizy…
Wkrótce za tę niewiarę zostałam srodze ukarana i podzieliłam jej los. Teraz z kolei ja, jako samotna matka z dzieckiem, zamieszkałam w budynku, w którym również mieszkali sami starzy ludzie. Nie była to jednak kamienica w dobrej dzielnicy, lecz blok z 1964 roku na Pradze, który tym różni się, między innymi, od kamienicy, że mieszkania posiada niewielkie i jest zbudowany z innego materiału – z radioaktywnych płyt zamiast zdrowej, glinianej, czerwonej cegły. Promieniotwórcze płyty mają tę zaletę dla starszyzny zamieszkującej budowlę, że są cienkie i idealnie przepuszczają dźwięki, dzięki czemu podsłuchiwanie idola staje się o wiele łatwiejsze, choć tym samym zubaża i tak monotonne życie starszych mieszkańców – nie muszą być aż tak pomysłowi w zdobywaniu cennych informacji, jak ich odpowiedniki z kamienic. (Ci z kamienic bardziej trenowali zmysł wzroku, blokowicze natomiast – zmysł słuchu.) Jednak ja wyrównywałam tę drastyczną niesprawiedliwość spowodowaną dźwiękoprzepuszczalnymi ścianami – nie poruszałam się, tak jak Ewa, w stałych porach, co utrudniało sam akt tropienia i – tym samym – zmuszało moich fanów do myślenia oraz rozwijało cechę bardzo w życiu pożądaną i pożyteczną – spryt. Ich pomysłowość objawiała się przeróżnie. Ponieważ były to czasy, kiedy wizjery w drzwiach nie były tak popularne jak teraz, w miesiącach letnich lokatorzy mojej klatki zamieniali się w parapetowe kwiatki doniczkowe. I kiedy szłam po schodach, drzwi się otwierały i gospodynie domowe jak na zawołanie poprawiały, lub czyściły wycieraczki, wynosiły śmieci, wychodziły z siatkami po zakupy (wtedy jeszcze nie było tzw. reklamówek, chodziło się z siatkami). Schody tętniły życiem. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, co oznaczało, że już weszłam do mieszkania, moi wielbiciele (do kobiet wkrótce dołączali ich mężowie, oczywiście ci żyjący, bo większość mężów już nie żyła) zbierali się na klatce, dyskutowali żarliwie, czego owocem bywało oddelegowanie do mnie jednej, lub kilku osób w jakiejś bardzo ważnej sprawie.
Sprawy to były różne, lecz łączyło je to, że wszystkie były ogromnej wagi, co podkreślano odpowiednim tonem i stosowną do rangi problemu intonacją (tak naprawdę chodziło o to, żeby się u mnie „rozejrzeć”), na przykład:
- Pani Małgosiu, pani nie wiesza ubrań w słońcu na balkonie, bo płowieją. A bieliznę lepiej w domu suszyć, bo kto to słyszał majtki publicznie wystawiać.
Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że komukolwiek może się chcieć zadzierać tak wysoko głowę w celu doglądania asortymentu na trzecim piętrze, ale wzięłam sobie tę dobrą radę do serca, choć nie dosłownie. Istotnie, moje czarne bluzki były coraz jaśniejsze, a ponieważ od strony balkonu słońce świeciło przez cały dzień, wpadłam na pomysł, żeby na zewnętrznym sznurku wieszać białe prześcieradło, które skutecznie zacieniało rozwieszone pranie i zasłaniało wstydliwe części garderoby. Po kilku tygodniach zjawiła się u mnie delegacja składająca się tym razem z pary małżeńskiej:
- Pani Małgosiu, to tak nieładnie, gdy wisi to prześcieradło, co ludzie pomyślą, my dla pani dobra tak radzimy, bo to często i w niedziele wisi…
A innym razem:
- Pani Małgosiu, my, broń Boże, wcale nie chcemy ingerować w pani życie osobiste, ale tylu panów przyjmować… Nie powinna pani…
- Dlaczego? – spytałam i otrzymałam zwięzłą, konkretną odpowiedź:
- Bo nie wypada.
Najstarsza mieszkanka bloku należącego do Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej uznała, że jak nie widuje dziecka z ojcem, znaczy, że jest ono, biedactwo, nieślubne, i gdy tylko widziała moją kilkuletnią córeczkę, syczała przez zęby: bękart.
- Mamusiu, co to jest bękart? – spytało dziecko. – Bo ta pani tak mi mówi dzień dobry…
Ta sama sąsiadka dostała paranoi, że truję ją i jej kwiaty na balkonie, gdyż najprawdopodobniej hoduję grzybki halucynogenne (skąd wiedziała o czymś takim – nie wiem, może obejrzała w telewizji program na ten temat) i doniosła na mnie na policję. Policjanci zjawili się u mnie akurat wtedy, gdy gotowałam prawdziwe, leśne grzyby – dorodne prawdziwki i maślaki.
- Czy to są grzyby halucynogenne? – spytał rutynowo przystojniak w mundurze z pożądaniem wpatrując się w garnek (wszyscy lubią duszone grzybki).
- Jak pan skoczy po flaszkę, to może będą – odpowiedziałam roztropnie i w ten oto sposób powiększyło się męskie grono moich znajomych. Obżarliśmy się grzybami, popiliśmy czyściochą i – tym samym – zadzierżgnęliśmy znajomość wg starej, sprawdzonej recepty – przez żołądek do serca.
Znowu zaistniałam w czyimś sercu…
Krzysztof już nie jest policjantem, ale do dziś się przyjaźnimy, choć niezupełnie przystaje do mojego świata.
O tym, jak praktycznie jest mieć znajomego – byłego policjanta, wie chyba każdy.
Truta przeze mnie sąsiadka wkrótce umarła i najstarszą mieszkanką bloku została głucha (i z tego powodu wyalienowana) panna Jadzia. Ilekroć na nią patrzę, nie mogę zrozumieć, dlaczego to ja byłam gwiazdą, a nie ona. Szczuplutka, o świetnej kondycji fizycznej – po schodach biega w tę i z powrotem (mieszka na 4 piętrze!) ze swoim malutkim pieskiem Perełką szybciej niż jej piesek, którego ciągle musi wołać, bo pokraczne zwierzątko pozostaje w tyle, kręcone włosy do ramion zawsze ufarbowane na platynowy blond – żadnych odrostów, usta wymalowane na jaskrawoczerwono w zmysłowe serduszko, odziana zawsze w gustowne, nie za długie sukieneczki, nóżki jak u sarenki, z tym tylko, że owinięte w bandaże – nigdy nie miałam tak odważnego dizajnu. W wieku 86 lat wyszła za mąż za – młodszego od siebie – Ziutka, kolesia, który nie wychodził z łóżka (właściwe podejście do małżeństwa), i którym się opiekowała aż do jego śmierci (biedak był schorowany). Zejście męża pani (już nie panna) Jadzia ogłosiła głośnym lamentem – wszyscy tłumnie się zbiegli na tę okoliczność, a ponieważ w jej malutkiej kawalerce zabrakło miejsca, kondukt kończył się piętro niżej, pod moimi drzwiami.
W porze zimowej obserwacje były utrudnione z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych i metody stosowane w miesiącach letnich groziły narażeniem zdrowia i tak już schorowanych ludzi: od wypaczonych i nieszczelnych okien ciągnęło (wtedy wszyscy mieliśmy takie okna), a z kolei uchylone non-stop drzwi powodowały przeciąg. W tej trudnej sytuacji jedynym – niestety, mało komfortowym – sposobem było nasłuchiwanie pod drzwiami moich kroków na schodach. Kiedy już nimi szłam, nieliczni przesuwali plastikowe zasłonki przy swoich wizjerach, co objawiało się charakterystycznym szelestem, większość jednak musiała lekko otworzyć drzwi (wtedy występowało masowe skrzypienie) i obserwować mnie przez szparę. Najważniejsze w tym wszystkim było to, czy idę z kimś, czy sama, a jeśli z kimś, to z kim. To – z kim było największą dla nich zagadką. Za wszelką cenę pragnęli ustalić, z którym z tych wielu mężczyzn, którzy do mnie przychodzą, jestem. Tego, że mogę nie być z żadnym z nich, w ogóle nie brali pod uwagę – taka opcja nikomu nie mieściła się w głowie. Mieściło się natomiast to, że sypiam ze wszystkimi. I gdy raz szłam z moim – elegancko ubranym w ciemny garnitur i białą koszulę, pochodzącym z dalekiego miasta – kuzynem niosącym walizkę, co tak bardzo odstawało od znanych dotychczas moim sąsiadom artystycznych dizajnów, że aż z niedowierzania i ciekawości zapomnieli o dyskrecji i szerzej oraz głośniej niż zwykle pootwierali drzwi, zapragnęłam ułatwić im zadanie i powiedziałam donośnym głosem, żeby wszyscy słyszeli:
- Przyjechał do mnie kuzyn. Wyjeżdża za pięć dni. Tak wygląda, bo wraca ze zjazdu.
- Ależ pani Małgosiu – oburzyła się sąsiadka, przy której akurat drzwiach wygłosiłam swoją krótką mowę – ja tylko poprawiam wycieraczkę, przecież pani widzi.
W ten sposób, choć w pierwszym nieprzemyślanym odruchu myślałam, że czynię dobrze, przyczyniłam się do tego, że najbliższe pięć dni upłynęły moim fanom w totalnej pustce – bo cóż to było za życie bez dociekań, emocjonujących towarzyskich spotkań na klatce w celu ustalenia, kim jest ów tajemniczy przybysz? Odebrałam im sens istnienia. Odarłam ich z pasjonujących domniemań, że oto może przyjechał milioner z Ameryki, by powieść mnie w lepszy świat… Byłam nieludzka. Pustkę należało jakoś wypełnić – nigdy tyle razy, jak w ciągu tych pięciu dni, nie pożyczałam komuś soli, cukru i mąki. Są to produkty, które charakteryzują się właściwą tylko sobie cechą nagłego zabraknięcia w sytuacjach, kiedy są niezbędne. To znaczy one są, ale nagle okazuje się, że w ilości niewystarczającej, co jest na ogół trudne do przewidzenia. Ta demokratyczna zasada może się przytrafić każdemu i każdy o tym wie, dlatego nic nie usprawiedliwia nie pożyczenia: szczypty soli, łyżeczki cukru, lub łyżki stołowej mąki (bowiem w grę wchodzą takie właśnie wielkości). Tłumaczenie „nie mam” jest bardzo podejrzane i rodzi stosowną do czynu plotkę. Ten piękny, integrujący małe społeczności zwyczaj pożyczania soli, cukru lub mąki w miastach zaginął, prawdopodobnie utrzymuje się jeszcze gdzieniegdzie na wsiach.
