Strona główna

CZERWONA NAKRĘTKA
i NIEDOSKONAŁOŚĆ DZYNDZLI


Une traduction en préparation

Mój problem polega na tym, że nie jestem konsumpcyjna. A to nie jest dobrze. Żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym i nie należy się alienować w swych egoistycznych dążeniach realizacji siebie poprzez indywidualizm, a w szczególności poprzez indywidualizm źle pojęty - wyrażający się, na przykład, ignorancją materialnych dóbr doczesnych. Współczesna cywilizacja czegoś od nas wymaga i obowiązkiem poszczególnych jednostek tworzących społeczeństwa, a w konsekwencji jedną ludzką rodzinę, jest się do tego dostosować. A ja w swym skrajnym, godnym potępienia egoizmie, od 20 lat ubieram się w to samo, i w ogóle - żyję nie "po coś", tylko czymś. Mam tzw. pasje. A to piszę, a to maluję, a to coś tam innego, generalnie... tworzę. I wciąż się czegoś uczę. Czyli... nie idę z duchem czasu. Nie oglądam tv, nie znam aktualnych reklam, prawie nic nie kupuję - jednym słowem, nie jestem na bieżąco. Postanowiłam z tym skończyć. I ty możesz zostać kobietą nowoczesną, powiedziałam sama do siebie (uwielbiam ze sobą rozmawiać, ale to chyba nie choroba psychiczna - jeszcze, po prostu lubię rozmawiać z kimś inteligentnym, a ostatnio nawet kot, którego dotychczas miałam za nadistotę, zgłupiał, więc się do niego nie odzywam). Ale od czego zacząć? Żeby się o tym dowiedzieć, włączyłam telewizor. Godzinę go szukałam - nie to, że mieszkam w pałacu i zapomniałam, w której komnacie stoi, nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej w świecie wtopił się w codzienny krajobraz domowy i - wśród tysięcy książek - pokrył się maskującym go kurzem z powodu nieużywania. Ale mam szczęście! Trafiam na hity XXI wieku - reklamy! Dzięki temu szybko zapoznaję się z panującymi trendami. Reklamy to świetne filmy, żadnych dłużyzn, krótka, zwięzła forma ilustrowana przekonującym obrazem. Dowiaduję się, że kobieta nowoczesna, (co łączy się z niezależnością), ma czystą i lśniącą muszlę klozetową, a nowoczesny kot ma lśniącą sierść (natomiast nowoczesna kobieta nie może być pokryta żadnym zarostem, w związku z czym ma się depilować i tylko na głowie może porastać, najlepiej włosem lśniącym, czemu służą odpowiednie szampony i odżywki). Pędzę obejrzeć swoją muszlę, zwaną dawniej sedesem - może i czysta, ale raczej nie lśni. Rzucam też przy okazji okiem na kota - ten w odróżnieniu od sedesu - lśni (czyli bardziej dbam o kota). Powinnam jeszcze spojrzeć w lustro (włosy), lecz tego nie czynię (rano). Za to szybko się ubieram - zakładam sztuczne futro (ekologiczne) na cienkie spodnie w kwiatki służące do spania (jest rano i zima) i spraną bluzę od dresu, który robi za piżamę i lecę do najbliższego sklepu. Rutynowo sięgam po karmę dla kota, która zawiera chyba jakiś narkotyk, bo odkąd kupiłam Tusi pierwszą puszkę, nie chce już jeść nic innego, a za horrendalną cenę prawie dziewięciu złotych nabywam Harpic, dawniej WC Picker, jak głosi naklejka, i - triumfalnie dzierżąc zdobycz XXI wieku - podążam do - wymagającego remontu - domostwa. Harpic, aktywny żel zapachowy, to nowa generacja gęstych produktów do czyszczenia muszli toaletowej - czytam na opakowaniu. Nowa generacja - tak, właśnie o to mi chodzi! Jestem naprawdę szczęśliwa! Trzymam w rękach piękne opakowanie zawierające substancję stanowiącą dorobek chemiczny pokoleń uczonych, którzy pracowali w imię pokonania atakujących nas, chorobotwórczych bakterii! I wystarczyło tylko włączyć telewizor, zejść do sklepu, no i jeszcze mieć prawie dziewięć złotych. Przecież to tak niewiele, a tyle radości. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy rozleję w mojej muszli cudownie gęsty płyn barwy żółtej (kolor nadziei) i skutecznie usunę nawet najtrwalszy brud i osady, i w dodatku nawet spod obrzeża muszli toaletowej, i pozostawię ją czystą i lśniącą. Żeby to osiągnąć, muszę otworzyć plastikową butelkę - chwytam więc czerwoną (barwa erotyczna) nakrętkę kształtu fallicznego (jej falliczność potęguje charakterystyczne wydłużenie i zagięcie górnej części opakowania) i... o zgrozo, napotykam opór materii. Nie daje się odkręcić. Mam szczęście w zasięgu ręki i nie mogę się do niego dostać. Nakrętka ani drgnie. Te falliczne kształty to mnie już zawsze będą prześladować? W rozpaczy biegnę do sąsiada - zawsze odkręcał mi "trudne" słoiki oraz puszki, i choć tym razem jest to butelka, jestem pełna nadziei, że i z nią sobie poradzi. W końcu częściej, niż ja, obcuje z kształtem fallicznym. Sąsiada nie było, była natomiast jego żona, której nie obce ani wspomniane kształty (ma męża), ani nowoczesne środki czystości (ma dom na głowie i jest nowoczesna). Po kilku minutach siłowania się z oporną nakrętką, spojrzała na mnie jakoś dziwnie i spytała: coś ty kupiła? W chwilę później pokazała mi Domestosa, który robi to samo i łatwo się otwiera. Byłam zdruzgotana. Tańszy, stoi na straży czystości i do tego ma przyjazną nakrętkę. Trafiłam na niewłaściwą reklamę. Porażka już przy pierwszym podejściu... Czy uda mi się zostać kobietą nowoczesną? Takie i jeszcze inne czarne myśli ogarnęły mój umysł. Zgarbiona, powolnym krokiem zeszłam na swoje piętro. Stojąc nad muszlą klozetową - w toalecie wielkości szafki na szczotki w multikinie, do której już kilka razy