Drugi poważny problem moich wielbicieli stanowiło moje tajemnicze zajęcie – gdzie pracuję i kim jestem. Ciekawość tę pobudzał fakt, że często byłam w środku nocy, lub nad ranem przywożona pod dom samochodem. W tej sprawie również zawitała do mnie delegacja:
- Pani Małgosiu, my, broń Boże (swoim zwyczajem powoływali na świadka Boga), nie ingerujemy w pani życie, ale proszę nam powiedzieć, gdzie pani pracuje w takich nieregularnych porach?
- W agencji towarzyskiej – odpowiedziałam krótko, nie wnikając w szczegóły związane z moją pracą dziennikarską i nocnymi dyżurami w redakcji. Po wyrazie ich twarzy zrozumiałam, że jeszcze nie wiedzieli, co to są agencje towarzyskie, bo patrzyli na mnie tak jakby z szacunkiem wywołanym przez nieznajomość takiego miejsca pracy, a sam wyraz „agencja” brzmi dostojnie i przywołuje na myśl sprawowanie ważnego urzędu. W ten sposób znowu nadałam ich życiu sens – następna zagadka do rozwiązania.
Kiedy tydzień później jedna z dostojnych seniorek splunęła na mój widok, wiedziałam, że moi fani już wiedzą, co to są agencje towarzyskie. Byłam dumna ze swojej postawy edukacyjnej. Można chyba śmiało zaryzykować twierdzenie, że – w pewnym sensie – zostałam założycielką Klubu Seniorów przy Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej. Chciał, nie chciał, stałam się działaczką społeczną, i w dodatku bardzo aktywną. Czasami do obserwacji czynionych przez moich fanów – na skutek niezrozumiałych dla mnie zaniedbań – wkradały się błędy, które bynajmniej nie umacniały mojej pozycji jako zasłużonej działaczki społecznej.
Oto jeden z nich: W klatce obok, na parterze, mieszkało małżeństwo (czytaj: przyzwoici ludzie). Niewiele starsza ode mnie Joasia ciągle chodziła pobita przez męża, w ciągu kilku lat z ładnej kobiety zamieniła się w istotę zniszczoną, naznaczoną cierpieniem – nos przestawiony, twarz poorana zmarszczkami. Janek na jakiś czas wylądował za bicie żony w więzieniu (to było wtedy, gdy przyjechała policja i pogotowie naraz, i nieomal musiano Joasię zeskrobywać ze ściany), ale po kilku miesiącach on wrócił z więzienia, ona – ze szpitala, i ich życie potoczyło się starym trybem. Niedługo potem pod dom znowu zajechała karetka pogotowia i wóz policyjny – na sygnale. Nie musiałam wyglądać przez okno, żeby stwierdzić, że Janek bardziej niż zwykle pobił Joasię… Następnego dnia zawitała do mnie delegacja w sprawie lustracji po incydencie:
- Pani Małgosiu, a co to się u pani wczoraj w nocy działo, że aż policja i karetka przyjechały? Co to za awantura była?
- To nie u mnie, to w klatce obok, u tych spod piętnastki, nie wiecie???!!! – spytałam zaszokowana i rozczarowana aż tak drastyczną pomyłką moich fanów, których już zaczęłam postrzegać jako wysoce wyspecjalizowanych profesjonalistów w zajęciu, które sami sobie wyszukali i w którym doskonalili się z własnej inicjatywy, co skądinąd jest bardzo budujące. Gdyby byli młodsi, mieliby podstawy, by zatrudnić się w agencji detektywistycznej.
- To dlaczego u pani jest szyba pęknięta? – odpowiedzieli pytaniem wskazując okno, w którym szyba pękła kilka lat temu…
Kiedy szczerze wyraziłam swe ubolewanie, że tak późno spostrzegli rzecz tak istotną, jak pęknięcie w ich ulubionym, wybranym spośród wielu innych oknie, jedna z delegatek zareagowała również ubolewaniem:
- A myśmy myśleli, że to pani kochanek był zazdrosny o tych mężczyzn, co to do pani przychodzą, i że panią pobił… – ton jej głosu wyrażał szczere rozczarowanie.
Sąsiadki opuściły me domostwo mocno zawiedzione, nie zdążyłam nawet spytać, jak wygląda mój kochanek i od jak dawna go mam.
Gdybym wiedziała to, czego dowiedziałam się dużo później, być może już wtedy poczułabym się hollywoodzką gwiazdą filmową, a tak czułam się z lekka osaczona. Ale najpierw musiała się dokonać przemiana pokoleń: jedna ze starszych pań umarła i w mieszkaniu po niej zamieszkał młody chłopak. Wreszcie byłam od kogoś tu mieszkającego starsza! Lecz, o zgrozo, to chłopię też było mną zainteresowane. Czyżby energia zawarta w murach (patrz: „Lokator” Romana Polańskiego) tak na niego działała?! Chłopię mię śledziło, jak niegdyś jego babcia, i widziałam, że szuka sposobności, żeby zagadać. Pewnego wieczoru chłopiec wyczekiwał mnie przed klatką, ale nic nie powiedział, gdy otwierałam drzwi. Poczekał, aż wejdę na piętro, podbiegł do mnie i nieśmiało zagaił:
- Chciałbym z panią porozmawiać.
- Ale o czym? – spytałam.
- O pani… – głos mu się trochę załamał – bo ja chciałbym wiedzieć, jaki pani ma zawód, że u pani tacy ludzie bywają…
- Jacy ludzie? O czym mówisz, chłopcze? – spytałam zdziwiona.
- No tacy, co występują w telewizji, w filmach grają… – odpowiedział grzebiąc w plecaku, z którego wyjął gruby, gęsto zapisany zeszyt. – Tu są daty i nazwiska – wyjaśnił. – Znalazłem to w mieszkaniu babci.
W zniszczonym, starym kajecie zanotowane były nie tylko daty i osoby, które mnie odwiedzały. Niedocenionych biografów interesowało też to, co jem, jakich używam kosmetyków, jakich środków do czyszczenia, i w ogóle – wszystko, co ze mną związane. Był to swoisty dziennik – pod poszczególnymi datami widniały listy zakupów, jakie robiłam w osiedlowym sklepie, ze szczególnym uwzględnieniem ilości wina, piwa, bądź innych, szlachetniejszych trunków… Okazało się, że źródłem wielu cennych informacji były… moje śmieci, które już wtedy, jak na gwiazdę przystało, awangardowo wyrzucałam w workach, choć cała Polska biegała do śmietników z kubełkami wyłożonymi na dnie gazetą („Ekspress Wieczorny”), żeby nie przylepiały się syfy. Nawet kuchenne szafki produkowano ze specjalną wysuwającą się podczas otwierania drzwiczek półką na „wiadro na śmieci” (nigdy nie miałam takiej szafki, ale nie wtajemniczeni goście otwierali moją szafkę pod zlewozmywakiem i jakby wrodzonym odruchem, nie patrząc, wyrzucali śmieci na stojące tam naczynia – wtedy we wszystkich domach w tym właśnie miejscu, obowiązkowo stał kubeł). Może, gdybym – jak wszyscy – wysypywała je z wiadra, nikogo by nie zainteresowały, ale śmieci uwięzione w worku prowokowały…
Dziś sprawa śmieci urosła do rangi recyklingu i jest to podobno niezły biznes, co potwierdza fakt, że mój znajomy nie został śmieciarzem (czego zapragnął po utracie pracy w zupełnie innej branży), gdyż zażądano od niego czterech tysięcy złotych łapówki… Wówczas zrozumiał, że to fach dla wybranych, a ponieważ nie czuł się wybrańcem losu, zamiast zbierać cztery tysiące złotych, poszukał innej pracy. I udało mu się znaleźć w tej samej dziedzinie, w jakiej dotychczas pracował! Śmieciarze nie zablokowali go psychicznie. Nie popadł w depresję typu: nawet na śmieciarza się nie nadaję. Nie stać mnie, by zostać śmieciarzem. Koniec dygresji o śmieciach.
Przez wiele lat byłam w centrum zainteresowania, byłam gwiazdą – czyż życie nie jest piękne? Minęły lata… Kwietniowy poranek i odżywcza kąpiel w wodzie z dodatkiem koziego mleka wprowadziły mnie w błogi nastrój. Odczuwałam jakąś dziwną, niczym konkretnym nie uzasadnioną wewnętrzną radość. Byłam wdzięczna Bogu, że życie nie jest wieczne i podlegam zbawiennemu procesowi przemijania, z którym łączyłam wielkie nadzieje… I kiedy tak sobie leżąc w wannie myślałam o tym, jak cudowne jest przemijanie, i że już nigdy nie będę podejrzewana o nielegalny seks, i że już mogę sobie żyć spokojnie nikomu nie wadząc i nie koląc w oczy, zadzwoniła do mnie znajoma, moja imienniczka zresztą (znam bardzo dużo Małgoś i z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że, generalnie, wszystkie Małgosie są fajne), która telefonuje do mnie raz na rok – kontrolnie. Usłyszałam w słuchawce: – No cześć, Gośka. Co u Ciebie? Sypiasz jeszcze z tym homoseksualistą? Aż mnie pod wodę wessało. Coś się jej pomyliło, to pewne, tylko, do kurwy nędzy, co i z czym?! Zaraz potem odbieram pismo z administracji, że jestem jedynym lokatorem w całym osiedlu, który ma – zagrażające bezpieczeństwu – skrzynki zewnętrzne na balkonie, w związku z czym prosi się mnie o bezwzględne i natychmiastowe ich usunięcie, gdyż w przeciwnym razie wysunięte zostaną wobec mnie poważne konsekwencje (skrzynki zewnętrzne mają prawo wisieć jedynie na balkonach na parterze). Poza tym wszystkie balkony mają być takie same, a mój psuje wygląd osiedla. Wychodzę na balkon, patrzę na inne bloki – wszędzie skrzynki zewnętrzne. Spoglądam w bok i widzę, że na pozostałych balkonach na moim, czyli trzecim piętrze również wiszą skrzynki zewnętrzne. Jednak bardzo różnią się od moich – zawieszone są na nowoczesnych plastikowych uchwytach, podczas gdy moje osadzone są w staromodnych: mocnych, żelaznych. Jednak największa różnica tkwi w stopniu ukwiecenia. W moich rosną kwiaty, podczas, gdy pozostałe są schludne, gdyż puste. Czyżbym nadal była gwiazdą?
Zmiana klimatu – wierszyk, który został opublikowany na okładce „Radaru”.

Papierowa róża
Wszedłeś do mnie przez miłość

dzwoneczki wplatałeś
w moje jasne włosy
zaplątałeś mnie
w swoje palce
miękkie do zachwytu

Co było dalej
nie pamiętam
coś się stać musiało,
że pustka po mnie
ledwie drgająca nad płomieniem 
                              żałobnym
dotknij

palcami miękkimi aż do zachwytu
zapłakanych ust
w deszczu, na wietrze 
                     wypatrujących
Już późno.

Une traduction en préparation
Znajomi uwielbiają moją kuchnię. Uważają mnie za największą artystkę kulinarną XX i XXI wieku i nic na to nie można poradzić. Skromnie stwierdzam, że się nie mylą – istotnie, nawet z niczego potrafię zrobić coś i to w dodatku bardzo smacznego. Czynię to intuicyjnie wykorzystując patenty kuchni z całego świata, głównie francuskiej, włoskiej, chińskiej, japońskiej, marokańskiej i ukraińskiej. A ponieważ preferuję zdrowe żywienie, nabywam głównie świeżą florę, rzadko – faunę oraz produkty dobrych firm, niekonserwowane, często zaopatruję się w sklepiku z żywnością ekologiczną.
Lecz ci sami znajomi, którzy wynoszą pod niebiosa moje zdolności kulinarne, krytykują mnie za rozrzutność – uważają, że jestem niepraktyczna, ponieważ kupuję za drogie produkty. I to w dodatku w osiedlowym sklepiku, gdzie – wiadomo – ceny o wiele wyższe, niż w supermarketach.
- Strasznie przepłacasz – mawiają, kręcąc przy tym z dezaprobatą głową. – Nic dziwnego, że nigdy nie masz pieniędzy i nic sobie nie możesz kupić, za drogo kosztuje cię jedzenie – dodają jeszcze uczenie, żeby mnie już całkiem zdołować (oczywiście, dla mojego dobra, bo to dobrzy znajomi), i żebym nie miała żadnych wątpliwości, jaką jestem blondynką-kretynką. Kobieta nowoczesna nie robi zakupów w małym sklepie, tylko raz na miesiąc, ewentualnie na dwa tygodnie podjeżdża samochodem pod supermarket i tam kupuje, co trzeba. Wtedy jest tanio i szybko – wszystko w jednym miejscu.
- Ale ja nie mam samochodu – tłumaczę się w nadziei na rehabilitację polegającą na wybaczeniu mi tej nienowoczesnej i niepraktycznej, czyli nagannej postawy. Nie okazał się to jednak argument przekonujący, no bo przecież ktoś zawsze ma.
- Masz tylu znajomych, zawsze ktoś cię zawiezie – na dowód tego znajomi jadą ze mną do Auchan, bo tam teraz najtaniej. Kiedy już jesteśmy w markecie nie odstępują mnie na krok, żebym nie popełniła jakiegoś głupstwa (czytaj: nie kupiła nic za drogiego).
- Czego dużo używasz? Aha, przecieru pomidorowego do spaghetti i la pasty. No i te twoje zupki pomidorowe… Okej, idziemy więc do półek z przetworami. Sięgam po Pudliszki. Nagle powstrzymuje mnie wrzask: Nieeee! I znaczące spojrzenia: no tak, sięga po najdroższe. Znajomi wyszukują mi słoiczki czterokrotnie tańsze od Pudliszek za tę samą ilość.
- Ci to mają głowę – myślę o nich z podziwem i patrzę, jak ładują do kosza całą zgrzewkę. Na etykietkach optymistyczne logo: zaciśnięta dłoń z kciukiem do góry (na żółtym tle w zielonej obwódce – kolory nadziei). Obok loga wyjaśnienie: Produkt ten stworzyliśmy, aby Państwa zadowolić. Pod logiem obrazek z dorodnymi, czerwonymi pomidorami. Pod wyjaśnieniem polska flaga, a pod nią: Wyprodukowano w Polsce. Ha, to jest to! I ten kciuk do góry – tak mam trzymać, jest okej, a nawet więcej – ja jestem okej. I o to przecież chodzi, żeby być do przodu.
- Czego jeszcze dużo zużywasz? No tak, zielonego groszku – w tym momencie rozmarzyli się, wspominając moje zupki-kremy z tej właśnie rośliny. Kieruję wzrok ku sprawdzonemu Krakusowi (obok stoją też bardzo dobre groszki Bonduelle). Mój wzrok napotyka jednak na istotną przeszkodę – karcące spojrzenia moich wybawców i nauczycieli praktycznego życia. Tym razem w drucianym koszu-pojeździe pojawiają się dwie zgrzewki puszek z groszkiem logowanym zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry! Te same napisy i te same barwy narodowe (chorągiewka), co na pomidorach, z tą różnicą, że obrazek dorodnych czerwoniutkich pomidorów zastępuje piękny, zieloniutki, wyjątkowo duży groszek.
- Zobacz, ile masz za tak niewielkie pieniądze! Sama zobacz! No policz tylko! (nie zdradzam się, że do dziś nie umiem liczyć) – przekrzykują się moi przyjaciele dumni ze swej misji szkoleniowej i zapędzają się w ostre klimaty pedagogiczne: – Na jeden raz byś miała, gdybyś sama kupowała, a tak to na kilka miesięcy masz za tę samą kasę! Jest wolny rynek, musisz nauczyć się wybierać! Kurczę się pod wyrzutami sumienia. Ojejku, a ja tak przepłacałam… Poczucie winy narasta we mnie i kurczę się coraz bardziej. Jacy oni mądrzy, potrafią żyć, nie to co ja. Ludzie myślą, liczą, praktyczni są. Nic dziwnego, że na wszystko ich stać – wiedzą, gdzie i co kupować. Mam ochotę się rozpłakać – całe życie zmarnowane, taki błąd, taki niewybaczalny błąd, jak ja mogłam tak bezmyślnie czynić – lamentuję w duszy, no i, oczywiście, jestem bardzo wzruszona, że chcą dla mnie tak dobrze. Ale mam cudownych znajomych, dbają o mnie… Z tkliwością patrzę na ich dziwnie zgięte sylwetki – mocno wysunięte do przodu, by na przepastnych półkach dojrzeć dla mnie tanie produkty i chce mi się płakać ze wzruszenia, ale poskramiam wrodzoną spontaniczność. Kto to widział płakać w supermarkecie, gdzie wszystko stoi frontem do klienta, którym przecież jestem. Jako klient biorę się więc w garść, by – wraz z moimi nieodłącznymi przyjaciółmi poświęcającymi cenny czas, żeby uczyć mnie oszczędności – wypełniać konsumencki obowiązek zgodnie z przeznaczeniem obiektu, w którym się znajduję.
- A, i robisz taki cudowny sos tatarski – znowu się rozmarzyli. Jejku, jacy kochani, tak mnie doceniają. Wiadomo, sos tatarski – znaczy przyszedł czas na konserwowe ogórki. Nawet nie ośmielam się spojrzeć na duży słój z etykietą Krakusa. Chcę mieć opinię nie tylko świetnej kucharki, ale też osoby pojętnej, która szybko się uczy oszczędności. Do wózka ląduje słój z ogórkami z wizerunkiem zaciśniętej dłoni z kciukiem skierowanym do góry. Ogórki też zostały stworzone, aby mnie zadowolić, na obrazku – apetyczne i soczystozielone, polska flaga narodowa powiewa na nich tak samo jak na pomidorach i groszku. Czuję się patriotką, kosz coraz ciężej pchać, ale nie ja go pcham. To moi przyjaciele wzięli ten trud na siebie. Żebym się odstresowała – tak powiedzieli. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, moi przewodnicy po nieznanych mi obszarach oszczędności czymś się zainteresowali, w związku z czym udaje mi się, korzystając z ich nieuwagi, wrzucić do kosza wiejską osełkę (masło, które lubię) i olej z pestek winogron (używam też oliwy z oliwek – omega 3, ewentualnie oleju słonecznikowego – witamina E). Oczywiście czynowi temu towarzyszy ogromne, przytłaczające poczucie winy (gdybym była gospodarna, wzięłabym margarynę i olej rzepakowy). Znowu się kurczę, tak bardzo mnie ono przytłacza. Jestem niepokorna i niewdzięczna – oskarżam się i już chcę wyjąć moje ulubione masło i odłożyć je tam, skąd je wzięłam, ale moi dobroczyńcy odjechali z wózkiem do karmy dla kotów.
- Rozpieszczasz Tusię tym Wiskasem, popatrz, jaka tania jest sucha karma. W koszu pojawia się duża szara torba, a tuż za nią następna. Nawet o kocie pomyśleli. Życie jest piękne. – Będziesz miała na rok, termin ważności do 2005. Ty za te pieniądze żywisz kota przez dwa dni.
No tak… stąd moje wieczne problemy finansowe. Teraz rozumiem. Jestem beznadziejna, a takie miałam dobre o sobie mniemanie… Podróż przez krainę taniego dobrobytu trwa już długo, czego zupełnie nie odczułam, a co uświadomił mi telefon od Piotra, który od pół godziny czeka pod moim domem, gdzie znalazł się o umówionej porze. Zdążył też zadzwonić Paweł z Arabii Saudyjskiej, który nie mógł się nadziwić, że jestem w supermarkecie. – Ty w takim miejscu! Na szczęście wojna w Iraku była dla niego ważniejsza, więc temat moich radosnych zakupów nie był kontynuowany. Tymczasem piramidę na wózku dopełniają makarony z jakże mi już znanymi zaciśniętymi dłońmi z kciukiem skierowanym do góry (a ja, niepoprawna, tęsknie patrzę na znajome kluski włoskie, czy chociażby Malmy). No, wreszcie koniec. Teraz do kasy. Wręczam pani kasjerce bon na 100 złotych, który dostałam od Krzysia i dopłacam jeszcze 100 złotych, bo o to właśnie chodzi w tym rozdawnictwie bonów (przez cały czas towarzyszy mi bolesna świadomość, jak bardzo dotychczas byłam niegospodarna i jaka to ogromna strata). Następnie, jak biali ludzie, „podjeżdżamy” wózkiem do samochodu zaparkowanego kulturalnie pod dachem supermarketu (sama nigdy bym go nie znalazła) i ładujemy liczne produkty żywnościowe do bagażnika.
Z poczuciem pożytecznie spędzonego dnia siadam obok Kazia, który z kolei zadowolony z dobrze spełnionej misji zamaszyście siada za kierownicą. Ach, co tu dużo mówić, życie jest piękne. Trzy przecznice od mojego domu, pod samą komendą policji, stajemy na czerwonych światłach. Do stojącego obok samochodu podbiega piętnastoletni chłopak, wybija pięścią szybę i wyrywa siedzącej za kierownicą kobiecie torebkę. Kilka godzin czekamy na policję, bo musi przyjechać stołeczna. Policjanci z komendy, pod którą to się stało, nawet do nas nie wyszli, choć barbarzyńca zniknął w podwórku za budynkiem, gdzie sprawują swój wzniosły urząd. Moi przyjaciele wnieśli mi zakupy na trzecie piętro, kilka razy wracając do samochodu.
Kiedy poszli, rozdysponowałam dobra materialne i przystąpiłam do tworzenia swoich firmowych potraw.
- No to zrobię la pastę i moją słynną zupkę-krem (zaprosiłam na wystawną kolację Jolę i Piotra) – powiedziałam do kuchenki, ponieważ bardzo lubię rozmawiać z przedmiotami funkcyjnymi typu urządzenia, takimi jak: pralka, lodówka, odkurzacz, elektryczna maszynka do mięsa, mikser i tym podobne. Zalałam wrzątkiem makaron. Po kilku minutach w garnku pojawia się gęsta maź. Okazało się, że kluski z zaciśniętą dłonią z kciukiem skierowanym do góry rozpuszczają się podczas gotowania.
Być może należy je tylko zalać wrzątkiem, jeszcze tego nie zbadałam, ponieważ chwilowo czuję do nich uraz (kurwa, dwadzieścia torebek z makaronem instant). Odkładam więc ten eksperians na później. Otwieram puszkę z groszkiem. Mym oczom objawiają się szare kulki w zalewie. Próbuję – twarde, bez smaku. Kurwa, dwie zgrzewki niejadalnego groszku, a ściślej – namoczonego w słonej wodzie suchego grochu. Życie jest piękne. Odkręcam słoik z koncentratem pomidorowym. Wylewam do naczynia bladą, prawie przezroczystą maź o bardzo dziwnej glutowatej konsystencji bez zapachu i smaku pomidorów, zupełnie nie przypominającą koncentratów, które dotychczas stosowałam. Sprawdzam ketchup – to samo. O, kurwa. Nasypałam kotu suchej karmy, co to ma ją żreć przez rok. Ledwo powąchał i odszedł dziwnie się otrząsając. Dobra, nie ma co rozpaczać, co prawda nici z la pasty i zupki-kremu z groszku, ale za to zrobię sos tatarski. Odkręcam słój z ogórkami… Okazały się żółte, puste w środku, o najbardziej obrzydliwym smaku, jaki sobie można wyobrazić. Zalewa cuchnęła na całe domostwo. Koszmar to senny, czy jawa? Słoika z papryką ciętą nie otwieram. Wyrzucam go od razu.
Trzy dni temu rzuciłam palenie. Po otworzeniu słoja z ogórkami zeszłam do osiedlowego sklepiku, kupiłam paczkę moich ulubionych papierosów i piwko na wsparcie. W godzinę później, gdy już się trochę uspokoiłam, zrobiłam  s w o j e  zakupy. I nikt nie pojmie, jak bardzo się ucieszyłam z tego, że koncentrat pomidorowy był czerwony, gęsty i pomidorowy, groszek był zielony i smakował jak groszek, ogórki były zielone i twarde, w smacznej zalewie, a makaron nie był rozpuszczalny. Z supermarketu miałam najbardziej kosztowne ze wszystkiego, co kiedykolwiek w życiu kupiłam: wiejską osełkę i olej z pestek winogron. Zapłaciłam za to 200 złotych. Będę bardzo oszczędnie używać.
Do mleka z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry (też zgrzewka) boję się zajrzeć (słoika z papryką też nie ośmieliłam się otworzyć). Mam jeszcze w lodówce to przepłacone, czyli… normalne białe mleko o smaku krowiego mleka. Ale już sobie wyobrażam lekko zamleczoną wodę z zapachem chloru, lub coś w tym rodzaju. Nie wiem, czy kiedykolwiek odważę się otworzyć karton z mlekiem logowany zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry. Na razie tej odwagi nie mam. Zwłaszcza, że pod zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry roztaczają się pomarańczowoczerwone pola pod czerwonym słońcem, co już sugeruje produkt nie mający z mlekiem wiele wspólnego (wzruszająca szczerość przekazu graficznego), czyli – kategoria: porażka.
Jednakże zgrzewka mleka z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry odegrała ważną rolę w moim życiu – zweryfikowała moją autoświadomość. Już nie uważam się za osobę odważną, choć na pewno nią byłam, o czym świadczy chociażby fakt wieloletniego beztroskiego przemieszczania się tzw. stopem w periodzie mojej zewnętrznej świetności. Mleko z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry uświadomiło mi tę konkretną zmianę w mojej bogatej osobowości.
W tydzień później…
Plastikowe miseczki z suchą kocią karmą, które rozstawiłam w piwnicach w czternastu budynkach – nietknięte. Puszki z groszkiem, które ustawiłam na murku śmietnika i do których dołączyłam otwieracz do puszek (bo jestem dobrą kobietą), ale ten gorszy, lepszy zostawiłam sobie (bo jestem złą kobietą) – zniknęły. Słoiczki z niby koncentratem pomidorowym również zniknęły. W śmietniku tym mieszkają bezdomni ludzie, którzy są alkoholikami. Widać do wódeczki podchodzi żywność z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry. Cieszę się, że mogłam pomóc moim współbraciom (wszyscy tworzymy jedną wielką ludzką rodzinę), do których może niedługo dołączę, bowiem od pewnego czasu – z powodu problemów finansowych i wygórowanych rachunków – nie płacę za wodę i komorne, a wypić też lubię, dzięki czemu jest szansa, że uda mi się nawiązać kontakt z moimi potencjalnymi współlokatorami. Na wszelki wypadek zawsze, gdy wyrzucam śmieci, zwłaszcza rano, kiedy ich bezczelnie budzę hałasem wrzucanego wora do metalowego pojemnika, mówię mieszkańcom mojego potencjalnego miejsca zamieszkania (adres się wiele nie zmieni, w sumie tylko trzy piętra niżej i domostwo trochę przesunięte) – dzień dobry. I oni mi odpowiadają. A to dobry znak. I – by mieć jeszcze większą pewność, że, w razie czego, przyjmą mnie do swojej społeczności – daję im 10 złotych, kiedy proszą o 50 groszy tłumacząc, że właśnie tyle brakuje im do papierosów lub flaszki. Ta zręczna manipulacja ma na celu wytworzenie w ich sumieniach poczucia winy, kiedy okaże się, że to przez nich zbankrutowałam i stąd wynika niewielka zmiana mojego adresu. Chyba mnie lubią.
Dwa tygodnie później… Zdobyłam się na odwagę i otworzyłam mleko z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry, gdyż skończyło mi się normalne, a potrzebowałam do kawy. Najpierw wlałam go trochę do kubeczka, powąchałam, potem ostrożnie spróbowałam i… Mleko okazało się być mlekiem! Dolałam go do kawy i kawa smakowała jak kawa z mlekiem. Czyż życie nie jest piękne?! Jutro zrobię budyń.
Cztery tygodnie później… Wyglądam przez okno i mym oczom ukazuje się widok niezwykły: oto robotnicy zdejmują dach z mojego przyszłego domostwa (niepopłacone rachunki piętrzą się na stole), śmietnika znaczy się. Położą nowy – pomyślałam optymistycznie, gdyż optymizm nie opuszcza mnie nigdy. Jak to miło, gdy klasa pracująca dba o bezrobotnych i bezdomnych… Może jeszcze ściany ocieplą na zimę…
Cztery tygodnie i trzy dni później… O, zgrozo! Nie ma już śmietnika! Nawet śladu po nim! Gruz zwieziony, gleba po nim wysprzątana, a w miejscu schronienia dla bezrobotnych i bezdomnych stanął – niczym pomnik ku chwale współczesnej cywilizacji – piękny i wyniosły, wielki, jaskrawopomarańczowy pojemnik na produkty uboczne tejże.
Po tym wszystkim – trochę pokarmu duchowego:

Moja codzienność
Świt biały jak welon rozpostarł ramiona
i cichutko opadł nie budząc sąsiadów.
Jednym z tysięcy oczu zajrzał do pokoju,
mrugnął na znak, że już czas zacząć.
Pośrodku świtu, a już go nie było
pojawiła się niewidzialna kula.
Rozpostarła przezroczyste skrzydła
i miękko opadła. Zajrzała do pokoju.

Ściany nabrały blasku. Przemówiły obrazy.
Maszyna zaczęła pisać. Pędzle malować.
Druty poruszały się na kształt swetrów.
Listy się czytały głosami przeszłości.
Ciasto na talerzykach podało się gościom,
Którzy byli, chociaż ich nie było.

Potem świt biały ściemniał. Rozpostarł ramiona.
Jednym z tysięcy oczu zajrzał do pokoju.
Mrugnął na znak, że czas ciepłym szalem
otulić miłość, odpocząć w fotelu.
Ogień na kształt serca rozpalił się w kominku.
Pokrywka czajnika zadrżała ze szczęścia.
Dobre duszki snuły się po kątach.

Lecz i wieczór ściemniał. Roziskrzył swe oczy.
Tysiące świec zapalił w noc urodzin świata.
Nachylił się nade mną i jak mógł najczulej
w ramionach poniósł do snu. Na czas gwiazd.

Białym świtem znowu pojawiam się w pokoju,
by rozpocząć wędrówkę przez dzień.
Zegar chodzi do tyłu.
W oczekiwaną godzinę zadzwoni na pobudkę.

Une traduction en préparation
Właśnie dostałam e-maila pod tym właśnie tytułem, który należy tłumaczyć: Masz małego penisa? Możemy Ci pomóc!
Życie jest piękne, ktoś, kto wcale mnie nie zna, chce mi pomóc, a nawet troszczy się o mojego penisa, którego nie mam. A tak przy okazji, to zauważyłam, że właściciele małych lepiej z nich korzystają, niż ci dużych. Nadmiar rozleniwia… Może więc akcja chybiona, i należałoby zmniejszać duże, zamiast powiększać małe? Oczywiście żaden facet by się na to nie zgodził, bo oni mają strasznie nasrane na punkcie tych swoich przyrodzeń. Nie wiedzieć czemu, łączą ich rozmiar z męskością, a przecież o męskości świadczy zupełnie co innego… Współcześni mężczyźni myślą penisami, nawet uczeni. Jeden pan doktor (w sensie – medyk) w Milionerach uznał, że Torre del oro, to wieża ust, a nie złota wieża, bo mu się skojarzyła z seksem oralnym. Gdyby chociaż nazwał ją wieżą złotoustą, byłby już bliżej… Dziś to nawet lekarzom nie można ufać. Tylko jedno im w głowie. Obrońcy pana doktora mogą, oczywiście, powołać się na argument, że jedyny język obcy, jaki zna medyk, to łacina. I owszem. Ale jeśli tak, to dlaczego nie nazwał budowli „mówiącą wieżą”? Wszakże oro po łacinie znaczy „mówić”. Z kolei Artur Barciś w telewizyjnej rozmowie z Wojtkiem Malajkatem o przeznaczeniu utożsamił się z najszybszym plemnikiem tatusia, tłumacząc, że to on był tym plemnikiem, który pierwszy dopadł mamusine jajo i tak się rozpędził (teraz już w swym wywodzie), że wyszło na to, że ten plemnik, czyli maleńki Barciś, się w jaju rozwijał – aktor zapomniał, że nowe życie daje połączenie plemnika z jajem, a nie sam plemnik. Ta pouczająca wypowiedź daje wiele do myślenia… Ach, te prześladujące mnie, nawet w przestrzeni wirtualnej, penisy przesłaniające mężczyznom świat… Przypomniały mi się dwie story z taksówkarzami i jedna z kierowcą autobusu. Pierwsza: taksówkarz nagle, w czasie jazdy, zaczął się onanizować, na co w ogóle nie zareagowałam (zanotowałam tylko, że miał się czym pobawić, co właśnie czynił taktownie nie domagając się mojego uczestnictwa). – Pani to taka postępowa, inna, niż wszystkie. Inne to wrzeszczą, chcą wysiadać, o, widzi pani, klamka urwana, tak jedna szarpała… – Dopóki mnie to nie dotyczy, a pan jedzie we wskazanym kierunku, nic mnie to nie obchodzi. Na twarzy podnieconego kierowcy zamalowało się uwielbienie – przypuszczam, że z powodu mojego konstruktywnego myślenia, bowiem czyż nie umysł cenią w nas mężczyźni najbardziej? Druga: taksówkarz pomógł mi wnieść do domu ciężkie zakupy. Wdzięczność i wysoka kultura w stosunkach interpersonalnych nakazały mi zaproponowanie herbaty. Uczynny kierowca poszedł do łazienki „umyć ręce” i wrócił z obnażonym, wycelowanym prosto we mnie, pokaźnych rozmiarów członkiem. Po prostu chciał się pochwalić, a miał czym. Również podeszłam do sprawy z wrodzoną wyrozumiałością i herbatę wypiliśmy w przyjaznej atmosferze obopólnego zrozumienia (choć kolesiowi trudno było pojąć, że przepuszczam taaaką okazję) dla dwóch skrajnych postaw, bez naruszenia mojej godności osobistej. Bo życie jest piękne. Pozostali taksówkarze kulturalnie proponowali hotel, bez wstępnego obnażania, za wyjątkiem jednego, który, nie dość, że nic ode mnie nie chciał, to gdy poprosiłam go o pomoc we wniesieniu na trzecie piętro piętnastokilogramowej torby karmy dla psów, wyjął ją z bagażnika i rzucił o glebę z taką siłą, że karma rozsypała się w promieniu stu metrów. W ten sposób przemiły kierowca wybawił mnie z problemu dźwigania, a ja wykorzystałam to zdarzenie, by zrobić zwierzętom przyjęcie – wyszłam na spacer z charcicą, która w przemiłym towarzystwie innych piesków zjadła swoją porcję w plenerze. Trzecia story odbyła się w… autobusie. Byłam jedyną pasażerką. Nagle kierowca zatrzymał pojazd, podszedł do mnie i poprosił, żebym go chociaż „tam” dotknęła. (Żeby nie było niedomówień, pokazał mi to „tam”. „Tam” było imponujące.) Długo to trwało, jednak w końcu udało mi się mu wytłumaczyć, dlaczego nie mogę tego zrobić. W rezultacie, jako rekompensatę za stracony czas, wynegocjowałam podwiezienie do mojego punktu docelowego, bez zatrzymywania się na przystankach. Okazało się, że autobus miał przejazd kontrolny po reperacji, a zatrzymał się, nie dlatego, że stałam na przystanku, tylko dlatego, że to ja tam stałam. Po stokroć – życie jest piękne. Najbezpieczniej jest w powietrzu… Nikt nigdy nie molestował mnie seksualnie w samolocie. Nawet w paryskim metrze podszedł do mnie koleś z fiutem na wierzchu i zaproponował mi seks w swoim studio. Zlustrowałam jego przyrodzenie i orzekłam, że to nie mój rozmiar – ce n’est pas ma taille… (W istocie był duży, ale powiedziałam to tak, żeby myślał, że za mały. Oczywiście, znając mężczyzn, na pewno pomyślał, że przestraszyłam się gigantycznego rozmiaru.) Byłam z siebie dumna, że udało mi się – z właściwym sobie refleksem – skonstruować odpowiednią do sytuacji odpowiedź w obcym języku i na obcym gruncie. Innym znowu razem odmówiłam taktownie, by nie urazić delikatnej materii, jaką jest męskie ego, argumentując, że właśnie jestem po i więcej nie dam rady. Co ciekawe – do mężczyzn trafiają konstruktywne argumenty, no bo jeśli rozmiar nie ten, albo ma się chwilowy przesyt, to logiczne, że nie da rady. Logiką można najlepiej dotrzeć do mężczyzn, gdyż to logiczne stworzenia. Zanim to odkryłam, ratowałam się płaczem, który sam w sobie jest aseksualny, i to też było skuteczne, również dlatego, że mężczyźni są bardzo wrażliwi i boją się łez. Płakanie ma jednak jedną ogromną wadę – rozmazuje makijaż, wpadłam więc na pomysł, by mówić, że jestem… lesbijką. Lecz wtedy nabierałam w – zamglonych wręcz z podniecenia – męskich oczach szczególnej wartości, najwyraźniej skutek był odwrotny od zamierzonego i musiałam z tego patentu zrezygnować. Okazało się bowiem, że każdy samiec marzy o bliskim obcowaniu z dwiema kochającymi się kobietami i taki seks we troje jest szczytem ich marzeń, które jako lesbijka, mogłam zrealizować. Nie miałam pojęcia, że ten – wydawać by się mogło – niewinny wybieg będzie aż tak brzemienny w nieprzewidziane przeze mnie skutki. Stałam się nadzieją na spełnienie najskrytszych męskich marzeń! Najbardziej jednak denerwowało mnie to, że faceci często przekręcają wyraz „lesbijka” i mówią „lisbijka”. Ciekawe, dlaczego kobiety nie mówią „pidał” zamiast „pedał”, ewentualnie „gij” zamiast „gej”? Być może poprawność językową wyzwala brak zaangażowania emocjonalnego, (które, jak wiadomo, mąci umysł), przy wymawianiu tego słowa, choć ja osobiście uważam, że homoseksualista to najbardziej udana i przyjazna dla kobiety wersja mężczyzny – wiele przemawia za wyższością homo sapiens nad hetero sapiens, chociażby to, że drugi termin w ogóle jest pominięty w słownikach, leksykonach i encyklopediach. I chociażby to, że homo oznacza: „tego samego gatunku”, podczas gdy hetero – „innego gatunku”. Istotnie, ci „hetero” to istoty innego gatunku… (Słownik prawdę ci powie.) Tak więc wystarczy podejść do sprawy naukowo, by tę – skądinąd sporną – kwestię raz na zawsze rozwiązać. Zdarzyło mi się też raz, że mężczyzna pomylił lesbijkę z zoofilką. A było to tak: Weszłam do spożywczego z charcicą angielską. Panie ekspedientki bardzo lubiły moją przepiękną greyhoundkę i ochoczo ją podkarmiały kawałkami mięsa, które zawsze miały przygotowane na okoliczność naszego zaistnienia w sklepie, więc nie podejrzewałam problemów. Nagle w nasz kobiecy świat (sprzedawczyń, suczki i mój) wtargnął…  m ę ż c z y z n a.  Obecność psa w sklepie bardzo mu przeszkadzała, w konsekwencji czego w oburzeniu i podnieceniu wiele razy mówił brzydkie wyrazy, a na koniec zawyrokował: – Pewnie jeszcze śpi z tym swoim psem. Jako osoba prawdomówna potwierdziłam tę hipotezę i wówczas usłyszałam wypowiedziane z wyższością i pogardą: – Lisbijka jedna. – Po pierwsze nie mówi się lisbijka, tylko lesbijka. Jakby się pan poczuł, gdybym powiedziała do pana pidał jeden? A po drugie, ze zwierzętami sypia zoofilka – pouczyłam spokojnie niedouczonego pana, który nawet się nie zawstydził. Widać jestem skazana na edukacyjną działalność społeczną, choć pan był nieco młodszy od członków „mojego” Klubu Seniorów przy Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej. Różne sposoby stosują heterosapiensy, by posiąść kobietę. Bardzo wiekowi panowie posiadają w tym celu młode żony i, ewentualnie, małe dzieci – to najlepsza reklama (młodzi natomiast fakt, że są żonaci, skrzętnie ukrywają). Kiedyś taki jeden wiekowy pan prowadził nad morzem pole campingowo-namiotowe. Choć nie było już miejsc, z radością przyjął dwie kobiety – starszą i brzydszą oraz młodszą i ładniejszą. Odstąpił im namiot swojego pięcioletniego synka. Nazajutrz rano jego żona wyjeżdżała wraz z dzieckiem. I już wieczorem pan pola namiotowego (wcześniej uciąwszy pogawędkę na temat swoich nieprzeciętnych warunków)zaproponował tej starszej i brzydszej komfortowe warunki w jego przyczepie (żona zwolniła miejsce). – A pani Ania niech sobie dalej śpi w namiocie – powiedział konspiracyjnym szeptem dając do zrozumienia, że to nie jej należą się hołdy i względy. Wyjaśnienie: istniało prawdopodobieństwo (niewielkie, oczywiście:-), że młodsza i ładniejsza odmówi, co było zupełnie wykluczone w przypadku starszej i brzydszej, która poczuje się dowartościowana, że wybrał ją, a nie jej atrakcyjną koleżankę i której wdzięczność będzie bezgraniczna. Pan nie uwzględniał porażki (w związku z czym nie przygotował rezerwowego „planu B”), która jednak nastąpiła. Wielce niepocieszony „namiotowy” wygłosił długi monolog o tym, jak to niektóre kobiety głupio postępują i że nigdy sobie nikogo nie znajdą, jak nie lubią seksu. Uwaga: heterosapiensy są wśród nas! W nawiązaniu do e-maila: ostrzegam panów przed powiększaniem penisa! Doświadczenie uczy, że zbyt dorodny członek rzuca się na wątłą męską psychikę i w stopniu istotnym wypełnia nie tylko spodnie, lecz i mózg. Posiadacze obfitego przyrodzenia popadają w obsesję i niczego tak nie pragną, jak pokazywać je kobietom, bądź w inny, bardziej dyskretny sposób ujawniać im swoją wyjątkowość. Prowadzi to do silnej determinacji – myślenie o seksie staje się obsesyjne i doprowadza do zniewieszczenia, bowiem niemęskie jest zachowanie podświadomie kierowane silną potrzebą poinformowania na różne sposoby o swoich ukrytych wdziękach. W rezultacie męska chluba może być rzadziej używana, a przecież nie o to panom chodzi. Pamiętajcie: ktoś podstępnie, dla zysku, chce wykorzystać wrodzony defekt w waszych mózgach! Ten ktoś, to też mężczyzna, więc wie, jak was podejść. Strzeżcie się! Powiększanie penisa to powiększanie kłopotu. Zupełnie inny problem z obfitym przyrodzeniem miał natomiast jeden z moich redakcyjnych kolegów. Kiedy uznał, że jesteśmy na tyle zaprzyjaźnieni, że może wyznać mi swą najskrytszą tajemnicę, zwierzył mi się, że tak naprawdę nigdy nie miał kobiety (mimo dojrzałego wieku) i przez całe życie onanizuje się albo do filmów pornograficznych (rzadko), albo do wyobrażanych przez siebie sytuacji erotycznych. Gdy byliśmy już w bardzo zażyłych stosunkach, poprosił mnie o pomoc. Ponieważ, jak twierdził, jestem dla niego ideałem kobiecości, a generalnie nikt mu się nie podoba, chciałby ze mną spróbować seksu, bo jest ciekawy, jak to jest z „żywą kobietą”. Podjęłam się tej przyjacielskiej przysługi, gdyż byliśmy mocno zbliżeni duchowo. Oczywiście z seksu nic nie wyszło, bo nie miałam na sobie grubych, wełnianych, kolorowych rajstop, a w takich właśnie od dłuższego czasu występowała bohaterka seksualnych fantazji mojego przyjaciela. Akurat w tym samym czasie, gdy realizowałam swoją wzniosłą posługę, przyśniłam się mojej przyjaciółce, która nic jeszcze o tej historii nie wiedziała. W jej śnie byłam odziana w… grube, wełniane, kolorowe rajstopy, w których siedziałam w kucki w sklepie z bielizną i miałam bardzo nieszczęśliwą minę. Zaraz następnego dnia zadzwoniła z pytaniem, czy nic mi się nie stało. Oczywiście, że się stało – nigdzie nie mogłam dostać takich właśnie rajstop! Uznałam ten sen za proroczy i udało mi się wreszcie kupić wyśnioną przez koleżankę i wymarzoną przez kolegę część garderoby w sklepie z bielizną, choć od dwudziestu lat nikt już w takich nie chodził (przyjaciel był konserwatystą). Na następną „randkę” założyłam gustowne rajstopki i… powtórka z rozrywki. Znowu nic. Pozostaliśmy przyjaciółmi.
Na pożegnanie fiutków-filutków –

Sen mocy letniej
Zły los rzucił na nie czary-koszmary
i pokochały osiołków-matołków
(widziały w nich kochających małżonków)

Kiedy czary przestały marać-działać
pozostał smutek po iluzji mości miłości
(a nic w życiu tak nie złości)

O, ty, niedobra wróżko
z czarodziejską różdżką
najlepiej, żebyś umarła
nim skoczą ci do gardła
wszystkie zawiedzione damy
liżące swoje rany.

Une traduction en préparation
Mój problem polega na tym, że nie jestem konsumpcyjna. A to nie jest dobrze. Żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym i nie należy się alienować w swych egoistycznych dążeniach realizacji siebie poprzez indywidualizm, a w szczególności poprzez indywidualizm źle pojęty – wyrażający się, na przykład, ignorancją materialnych dóbr doczesnych. Współczesna cywilizacja czegoś od nas wymaga i obowiązkiem poszczególnych jednostek tworzących społeczeństwa, a w konsekwencji jedną ludzką rodzinę, jest się do tego dostosować. A ja w swym skrajnym, godnym potępienia egoizmie, od 20 lat ubieram się w to samo, i w ogóle – żyję nie „po coś”, tylko czymś. Mam tzw. pasje. A to piszę, a to maluję, a to coś tam innego, generalnie… tworzę. I wciąż się czegoś uczę. Czyli… nie idę z duchem czasu. Nie oglądam tv, nie znam aktualnych reklam, prawie nic nie kupuję – jednym słowem, nie jestem na bieżąco. Postanowiłam z tym skończyć. I ty możesz zostać kobietą nowoczesną, powiedziałam sama do siebie (uwielbiam ze sobą rozmawiać, ale to chyba nie choroba psychiczna – jeszcze, po prostu lubię rozmawiać z kimś inteligentnym, a ostatnio nawet kot, którego dotychczas miałam za nadistotę, zgłupiał, więc się do niego nie odzywam). Ale od czego zacząć? Żeby się o tym dowiedzieć, włączyłam telewizor. Godzinę go szukałam – nie to, że mieszkam w pałacu i zapomniałam, w której komnacie stoi, nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej w świecie wtopił się w codzienny krajobraz domowy i – wśród tysięcy książek – pokrył się maskującym go kurzem z powodu nieużywania. Ale mam szczęście! Trafiam na hity XXI wieku – reklamy! Dzięki temu szybko zapoznaję się z panującymi trendami. Reklamy to świetne filmy, żadnych dłużyzn, krótka, zwięzła forma ilustrowana przekonującym obrazem. Dowiaduję się, że kobieta nowoczesna, (co łączy się z niezależnością), ma czystą i lśniącą muszlę klozetową, a nowoczesny kot ma lśniącą sierść (natomiast nowoczesna kobieta nie może być pokryta żadnym zarostem, w związku z czym ma się depilować i tylko na głowie może porastać, najlepiej włosem lśniącym, czemu służą odpowiednie szampony i odżywki). Pędzę obejrzeć swoją muszlę, zwaną dawniej sedesem – może i czysta, ale raczej nie lśni. Rzucam też przy okazji okiem na kota – ten w odróżnieniu od sedesu – lśni (czyli bardziej dbam o kota). Powinnam jeszcze spojrzeć w lustro (włosy), lecz tego nie czynię (rano). Za to szybko się ubieram – zakładam sztuczne futro (ekologiczne) na cienkie spodnie w kwiatki służące do spania (jest rano i zima) i spraną bluzę od dresu, który robi za piżamę i lecę do najbliższego sklepu. Rutynowo sięgam po karmę dla kota, która zawiera chyba jakiś narkotyk, bo odkąd kupiłam Tusi pierwszą puszkę, nie chce już jeść nic innego, a za horrendalną cenę prawie dziewięciu złotych nabywam Harpic, dawniej WC Picker, jak głosi naklejka, i – triumfalnie dzierżąc zdobycz XXI wieku – podążam do – wymagającego remontu – domostwa. Harpic, aktywny żel zapachowy, to nowa generacja gęstych produktów do czyszczenia muszli toaletowej – czytam na opakowaniu. Nowa generacja – tak, właśnie o to mi chodzi! Jestem naprawdę szczęśliwa! Trzymam w rękach piękne opakowanie zawierające substancję stanowiącą dorobek chemiczny pokoleń uczonych, którzy pracowali w imię pokonania atakujących nas, chorobotwórczych bakterii! I wystarczyło tylko włączyć telewizor, zejść do sklepu, no i jeszcze mieć prawie dziewięć złotych. Przecież to tak niewiele, a tyle radości. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy rozleję w mojej muszli cudownie gęsty płyn barwy żółtej (kolor nadziei) i skutecznie usunę nawet najtrwalszy brud i osady, i w dodatku nawet spod obrzeża muszli toaletowej, i pozostawię ją czystą i lśniącą. Żeby to osiągnąć, muszę otworzyć plastikową butelkę – chwytam więc czerwoną (barwa erotyczna) nakrętkę kształtu fallicznego (jej falliczność potęguje charakterystyczne wydłużenie i zagięcie górnej części opakowania) i… o zgrozo, napotykam opór materii. Nie daje się odkręcić. Mam szczęście w zasięgu ręki i nie mogę się do niego dostać. Nakrętka ani drgnie. Te falliczne kształty to mnie już zawsze będą prześladować? W rozpaczy biegnę do sąsiada – zawsze odkręcał mi „trudne” słoiki oraz puszki, i choć tym razem jest to butelka, jestem pełna nadziei, że i z nią sobie poradzi. W końcu częściej, niż ja, obcuje z kształtem fallicznym. Sąsiada nie było, była natomiast jego żona, której nie obce ani wspomniane kształty (ma męża), ani nowoczesne środki czystości (ma dom na głowie i jest nowoczesna). Po kilku minutach siłowania się z oporną nakrętką, spojrzała na mnie jakoś dziwnie i spytała: coś ty kupiła? W chwilę później pokazała mi Domestosa, który robi to samo i łatwo się otwiera. Byłam zdruzgotana. Tańszy, stoi na straży czystości i do tego ma przyjazną nakrętkę. Trafiłam na niewłaściwą reklamę. Porażka już przy pierwszym podejściu… Czy uda mi się zostać kobietą nowoczesną? Takie i jeszcze inne czarne myśli ogarnęły mój umysł. Zgarbiona, powolnym krokiem zeszłam na swoje piętro. Stojąc nad muszlą klozetową – w toalecie wielkości szafki na szczotki w multikinie, do której już kilka razy weszłam, zamiast do sali kinowej – pomyślałam, że mogę przecież wymienić Harpica na Domestosa. Ale – z drugiej strony – dlaczego mam się dać pokonać zwykłej nakrętce?! To znaczy, nie takiej znowu zwykłej, ale ja też jestem niezwykła. Mam się dać jej pokonać tylko dlatego, że ma prześladujący mnie kształt falliczny?! O, nie! Teraz wkurwiłam się naprawdę. Próbuję ją przekręcić i… znowu nic. W tej sytuacji postanawiam podejść do sprawy naukowo. Może to nie dość nowoczesne, ale moje. Instrukcja obsługi… gdzieś musi być instrukcja obsługi… Jest! Znalazłam! Nazywa się co prawda „sposób użycia”, ale wychodzi na to samo: Zakrętkę silnie uchwycić (u-chwycić, a nie chwycić – to bardzo ważne) w oznakowanych miejscach (nerwowo szukam oznakowanych miejsc – są!) i pokonując opór odkręcić w kierunku wskazanym przez strzałkę (kurwa, nigdzie nie ma strzałki!). Nie mogę pokonać oporu. Oporu materii. Czytam jednak dalej: butelkę skierować w dół i lekko ją naciskając polać powierzchnię pod obrzeżem muszli (szukam obrzeża muszli – jest!). Po 30 minutach spłukać (zupełnie jak w instrukcji farby do włosów, wiem, bo kiedyś znalazłam taką ulotkę – kobiety nowoczesne farbują włosy). Choć nigdy nie znalazłam strzałki, w końcu uporałam się z prześladującym mnie kształtem fallicznym w formie czerwonej nakrętki. Ha, jest jeszcze uwaga z wykrzyknikiem, czyli coś ważnego: W przypadku połknięcia skontaktować się z lekarzem. No tego już za wiele. Złośliwe to jest i jeszcze mam mu robić dobrze! Że jak falliczne, to już mu się wszystko należy, w dodatku traktuje mnie jak blondynkę, którą jestem. A poza tym to kryptoreklama seksu oralnego. Tylko po co ten lekarz? Seksuolog może… A w reklamie nic o tym nie było… Domestos zresztą też ma kształt falliczny i po dostaniu się go do ust (do czego najwyraźniej prowokuje – oboje prowokują z Harpikiem) również należy skontaktować się z lekarzem. Ale na proszkach do prania już nie ma tej cennej informacji – to chyba dlatego, że pudełka z proszkiem mają poprawny kształt. Albo producenci zakładają, że czyszczą głównie blondynki (no bo kto inny by się tak męczył?), a piorą pralki – istoty mądrzejsze, gdyż powstały w późniejszym etapie ewolucji. Po użyciu butelkę zamknąć zakręcając do oporu – czytam dalej. O, nie! Tego na pewno nie zrobię. Zakręciłam butelkę nie do oporu, żeby już nigdy nie przeżywać tego samego. Przechytrzyłam ich! Chyba jest szansa, bym stała się kobietą nowoczesną, choć przede mną jeszcze długa droga… Nawet nie mam seksownej bielizny… w ogóle żadnej nie mam, wszystkie majtki mi się sprały i wydarły… To samo ze stanikiem (tak, tylko jeden). Długa przede mną droga i kosztowna… Ale pierwszy krok poczyniony – za prawie dziewięć złotych. Kilka godzin później… Udało mi się bez problemu otworzyć puszkę z rybimi wątróbkami (bardzo zdrowe, zawierają cynk na przykład, a cynk pozytywnie wpływa na skórę, włosy i paznokcie, co ważne dla kobiety nowoczesnej, no i jeszcze jest afrodyzjakiem), choć puszka miała dzyndzel (podobnie jak puszki z karmą dla kota i niektóre z zielonym groszkiem), który częściej się urywa, niż otwiera puszkę. Jak się taki dzyndzel urwie, to wtedy trzeba nieprzyjazną blachę rozpruwać otwieraczem, który zawsze wówczas znika (wg prawa Murphy’ego, tego samego, które głosi, że jak stoisz w kolejce w barze i masz upatrzoną w gablotce jakąś potrawę, to zgarnia ci ją osoba, która stoi przed tobą). I co zrobić, kiedy dzyndzel urwany, a otwieracz nieobecny (albo gdzieś obecny, ale tymczasowo zniknięty)?
Wtedy wychodzi się z taką puszką z domu i trze się ją o chodnik (na przechodniów nie należy zwracać uwagi, niech sobie myślą, co chcą), aż się zetrze wystającą krawędź – wówczas blaszka odpada, tylko trzeba uważać, żeby wraz z nią nie wyleciała zawartość puszki. To jest rada dla tych, którzy mają problemy z puszkami. Ale czy – oprócz mnie – ktoś jeszcze ma takie problemy? A swoją drogą to ciekawe, że nadszedł XXI wiek, a puszce (i to nie każdej) przybył tylko niedoskonały dzyndzel. Dla niewtajemniczonych w kwestię dzyndzli – puszki z piwem mają inne dzyndzle, i w kształcie (znowu falliczny, tamte, od ryb i kotów, są okrągłe) i w działaniu (urywają się rzadziej). To, że urywają się rzadziej, jest bardzo ważne z kilku powodów: po pierwsze primo – piję dużo piwa; po drugie primo – puszki z piwem nie da się otworzyć otwieraczem, bo ma za wysoką krawędź; po trzecie primo – piwo jest cieczą i nie dałoby się puszki z nim otwierać za pomocą wyżej opisanego tarła, które najlepiej sprawdza się w przypadku puszek z jadłem stałym, na przykład z mielonką. Aha, a propos fallizmu (nie mylić z fatalizmem, choć korci:-), a właściwie wszech-fallizmu: cała Warszawa wysadzona jest gustownymi ciemnozielonymi palikami z wrąbkami poczynionymi w stosownych miejscach. Bardzo miło jest przysiąść sobie na takim paliku w chwili zmęczenia, choć one – wedle zamysłu ich twórców – do czego innego służą. Bo generalnie to one służą bezpieczeństwu w mieście. Ale pomagają też w nim przetrwać, bowiem chodzenie po mieście może być męczące – przydałyby się także w supermarketach, gdzie również panuje duży ruch, i też kołowy (wózki, czyli jeżdżące kosze – sukces w dziedzinie techniki użytku codziennego). Tak więc bardzo lubię przysiadać na tych palikach – są tak przyjaźnie zaokrąglone i stosownych wymiarów (prawie jak barowe stołki). Freud miałby wiele do powiedzenia na ten temat, ale na szczęście koleś nie żyje, podobnie jak większość wielkich uczonych. Bo cechą charakterystyczną wielkich uczonych jest to, że – na ogół – nie żyją. A ci najwięksi, to już na pewno nie żyją. Nie muszą – pozostawili po sobie dzieła (bezużyteczne?), których prawie nikt nie czyta, gdyż ludzkość zajęta jest sprawami wyższymi, niż myśleniem i psuciem sobie oczu. I słusznie. Trzeba iść z duchem czasu. Książki są nie ekologiczne! Gdyby nie one, zielone płuca zajmowałyby więcej miejsca na naszej planecie! Dlatego należy przyjąć postawę ekologiczną i bojkotować książki, podobnie jak bojkotuje się naturalne futra. Po co komu te setki tysięcy zakurzonych wolumenów w bibliotekach, do których prawie nikt nie zagląda? Po to, żeby dać pracę bibliotekarzom stanowiącym niewielki odsetek populacji ludzkiej? To nieekonomiczne! Z jednej strony mamy taaaki postęp, a z drugiej – pożałowania godne zacofanie. Szkoda gadać… Książki w dobie internetu, też coś. Na płytki by to przegrać i oszczędność papieru by była. A takie płytki (czytaj: ekologiczne książki), to niech już sobie leżą, jak muszą. Przynajmniej nie zajmują tyle miejsca, no i nie byłoby bibliotek, tylko płytoteki (albo nawet dyskoteki). A to już brzmi lepiej – każdy przyzna. By pozostać w klimacie integracji z naturą – strof kilka…

Perłowa komnata
Na cienkich łodygach wyrastały gwiazdy
i były jak motyle
Kwiaty zwisały z nieba tysiącem zapachów
i drżały niczym skrzydła ważek

Do serc gwiazd skapywały krople nektaru
Miłość kwiatów do gwiazd była ogromna
W mocnych objęciach muszli płynęła perła
W łagodnych objęciach motyla odpoczywał obłok

Ptaki lekkie jak płatki kwiatów
przefruwały przeze mnie łagodnie
zaczepiały skrzydłami o moje serce
nie czułam bólu

Było bezdźwięcznie i wiecznie
Noc czule pochylała się łodygami gwiazd
jak burza ujarzmiona przez wodne lilie

Cisza. Perła wyciągnęła srebrne dłonie
a ja swoje do niej.

Trzy miesiące później…
Dokonałam wielkiego odkrycia!
Trzeba kupować zwykły i tani, pięknie pachnący Żel do WC, a nie żadne domestosy czy harpicko-pickery. Aby go otworzyć, należy jedynie mocno ścisnąć butelkę i odkręcić nakrętkę. A o pomoc lekarską zwracamy się tym razem nie w wypadku połknięcia, lecz przedostania się do oczu, co jest wyrażone bardzo nieprecyzyjnie, a nawet błędnie: W przypadku zanieczyszczenia oczu… – napisano, a powinno być: W przypadku wyczyszczenia oczu, bo przecież Żel do WC czyści, a nie – zanieczyszcza. Jak można cokolwiek zanieczyścić czymś, co czyści? Jest też cenna rada: Nosić odpowiednie rękawice ochronne. Producenci żelu dbają o swoich klientów nie tylko wtedy, gdy używają oni ich produktu. Dłonie przez cały czas narażone są przecież na szkodliwe działanie chociażby zanieczyszczonego powietrza, często zbyt zimnego lub zbyt ciepłego. I w zasadzie każde rękawice są ochronne, choć nazwa ta przywołuje obraz dużych, niewygodnych.

Une traduction en préparation
W moim życiu działają następujące prawa: prawo serii (dotyczy tylko nieszczęść) i prawa Murphy’ego (czytaj: Marfiego – dotyczy wszystkich dziedzin życia).

Wydarzenia ostatnich dni:

I. pozytywne:
a. rozstanie z ukochanym (typowy popapraniec negatywny, alkoholik i zboczeniec), tym razem już definitywne, naprawdę;
b. zacieśnienie znajomości z Anią (która się męczy z typowym popaprańcem pozytywno-negatywnym);
c. nawrót (dwuletnia przerwa) dawnej przyjaźni z Tadziem (typowy popapraniec pozytywny, przyjaciel z młodości mojego ukochanego, czyli Tomka, popaprańca negatywnego);
d. wybaczenie Krzysiowi, że jest palantem;
e. zacerowanie grubych wełnianych skarpet zastępujących kapcie, których nigdy nie można znaleźć.

II. negatywne:
a. wymiana rur gazowych, czyli zdemolowanie kuchni, zasyfienie całego mieszkania (czytaj: slamsu) i brak gazu przez miesiąc;
b. rozstanie z ukochanym (bo strasznie cierpię i rozpamiętuję).

Całymi dniami czytam od niego emalie (czyli pocztę internetową, czyli coś, co od 2000 roku zastępuje klasyczne listy) oraz esemesy i staram się zrozumieć, jak można co innego pisać i mówić, a co innego czynić. Nie udaje mi się tego zrozumieć. Ania powiedziała, że mi wytłumaczy, bo chyba już wie, o co chodzi. Ale jeszcze musi się upewnić.
Jesteś moim życiem, jesteś moim światem – nie, tego nie mogę wyrzucić, choć skrzynka przepełniona i nie dochodzą do mnie żadne esemesy – niech nie dochodzą, tylko tamte były ważne.
Wybacz – umrę bez ciebie (żyje do dziś skurwiel) – tego też nie wyrzucam.
Te, które opiewały me nieskończone piękno, same wyleciały…

Ukochany miał nas trzy:
1. mnie (egoistycznie umieściłam się na pierwszym miejscu, choć – jak się okazało – wcale na nim nie byłam);
2. kochankę w „pracy”, która to praca jest jej dwuosobową firmą bez stałej siedziby, składającą się z tejże kochanki (stara i brzydka) i mojego ukochanego;
3. żonę.
Ale – jak twierdził – najbardziej kochał mnie (co oznaczało najgorsze traktowanie).
Mimo takiego wyróżnienia, nie byłam szczęśliwa. Więc dlaczego świat mi się zawalił?

Ania też ma problemy z samcem (artystą), ale go nie rzuca, tylko zdradza. Po prostu pieprzy się z innymi facetami, a ukochanego kocha, jako i on ją kocha swoją skomplikowaną miłością (własną).
Ania ma lepiej z dwóch powodów:
1. umie postępować z popapranym samcem, więc go ma,
2. umie czerpać przyjemność z seksu bez miłości, więc go ma.
Tym sposobem ma seks (i to dwa rodzaje: z miłością i bez) oraz miłość (ale i tak cierpi jak potępieniec i jest nieszczęśliwa), a ja nie mam ani seksu ani miłości, czyli… mam nic. I też jestem nieszczęśliwa. No bo reszta się nie liczy. Reszta to zmywanie i odkurzanie. Takie czynności nie mogą stanowić sensu życia, to jasne. No, chyba, że się jest kurą domową. Ale jak można być kurą w domu bez koguta?

Ja jestem bardziej nieszczęśliwa od Ani.
Ona chociaż ma samochód, sponsoring (od swojego popaprańca) i iluzję miłości (od swojego popaprańca).
Obie mamy kochane córeczki. I nawet są do siebie podobne z wyglądu.

Ponieważ od pewnego czasu nic się nie układa (prawo serii), to stać się może wszystko, co najgorsze. Nawet to, że jestem w ciąży. Tak, właśnie teraz, kiedy nie jesteśmy „razem” (tak naprawdę nigdy nie byliśmy razem).
No i co ja zrobię? Rozważania przerywa telefon. Nadchodzi Ania. Wpada po swojemu, stawia ogromną butlę wina (litrową, co i tak na nas dwie za mało) i zaczyna opowiadać, jaki numer wyciął jej ukochany. Bowiem ukochany Ani polega na tym, że wciąż jej wycina jakieś numery. Czyli robi przykrości. Czyli rani. Sprawia ból i cierpienie. Klasyka.
W końcu dostrzega moją niewyraźną minę. Wyjaśniam, o co chodzi.
- OK., jedziemy (Ania ma hondę, bo jej samiec przynajmniej ma pieniądze) do apteki po test ciążowy.

W aptece – kolejka i radosny plakat w gablotce, z napisem:
Życie jest piękne. Mam ochotę przypierdolić w gablotkę.
Po co to wisi? Żeby wkurwiać ludzi? I to w dodatku w aptece.
W szpitalach też takie wiszą? Może jeszcze w kostnicach, na cmentarzach, w krematoriach, domach starców, przytułkach dla ubogich i innych stosownych miejscach? Życie jest piękne… Wszystko się wali, a jakiemuś twórcy plakatu (pewnie jakiś popaprany artysta) wydaje się… Albo nie, pewnie kazali mu taki wykonać. Czego nie robi się dla pieniędzy?! Takie czasy.
Mój ukochany dla pieniędzy pierdoli się nawet z obrzydliwą „szefową”, bo jako osoba bez klasy wytropiłam, że właśnie na tym polega ta jego praca. I na wspólnym chlaniu, bo właścicielka dwuosobowej firmy AMG mocno moczy ryja. Jak mogłam zakochać się w kimś takim?! Usprawiedliwienie – jak się zakochiwałam, to o tym nie wiedziałam. Zakochałam się zupełnie w kimś innym. Dlaczego od razu nie obnażył swej prawdziwej twarzy? A potem już zawsze było za późno. Wpadłam. Czyli kanał.

Wybieramy najtańszy test z kilkunastu. Miał być „o każdej porze” (tak powiedziała pani magister), ale okazał się „poranny”. Muszę czekać do rana… Zapowiada się długa noc.
Ania zostaje, by mnie wspierać. Duchowo. Psychicznie. Żebym miała z kim chlać (czytaj: kulturalnie pić wino). I gadać. Żebym nie była sama. Kochana Ania. W ogóle wszyscy są kochani oprócz ukochanego, którego już nie ma. Okazałam się „kobietą bez klasy”, bo nie akceptowałam kochanki, która mu płaciła za seks. Tak mi powiedział. Z tego, co zauważyłam, kochanka z „pracy” też nie ma klasy, ale o tym nie wspomniał. Klasę ma tylko żona, bo na wszystko się zgadza i o nic nie pyta. Obojętność to życie, czy trwanie?
Moje pytanie skierowane do ukochanego: A czy ty masz klasę? – chciałam sobie wyrobić właściwy pogląd na to zagadnienie – pozostało bez odpowiedzi (podobnie, jak wszystkie inne „trudne” pytania).
Bo mój ukochany jest (to, że już go nie ma, nie oznacza, że nie ma go w ogóle) małomówny. I małoczynny. Po prostu jest (tylko dlatego, że go jeszcze nie zabiłam).

Kończy się wino. Przybywa Kazio z piwem. Ma klucz od domofonu, więc przynajmniej nie dzwoni, tak jak inni. To go, między innymi, wyróżnia. Tak więc ciągłość picia zostaje zachowana. Kazio (jak wszyscy moi znajomi) jest osobą specyficzną. Głosi bezsens miłości, którą nazywa chorobą umysłową. Gdybym nie znała Kazia, nigdy bym nie dostała walentynkowego esemesa treści: „Z okazji święta chorych psychicznie życzę ci szybkiego powrotu do zdrowia”.
Bardzo dowcipne. Znam się i wiem, że nieprędko wrócę do zdrowia, mimo, że ognisko chorobowe – usunięte. Pozornie usunięte. Stan zapalny pozostał…
Kazio wysłał mi tego esemesa, kiedy jeszcze byłam w tym swoim chorym „związku”.
Ale wiedział, że nic z tego nie będzie, bo to przecież – poza wszystkim – jego teoria, którą potwierdzają wszystkie okoliczne i światowe fakty.
Ukochany natomiast przysłał mi e-mailem (czytaj: emalią) w Walentynkową noc kartkę, którą sam wykonał w 3D: róża na tle skały i napis: „Miłość kwitnie i na kamieniu”. Ciekawe, co miał na myśli…
Do rana marzyłam już tylko o tym, żeby nie odwalił mi w to nieszczęsne święto zakochanych żadnego numeru. Chciałam dostać kwiata, pójść z nim do kina („Amelia”), na spacer do parku, do pubu na piwo. Żeby było normalnie. I tak się stało. Cały dzień spędziliśmy razem. Byłam szczęśliwa. Tak mnie to zakręciło, że pochopnie pomyślałam: niczego więcej nie chcę. To mi wystarczy. Tak też się stało. Nie dostałam już więcej niczego dobrego.
Chyba naprawdę trzeba uważać na to, co się mówi i co się myśli.

Tadzio twierdzi, że jestem za mało wymagająca.

Kazio jeśli już uprawia seks, to bez miłości, gdyż jego zdaniem żadne związki się nie układają. I w ogóle nie są możliwe. Sam miał ich kilka i się nie ułożyły. Podobnie u jego znajomych i na całym świecie. Istnieją tylko związki, które się nie układają. Zamiast dążyć do niemożliwego, Kazio znalazł rozwiązanie – z nikim się nie wiązać. Bliskość, oczywiście, tak, ale tylko w przyjaźni (w tym jest dobry i konsekwentny). A seks to zupełnie coś innego.
Nie rozumiem Kazia, ani mu podobnych: Jak coś, co służy tylko i wyłącznie pogłębianiu bliskości, można robić bez pragnienia bliskości?
Kazio jest moim prawdziwym przyjacielem, takim naprawdę na dobre i na złe. Ma cudowne poczucie humoru (zaleta), uwielbia rozmawiać (zaleta) i mówić, czyli wygłaszać niekończące się monologi (wada). Lubi pomagać. Myśli o mnie i cudownie to okazuje. Jest wspaniały, prawy i uczciwy. Zawsze mogę na niego liczyć.

Choć dla Kazia kobieta atrakcyjna seksualnie nie może mieć więcej, niż dwadzieścia pięć lat i ważyć więcej, niż pięćdziesiąt pięć kilo (drastycznie przekraczam te normy), dla Ani zrobił wyjątek: kochał się z nią w Sylwestra i, o dziwo, chce jeszcze się z nią spotykać, ale ona już nie chce. Trafił swój na swojego i… Kazio ma żal do Ani.
I to tylko dlatego, że – w pewien sposób, w końcu jest „tylko” kobietą – kieruje się podobną zasadą w życiu, co on.

Miłość kwitnie i na kamieniu… może to chodzi o to, że on taki kamień, a mimo to moja miłość kwitnie… Na nim jakby…

Wreszcie przychodzi upragniony ranek, kiedy się dowiem, czy popapraniec mnie zapłodnił, czy nie. Czytam instrukcję – dwa paski: w ciąży, jeden pasek: nie w ciąży.
A mnie na duszy ciąży…
Sikam w szklankę, pobieram pipetą dwie krople i zakraplam wgłębienie w błękitnym plastiku. Pięć minut, które trzeba odczekać, trwa całą wieczność. Ania trzyma mnie za rękę. Kazio głośno chrapie. W tej dramatycznej chwili jestem z przyjaciółmi. W końcu na bibułce obok wgłębienia pojawia się tylko jeden fioletowy pasek! Szczęście w nieszczęściu. Tylko do takiego mam szczęście, ale to i tak dużo. Z wrażenia zapomniałam o moczu w szklance, którą postawiłam na stole obok innych z nie dopitym piwem. I właśnie po tę sięgnął ledwo przebudzony, a więc nieprzytomny Kazio. I jakby się zdziwił…
- Dzień zaczyna się od kawy, nie od alkoholu – powiedziałam roztropnie, by nie dopuścić do rozważań, dlaczego piwo aż tak zmieniło smak (cud chwili).

Kazio parę dni później…
Przybywa, jak zwykle z zakupami, bo ja „chwilowo” (chwila trwa już ponad dwa lata) nie zarabiam, zwyczajowo stawia na stole piwa (dużo), siada i zagaja: – Z okazji dnia kobiet (uświadamiam sobie, że jest już marzec) składam ci najserdeczniejsze życzenia, kobieto mego życia, a w prezencie – tu zawiesił głos i uczynił odpowiednią pauzę – pokażę ci… fiutka.
Poczekał na moją reakcję, która tym razem nie była zbyt oryginalna (zwykłe zdziwienie, zazwyczaj stać mnie na więcej) i – chyba jednak rozczarowany moim brakiem fantazji i inteligentnego komentarza (sam jest bardzo inteligentny: zaleta, mówi płynnie i nieustająco: wada) – uzasadnił swoją decyzję: – gdyż znasz się na medycynie. Po czym wyjął swe przyrodzenie, skądinąd dobrze mi znane (wszakże jesteśmy przyjaciółmi) i mym oczom ukazało się coś, co bez namysłu nazwałam grzybem. Ale wysłałam go na badania. Wymaz.
Oto efekt seksu bez miłości. Ja przynajmniej mogę (a może – mogłam) poszczycić się bezwzględną czystością pochwy, co teraz może być wątpliwe z powodu mojego ukochanego, który „robi to” z ”pracodawcą”, który ma męża, który też (podobno) z kimś tam „to robi” (bagno)…
Ja „tego” nie robiłam przez wiele lat, bo czekałam na prawdziwą miłość…

A propos męża „pracodawcy” mojego ukochanego – muszę go odnaleźć i sprawdzić, czy zrobi na nim wrażenie fakt, że jego żona pieprzy się ze swoim jedynym pracownikiem właśnie po to zatrudnionym. Żona mojego ukochanego przyjęła ten fakt z właściwym sobie spokojem – w końcu ma klasę. Nie to, co ja. Ja klasy nie mam, jestem emocjonalna i impulsywna.
Działam pochopnie i nierozważnie. I sama sobie szkodzę. To źle. Trzeba być rozsądnym, zrównoważonym itd., wiadomo. Wtedy zostaje się żoną dyrektora firmy i leje na jego romanse. Klasa. Średnia.

A propos fiutka w ogóle: przypomniało mi się zaraz potem, jak Kazio wyjął swojego, że ja w ogóle mam szczęście do oglądania fiutków z problemami. Kiedyś, na przykład, na imprezie u Leszka, jedynego za komuny producenta w Polsce urządzeń nagłaśniających, czy czegoś w tym rodzaju, jeden z członków zespołu „Rezerwat” zwierzył mi się, że ma problemy z dziewczynami i że najprawdopodobniej jest to spowodowane niewielkim rozmiarem jego członka. Ponieważ był chłopcem nieśmiałym, najpierw stosownie spytał, czy zechciałabym „go” obejrzeć, po czym dyskretnie udaliśmy się do łazienki, gdzie miałam zdiagnozować nieszczęsnego penisa. Muzyk obnażył coś, co w istocie wydało mi się jedynie zaczątkiem tego, co mnie sześć lat wcześniej zapłodniło z efektem urodzenia wymarzonej dziewczynki, i szczerze to wyraziłam. Teraz, kiedy jestem już duża, przyszło mi na myśl, że może trzeba było poprosić o wzwód. Ale wtedy nie przyszło mi to do głowy. A może właśnie był w wzwodzie?
Już nie pamiętam…
Być może przyzwyczajona do tego, że wówczas wszyscy przy mnie wzwodzili, myślałam, że to właśnie stan maksymalny, czyli właściwy? W każdym razie koleś się załamał…
Nie on jeden, bo innym razem w redakcji, gdzie pracowałam, popiliśmy się i ktoś (chyba jednak ja) ogłosił (ogłosiłam) konkurs na największego fiuta.
Kolegom po fachu pomysł się spodobał i znowu padł werdykt. Właścicielem największego okazał się nie tylko bardzo dobry dziennikarz, ale i poeta, a najmniejszego – tylko obiecujący dziennikarz z niewielkim stażem (czyli wprost proporcjonalnie do „zasług”). Nie przewidziałam skutków sprawiedliwej oceny (żadnych łapówek) – ten z najmniejszym obraził się i przez kilka lat się do mnie nie odzywał. Jak miał jakąś sprawę, to wysyłał tego ze średnim. Też mi pośrednik. Niektórzy lubią utrudniać sobie życie.

Sprawa z problematycznymi fiutkami ciągnęła się latami. Oto listy, które przychodziły na moje nazwisko do redakcji (prowadziłam poradnik intymny):

Nazywam się Marcin, mam 19 lat. Mam bardzo częste zwody penisa, bardzo łatwo dochodzi do tych zwodów, Bardzo często gdy jestem z dziewczyna boje się że ona to zauważa, kiedy sie z nią całuje, czy nawet dotykam ją zdarzają mi się te zwody. Nie mam problemu z osiągnieciem orgazmu czy też wytryskiem, ale poprostu jest to dla mnie krępujące kiedy całuje sie z dzieczyną i muszę uważać żeby nie zauważyła że mój członek osiągnął zwód, Wydaje mi się też że jest on bardzo wrażliwy (penis), gdyż jak jade autobusem, i na skutek częstych podskoków też zdarza mi sie samoistny zwód. Co o tym sądzicie – czyżby to był jedynie efekt dojrzewania, można temu jakoś zapobiedz? Bardzo prosze o pomoc, bo na pewno nie pujde z tym do lekarza w moim miescie gdyż nie mam odwagi … Czekam na odpowiedź…

Napisałam mu, że jest zwodniczym chłopcem.

Oto inny liścik:
Mam pytanie, jaka choroba objawia się małymi białymi kropkami dookoła zaczerwienionego prącia. Nie powoduje objawów u innych ani nie rozprzestrzenia się. Nie wywołuje bólu, nie utrudnia oddawania moczu. Nie zmienia również położenia. Za wszelką pomoc dziękuję.

Nazwałam chorobę fachowo, po łacinie: Amanita muscaria (nazwa muchomora :-).

Chyba coś wisi w powietrzu, bo wszyscy moi znajomi – choć nigdy nie byli normalni – teraz powariowali jeszcze bardziej.

Domofon. Gości na maxa, a tu jeszcze pojawia się Krzyś. Psycholog-terapeuta. Po paru piwach zakłada moje body (tak je rozciągnął, że nadaje się już tylko do wyrzucenia, ewentualnie mógłby w nie wejść potwór-szefowa mojego ukochanego) i stwierdza, że odkąd pamięta, dominuje u niego pierwiastek kobiecy. Zawsze to czuł itd. Znika w łazience, by za pół godziny (brak wprawy) ukazać się w pełnym makijażu. Wskakuje na stół i w tańcu eksponuje swoje wdzięki transwestyty, po czym wszystkich obecnych zaprasza do siebie na terapię.
Nikt nie skorzystał. Terapią był krzysiowy występ. Każdy poczuł się aż nadto normalny.
Krzyś, w ciągu dziesięcioletniego burzliwego związku ze starszą od siebie artystką-malarką i tłumaczką snów, pobił rekord rozstańipowrotów (wszystkie inicjowane przez jego kobietę.) Już po trzecim takim „rozstaniu” nikt nie traktował serio jego triumfalnych okrzyków: „uwolniłem się od Lidki!”. Klasyczny przykład pary, która nie może być ani ze sobą, ani bez siebie. Ci od psychologii mają największe problemy z życiem, które przecież jest takie piękne.

Kazio powiedział, że „Życie jest piękne” w aptece to na pewno reklama Geriavitu, albo czegoś w tym rodzaju i żebym go brała, to może mi się polepszy i też tak zacznę myśleć.
Chyba jednak nie zaryzykuję. W poprzedniej rozłące z ukochanym brałam Cipramil (neuroleptyk-antydepresant), który wszystkim pomaga, a mnie po nim tylko bolała głowa.
A tak w ogóle to nadmiar serotoniny raczej mi zaszkodził, bo po trzech miesiącach totalnej męki związanej z rozłąką znowu uwierzyłam (co tłumaczę właśnie nadmiarem serotoniny w mózgu)
w: „kocham cię, przecież wiesz, teraz będzie już bez kłamstw i zdrad”.
A tu jak na złość pracodawca mojego ukochanego – Ewa Kapuścińska, widząc co się święci, że przestał „dla mnie” pić i nie chce już z nią chlać, zaproponowała mojemu Tomkowi znaczną podwyżkę, wynajęcie lokalu (który byłby siedzibą firmy – dotychczas „pracowali” u niej w domu pod nieobecność jej męża, albo w innych dziwnych miejscach) i awans, czyli wizytówki z dumnie brzmiącym: Robert Radecki – dyrektor AMG. (Mój Tomek w swojej kurewskiej działalności zwie się Robert – widocznie uznał, że to imię bardziej do tego pasuje, a urocza kochanka nazywa go czule Robi.) Za to wszystko miał się tylko przestać ze mną spotykać – jeśli nie, nie musi z nią pracować. Takie niewinne ultimatum. Na wszelki wypadek, żeby ułatwić mu podjęcie właściwej decyzji, wykorzystała fakt, że jest „przyjaciółką domu” i wspomniała coś o mnie jego żonie.
A dokładnie było tak: Po nocy spędzonej z moim ukochanym (która nastąpiła po nocy ze mną) tak się wściekła, że jej słodki Robi następną znowu jest ze mną, że zadzwoniła do jego żony,
a na moją komórkę przysłała mu esemesa: „Robi, podjęłam decyzję, już nie chcę z Tobą być, ale ratuj swoją rodzinę”. Wredna suka, nie ma co, ciekawe, że nie musiał ratować swojej rodziny, gdy był z nią. Esemes dotarł dopiero następnego dnia rano, a moje rozstanie z ukochanym – telefoniczne – nastąpiło po południu.
W przeddzień zerwania byliśmy na „Moulin Rouge”. Ja płakałam (tekst piosenki o sile miłości i szczęściu wzajemności), a on mnie czule głaskał (miałam swoje pięć minut). Podobno każdy ma w życiu swoje pięć minut… Moje pięć minut trwało pięć sekund…
To, że ostatnim wspólnym aktem było obejrzenie tego właśnie filmu, jest wielce symboliczne.
Czułam się, jakbym była po drugiej stronie ekranu, jakby ktoś sfilmował to, co właśnie przeżywałam. W „Moulin Rouge” byłam jakby tym młodym pisarzem – z równie tragicznym (bo śmierć może się różnie przejawiać), choć zupełnie innym finałem. Miłość do kogoś, kto uprawia płatny seks – nie ma nic okrutniejszego.

Mnie nikt nie uwierzy, że „oni to robią”, bo patrząc na nią nie da się w to uwierzyć.
Sama bym nigdy nie uwierzyła, gdyby:
a.) w pewnym momencie sprawa nie stała się ewidentna (właściwy trop),
b.) mój ukochany sam się w końcu do tego nie przyznał (potwierdzenie).
A stało się to przed naszym drugim rozstaniem. Luby wyznał mi prawdę na spacerze w mało romantycznej scenerii Dworca Powiśle (klimat socrealistyczny), a potem wystosował do mnie nawet długi list (pełen skruchy i potępienia samego siebie). Przyniósł mi go na dyskietce. Słownictwem uznanym za wzniosłe zapewniał, że bez względu na to, czy będziemy razem, czy nie, zerwie (bo to sprawa jego „honoru”) ten „chory układ”, który jest wynikiem tego, że pił z rozpaczy, że nie mógł być ze mną (biedactwo), pozbawiając się w ten sposób uczuć wyższych, ale ją tylko „jebał”, a w ogóle to wyobrażał sobie, że „kocha się” ze mną, więc to tak, jakby mnie nie zdradzał.
Oczywiście nigdy z nią nie zerwał, bo „ona płakała”, a mój ukochany jest dobrym człowiekiem i nawet muchy by nie skrzywdził, a co dopiero kobietę, która mu płaciła, a także sponsorowała wódę, którą po całych dniach chlali w knajpach i nie tylko (nie tylko w knajpach i nie tylko chlali). W końcu teraz nie tak łatwo o dobrą pracę, zwłaszcza taką, w której nie trzeba pracować i w dodatku połączoną ze sponsoringiem alkoholowym, co nie tylko dla alkoholika jest nie lada atrakcją.
Tylko mnie mógł się przydarzyć taki ukochany.
– Jeśli tyle  o d  t e g o  zależało, pomyślałem sobie: dlaczego nie? – to szczere wyznanie mojego lubego, kiedy spytałam, jak w ogóle do tego mogło dojść, będę słyszała już do końca życia… Tłucze mi się po czaszce jak ognista kula, która wypala moją cenną szarą substancję (najwyższe IQ w mensowskich testach). Może bez mózgu będzie łatwiej…

„Lepszą” story miała chyba tylko moja koleżanka Małgosia, która z tego wszystkiego zaszyła się w swojej pracowni na poddaszu i studiuje kalendarz Majów. Przykleił się do niej koleś (artysta muzyk i malarz w jednej osobie), który konsekwentnie i cierpliwie logował się w jej wielkim domu i barwnym życiu, wytrwale i starannie wyczyszczał teren eliminując – często brutalnie – wszelką konkurencję, (a kręciło się kilku panów, jeden nawet na serio, co oznacza, że dostąpił zaszczytu pewnej wzajemności, co istotne, gdyż Małgosia nie jest zbyt pochopna uczuciowo). Doprowadził jej dzieci do stanu, w którym błagały mamę o takiego właśnie tatusia, co wyrażały wielokrotnie ponawianą prośbą: „wyjdź za niego, on jest taki dobry i nas lubi” (nie wszyscy lubili dzieci Małgosi).
Wreszcie na ciężko wypracowanym, bezpiecznym już gruncie wprowadził ukochaną w swój niezwykle skomplikowany dramat wewnętrzny genialnego artysty. I gdy udało mu się w końcu przekonać nieszczęsną wybrankę, że stanowczo tylko ona może złagodzić jego nieskończony, bezkresny ból istnienia (nikt na świecie mnie tak nie rozumie, jesteś jedyną kobietą, która… itd.), przypadkiem wyszło na jaw, że przez cały ten czas (długo) był jednocześnie w drugim związku… Sam, oczywiście, wymagał wyłączności, czego dowodem były licznie stoczone bitwy na polu walki w postaci przydomowego ogródka Małgosi (do dziś nikt nie naprawił płotu, rośliny – w odróżnieniu od płotu – odrastają same).
A ponieważ z powodu wątłej i mizernej postury przegrywał samcze zmagania, zwyciężał inaczej: Małgosia – rzecz jasna – jako prawdziwa kobieta, czuła i wrażliwa na ludzką krzywdę (plus poczucie sprawiedliwości wyrażające się pomocą słabszemu), zostawała przy rannym, ocierając zwilżoną w zimnej wodzie lnianą ściereczką krew z jego udręczonej płomienną miłością twarzy.
Życie jest piękne.

Kazio nie może się pogodzić z faktem, że był na jedną noc (patrz: wątek z Anią). Rodzi się pytanie: Czy w związku z tym przestaną dziwić go kobiety, które miewa i które potem mają z nim podobny problem?
Nasuwa się odpowiedź: Pewnie nie. Może tych faktów nie skojarzyć (zbyt odległe… dla tak zwanego mężczyzny) – w końcu jest matematykiem. Umysł ścisły.
Acha, to bardzo ważne! Pomyliłam się, to nie był grzyb. Pani doktor powiedziała Kaziowi, że to zwykłe otarcie. Kazio powiedział pani doktor, że to nie może być otarcie, bo nie ma takiego powodu (same nieudane łowy plus zero onanizmu, czego przedstawicielka świata medycznego nie brała pod uwagę). Pani doktor obstawała przy swoim. Ja uwierzyłam pani doktor, Kazio – mnie i na wszelki wypadek kupił odpowiednie maści, którymi członka pieści.

Ostatnio bardzo często odwiedza mnie Tadzio (dawny przyjaciel Tomka), który czuje się w obowiązku pocieszać mnie z powodu utraty ukochanego i straconych złudzeń. Tadzio wie, co to znaczy, bo sam przechodzi to samo (tak twierdzi). Tak się przejął narzuconą sobie rolą, że mi się oświadczył (chyba na niby) i obiecał kupić dobry krem pod oczy (mam nadzieję, że nie na niby). Pod oczami zrobiły mi się straszne zmarszczki od płakania przez ukochanego mego. Tak więc Tadzio chce mi zrekompensować to, czego nigdy nie zaznałam od mej miłości, z którą – jak twierdzi Tadzio – to on mnie poznał i to wszystko przez niego, co jest oczywiście kompletną bzdurą. Tadzio, kraina łagodności i delikatności, muzyk i pedagog, odkąd go pamiętam, zawsze zakochiwał się w mężatkach i zawsze miał problemy. Z żonami (nieswoimi), z kręgosłupem, z chorą mamą, alkoholikiem bratem, potem z dorastającym synem, który został z nim po rozwodzie rodziców, w konsekwencji czego na kilka lat wylądował w więzieniu (na szczęście moda na tatusiów samotnie wychowujących swe dzieci już minęła).
A przez ostatnie sześć lat miał problem z ukochaną, o czym byłam systematycznie i na bieżąco informowana. Bożena była drugą kobietą w jego życiu, która nie była mężatką (sukces). Ale go rzuciła dla innego, który chciał się z nią ożenić, bo Tadzio nie chciał (nie potrafiłby sypiać z własną żoną).
Teraz Tadzio ma problem, żeby go nie rzuciła szkoła, w której pracuje. Jest już chyba najbardziej wykształconym nauczycielem w Polsce – coraz to kończy jakieś studia podyplomowe i pisze prace dyplomowe, żeby nic na niego nie znaleźli (gdyby tak się starał dla Bożeny, pewnie by go nie rzuciła), ale i tak chcą mu się dobrać do skóry. Mimo, że całe życie pracuje w tej samej szkole, gdzie uczy muzyki. Witaj, Tadziu w klubie tych, na których uwziął się los.
Czyli niepełnosprawnych umysłowo. Nie jesteś sam.

Tadzio jest bardzo zakłamany. Miał kiedyś kochankę – swoim zwyczajem mężatkę, oczywiście, i raz zdarzyło się tak, że wszyscy troje (tz. Tadzio, mężatka i jej mąż) razem znaleźli się na jakimś przyjęciu. Mężatka, popiwszy sobie, zaczęła tulić się do Tadzia, na co on zareagował usztywnieniem i udawaniem, że nie wie, o co jej chodzi, gdyż obok znajdował się mąż mężatki.
- Wczoraj mnie pierdoliłeś, a dzisiaj nawet pocałować mnie nie chcesz – powiedziała  g ł o ś n o  rozżalona mężatka.
Mąż się sprawą nie przejął, widać obojętne mu było cierpienie żony, natomiast Tadzio przejął się bardzo wyznaniem swojej kochanki.
- Jak ona mogła tak powiedzieć?! – rzekł do mnie mocno oburzony.
Bliższa mi była postawa mężatki.

Agnieszka i Wojtek są normalni i bardzo sprawni umysłowo. Oboje skończyli weterynarię, kochają zwierzątka (kiedyś nakrzyczeli na swoje dziecko za to, że zabiło robaczka, a robaczek też chce żyć) i pracują w dwóch różnych firmach farmaceutycznych. Agnieszka nigdy nie zakochałaby się w takim, na przykład, Tomku, bo ona przyciąga tylko normalnych mężczyzn. Przyciągnęła Wojtka i tak już zostało. Bo życie normalnych ludzi jest stabilne (nie mylić z debilne, wszyscy dążymy do stabilizacji, a nie do debilizacji).

Wojtek jest normalny. Śpi po pracy, potem chodzi, zrzędzi i stęka, jęczy i marudzi, klepie się po brzuchu, od czasu do czasu pojawia się w kuchni, żeby coś przekąsić, podobnie jak jego suczka Dunia.
Każdego wieczoru odprowadza samochód (służbowego forda Mondeo) do garażu.
Potem gapi się w swojego kompa (internet). Obok dziecko gapi się w swojego kompa (gry). (A potem mają mu za złe, że zabija robaka:-). W drugim pokoju Agnieszka gapi się we wspólny telewizor (serial). Pies siedzi obok i też gapi się w telewizor, co jakiś czas leniwie przechadza się do kuchni, do swoich misek. Czasami spotyka tam swojego pana, który – jako reprezentant naczelnych – ma swoje miski metr wyżej. Czyż życie rodzinne nie jest największą wartością?
Wojtek każdego ranka wychodzi z (moim byłym, czyli porwanym przez nich) psem i dzieckiem (własnym, nie porwanym), i idzie (spacer) do zagranicznego samochodu w garażu (nie każdy, kto ma samochód, ma garaż). Dziecko zawozi do szkoły, potem psa odwozi do domu i jedzie do pracy. W eleganckim, ciemnym garniturze, krawacie i nieskazitelnej jasnej koszuli, którą sam prasuje (pierze – pralka, do pralki wkłada Agnieszka. Z pralki wyjmują i wieszają na zmianę: małżeństwo doskonałe).

Wojtek dzieli ludzi na dwie kategorie: z wyższym wykształceniem i znajomością języka angielskiego, i bez. Każdy, kto nie jest przynajmniej magistrem i nie zna języka, którym, po hiszpańskim, porozumiewa się największa liczba ludzi na świecie, jest dla niego zerem, z którym nie należy się zadawać.
Nawet, gdyby ktoś utknął na ostatnim roku i znał wszystkie języki świata poza angielskim.
- Taki jest mój wyznacznik. Trzeba się czymś w życiu kierować – twierdzi.
Ja plasuję się na miejscu zera utalentowanego (od angielskiego wolę francuski).
Zauważyłam, że taki podział jest charakterystyczny dla osób, którym się udało i tłuką kasę. Przodownikami w tej dziedzinie są japiszony.

Kiedyś się z Wojtkiem bardzo pokłóciłam, bo opowiadałam o nasercowych właściwościach naparstnicy i jej wyjątkowym pięknie podczas kwitnienia, a on się uparł, że mówię o narecznicy.
No to ja mu na to, że narecznica to paproć i nie ma kwiatów, a naparstnica z trędownikowatych jest (przed oczami miałam wizerunki obu roślin), i że się nie mylę, a on mi na to, że to on miał na weterynarii zajęcia z botaniki, a nie ja, więc to on ma rację. Więc mu wyjaśniam, że o narecznicy jest w podręcznikach kilka kartek dalej – po naparstnicy i że mu się pomyliło. I że pomyliło mu się pewnie też dlatego, że wyciąg eterowy narecznicy jest używany w weterynarii jako środek przeciw tasiemcowi i z tego względu prawdopodobnie tej roślinie poświęcono więcej uwagi.
Nigdy nie przyznał mi racji, choć jako pracownik firmy farmaceutycznej wyrabiającej leki nasercowe nie powinien mieć wątpliwości co do przedstawicielki flory zawierającej glikozydy nasercowe.
Już dawno zauważyłam, że mężczyznom trudno przychodzi (albo nie przychodzi w ogóle) przyznanie się do błędu.

Od czasu tej sprzeczki wszystkie rośliny w obecności Wojtka nazywam narecznicą. A okazji ku temu jest wiele, gdyż często wyjeżdżamy z naszymi psami w plener.
- O! Jaka piękna narecznica – zachwycam się przyrodą.
Wojtek nigdy nie zarzucił mi złośliwości. Widać cieszy go świat pełen paproci.

Ale najważniejsze w Wojtku jest to, że kocha Agnieszkę. Kupuje jej kwiaty, pisze miłosne kartki i robi miłosne prezenty (widziałam to na własne oczy). I choć Agnieszka nie lubi romantycznych klimatów i nie uzewnętrznia swoich uczuć, w głębi duszy bardzo ją to cieszy.
No i jak na prawdziwego mężczyznę przystało, Wojtek dużo zarabia. Agnieszka – jako kobieta nowoczesna i niezależna – też.

I też jest normalna. Jest 3 x k: konkretna, konsekwentna, kobieca (kokietka kontrolowana). Czyli: cool (czytaj: kul). 3 x k to recepta na sukces. Agnes nie rozumie, jak w życiu może się dziać co innego, niż to, czego się konkretnie chce i konkretnie oczekuje (kwantowa teoria świata). W życiu Agnieszki wydarza się tylko to, co ona sobie zaplanuje (nie los, nie ktoś, tylko ona sama). Bo Agnieszka jest dojrzała i umie świadomie kierować swoim życiem. Jej się nic nie przytrafia. Ot, tak, samo z siebie. Żadnych nieprzyjemnych niespodzianek. Naprawdę! No, może poza jednym wyjątkiem… Mną. Ale to była, oczywiście, przyjemna niespodzianka. W przypadku ludzi normalnych – niespodzianki przyjemne są dopuszczalne. Mogą się zdarzyć.
Nasze drogi nigdy by się nie połączyły (ja – chodzę, albo – bardzo niechętnie i zawsze na gapę – korzystam z masowej komunikacji, na ogół miejskiej, oni – jeżdżą samochodem), gdyby nie nasza miłość do zwierzątek. Sprzątnęli mi spod Geanta psa, myśląc, że jest bezpański (bo wcześniej też go widzieli, jak biegał – bez obroży – gdzie indziej, ale mnie nie widzieli, choć również nie miałam obroży). Po miesiącu tropienia (z policją i bez) dotarłam do swojej własności, która sobie jakby nigdy nic zamieszkała trzy ulice dalej i zamiast tęsknić, bezwstydnie rozkładała się na wielkiej skórzanej kanapie, czarnej jak jej sierść, zajadała amerykańską karmę suchą (+ wieczorem obowiązkowo „żywy” ochłap), a jeśli przyszło jej czekać pod Geantem, to było to bezpieczne spoczywanie w eleganckim samochodzie, za uchyloną szybą (dopływ świeżego powietrza), lub przy włączonej klimatyzacji. Przekupna suka (czytaj: ekskluzywna kobieta). Zostawiłam im ją (miałam jeszcze drugą, jej mamę, której nikt nie zabrał, gdy czekała na mnie pod sklepem i która mnie kochała).
W ten oto sposób w życiu Agnieszki wyjątkowo wydarzyło się coś zupełnie niezaplanowanego…
Zazdroszczę Agnes. Jej się naprawdę układa „po myśli”.
Słuchają jej: pies, dziecko, mąż (kolejność właściwa). Mnie nie słucha: ani pies, ani dziecko, ani facet, którego nie mam. Jak prosiłam Tomka, żeby nie „spędzał tyle czasu” ze swoją szefową, to mnie w ogóle nie posłuchał. – Przecież to praca – powiadał. – Muszę zarabiać. (Ponieważ jest dobrym mężem, całą kasę oddawał żonie, w związku z czym prawie nigdy nie miał pieniędzy. Oto, co nas łączyło – oboje byliśmy biedni.)
Jestem biedna i nieszczęśliwa, a Agnes jest bogata i szczęśliwa. Bardzo się uzupełniamy.

Agnieszka, choć mocno stąpa po ziemi i jest tak zwaną realistką, nie zawsze ma właściwe – z punktu widzenia społecznego – postrzeganie rzeczywistości. Wynika to z tego, że nie korzysta z transportu publicznego. Odizolowanie od świata zewnętrznego poprzez poruszanie się za pomocą samochodu powoduje nieznajomość realiów panujących w najzwyklejszym chociażby autobusie. Przetestowałam to na prostym przykładzie. Oczywiście w kontekście naszej wspólnej miłości do najkochańszych na świecie stworzeń, czyli zwierzątek.
Opowiedziałam jej początek historii, jak to weszłam do autobusu z moją najłagodniejszą na świecie charcicą angielską bez kagańca. Zazwyczaj to nikomu nie przeszkadza, pies jest na specjalnej, króciutkiej smyczy, tak że właściwie trzymam go przy sobie za obrożę, a w plecaku zawsze obowiązkowo noszę książeczkę szczepień, ale raz na jakiś czas, bardzo rzadko, zdarza się, że kierowca każe mi wyjść z autobusu i nie rusza, dopóki tego nie uczynię. Ponieważ musiałam przeprowadzić doświadczenie socjologiczne, nie mogłam, tak jak zwykle, od razu opuścić pojazdu w celu uniknięcia konfliktu.

Obserwacje: na początku ludzie są po stronie psa i jego właściciela (kolejność właściwa), lecz stopniowo, w miarę upływającego czasu (autobus wciąż stoi) nastroje ludu się zmieniają – agresja skierowana przeciwko kierowcy zmienia kierunek i z coraz większym natężeniem zmierza ku właścicielowi zwierzaka. Nieukrywana pierwotnie sympatia do pieska (zwierzątka futerkowe łagodzą obyczaje) ustępuje miejsca zniecierpliwieniu, a następnie coraz silniejszym emocjom negatywnym.
- Mamusiu, dlaczego nie jedziemy?
- Bo czekamy, aż ta pani (tu następuje złowrogi błysk w oku) wyjdzie z autobusu.
I lud zaczyna się burzyć.
(Czasami może się zdarzyć, że jakaś jednostka pozostaje do końca wierna swoim przekonaniom – doświadczenie co jakiś czas ponawiałam, ponieważ tego wymaga prawidłowo przeprowadzone badanie naukowe.)

Zatrzymałam swoją opowieść w miejscu, gdy kierowca kazał mi opuścić pojazd.
- No i jak myślisz, Agnieszko? Po czyjej stronie stanęli ludzie i jak skończyła się ta historia?
Byłam przekonana, że – jako realistka – da prawidłową (społecznie) odpowiedź.
Agnieszka bez namysłu odpowiedziała, że na pewno po mojej stronie i że pasażerowie przekonali kierowcę.
Swoją odpowiedź zargumentowała między innymi czasem trwania story, co już pozwalało ocenić psa jako spokojnego i nie wadzącego nikomu.
Niestety, logiczne myślenie nie sprawdza się w życiu zbiorowym, które kieruje się swoją własną, nielogiczną logiką.

Takie są skutki alienacji w pojazdach indywidualnych.

W ten sposób dowiedziałam się, że Agnieszka jest realistką-indywidualistką (a nawet idealistką) i świetnie sobie daje radę z poszczególnymi jednostkami, ale nie ma pojęcia o psychologii tłumu – czyli o jednostkach zmasowionych.
Prawa rządzące w społeczeństwie są bezlitosne, bowiem tłum jest bezmyślny i okrutny – człowiek w masie zatraca swój indywidualizm i ”ludzkość”, ulega „kierownikowi”, który stosuje szantaż: albo przyjmiecie moje warunki i będziecie mogli funkcjonować, albo nie. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, które zostają brutalnie eliminowane.
W przypadku psa w autobusie wszyscy solidarnie mogliby opuścić pojazd i pojechać następnym dla obrony własnych przekonań. I każdy z osobna by tak zrobił. Lecz w masie jest inaczej – tłum dla doraźnej wygody przyjmuje warunki jednostki rządzącej (w tym wypadku – kierowcy).

Muszę jednak ujawnić, że test przeprowadzany był z niezwykłym, wyjątkowo sympatycznym psem (podobno właściciele upodabniają się do swoich czteronożnych przyjaciół), który zawsze i wszędzie wzbudza bezgraniczny zachwyt, a nawet uwielbienie. Prawdopodobnie, gdyby to był zwykły pies, badania dałyby inny wynik – kierowca od razu zyskałby swoich zwolenników.

Wykorzystując niezwykłe właściwości mojej suczki, z którą nie umiałam się rozstawać, chodziłam z nią wszędzie – do pracy, na konferencje prasowe, wernisaże… Jedna z dziennikarek, Agata Bleja napisała wówczas o mnie w jednej ze swoich prasowych relacji, że czynię tak, gdyż co dwie głowy to nie jedna (czytaj: blondynki muszą wzywać posiłki).

Przerwa na poezję – poemat mistyczny inspirowany głębokim uczuciem do popaprańca negatywnego. To było wtedy, gdy całe noce chodziliśmy po mieście mówiąc sobie swoje ulubione wiersze, przytulając się i rozmawiając. To było takie romantyczne…

Przenikanie światów
…gdy sobie tak chodzimy w ciemność otuleni,
barwę, nazwę, kształt, wagę i wymiar
w dźwięczną płynność zmienia noc olbrzymia,
mosty tracą kres, zjawia się dużo bram i ulic
starych, jak tamten świat, z którego przyszliśmy…

Przed nami stanął pałac, a w nim siedem komnat,
każda następna piękniejsza od poprzedniej.
Weszliśmy do pierwszej. Trochę było obco.
Splątane myśli, uczucia i pustka…
Bo ta komnata nie była urządzona.

Chcemy wejść do następnej…
Najpierw tylko szparka
drzwi uchylonych wlała trochę światła.
Zmęczeni ciemnością komnaty bez okien
przekroczyliśmy próg tajemnicy drugiej.
Tu było piękniej, jaśniej i przytulniej,
choć sala duża i bez wielu sprzętów.
W walce z pożądaniem i namiętnościami
spędziliśmy tam czas – każdy w innym miejscu.

Nie było mnie widać zza wielkiego lustra
w złoconej ramie z motywem roślinnym.
Czesałam włosy, by cię nimi opleść.
Ty schowałeś się w najniższej szufladzie komody,
gdzie jeszcze ciągle rządziły instynkty.
Ptak za oknem śpiewał wciąż to samo,
lecz była to tylko moja muzyka.
W twojej komodzie panowała cisza…
I ledwo cię poznałam, gdy się z niej podniosłeś
niczym człowiek pierwotny z jaskini głębokiej.

Trzecia komnata była jeszcze większa,
pełna bogatych mebli obitych w materię.
I choć cielesność jeszcze namacalna,
duch oblał przestrzeń zmysłów – niczym motyl
bezgłośnie wleciał do pokoju barwny
jak marzenia nigdy niespełnione.
I przenikając każdą szparkę zmysłów
przemieniał emocje w coś nieuchwytnego –
tak jakby łaska spłynęła na myśli udręczone
i ugasiła niepokój motyli w pułapce.

Trzeba się przedostać do komnaty czwartej,
by nie zawracać w pół drogi bez sensu?
Michał Anioł chyba tamte drzwi wyrzeźbił –
piękne, niczym ołtarz, przerażały swym ciężarem.
Da się je otworzyć? Ustąpiły lekko, bo były gotowe.

W czwartej komnacie jest już prawie wszystko,
można prowadzić życie doskonałe.
Odpoczywają nasze dusze, ciała.
Myśli się układają jak złote firany.
Jest tak spokojnie i kontemplacyjnie…
Lecz trzy komnaty – każda nieco wyżej –
czekają na nas, by nadać sens byciu.

Obecność naszą czujemy już silniej,
Jakaś energia poraża motyle.
Wlatują lekkie, jak dotyk w zachwycie.
Siadają na nas – nie mają ciężaru.
Gdyby nie oczy otwarte, nie byłoby ich wcale.
Skrzydełka drgają – ciała w pożądaniu,
ale nie rozkoszy – wtedy trzepoczą silniej
i dają się poczuć.

W piątej komnacie szeroko otwarte okna.
Za nimi ogród – raj w zasięgu ręki.
Firany ciężkie od złotych nici – jak myśli
skupione w jednym miejscu odsłaniają wolność.
Jednoczą się nasze dusze, ciała
w uwolnionych od lęku pragnieniach.
Widok ogrodu – nadzieja. Milczenie w tęsknocie…

Szósta komnata to prawie sam ogród.
Taras z widokiem na niebo i świat cały.
Cudowność natury poraża do głębi.
Odkrywamy cud mistycznej ekstazy
i rozkosz w wieczność bez kresu.
Zaręczyny z najwyższym pięknem,
miłość w każdym płatku, liściu i w nas
wolność w jedności duszy z ciałem – jak motyl.

Siódmej komnaty opisać się nie da.
Duchowe zaślubiny to zbyt małe słowa.
Przemieniające zjednoczenie w najwyższym zachwycie
kontemplacji piękna, które w nas i poza nami.
I nie przeraża fakt, że już po nic nie można sięgnąć.
Ostateczny cel – rozpłynięcie się na wielość w jedności.
Poznawanie świata, cokolwiek to znaczy.
A znaczy przenikanie się wzajemne i dalej,
by znowu powrócić i znowu przenikać,
dzieląc się darami wszechświata i własnym poznaniem.
To takie wszechobejmujące pulsowanie.


  • RSS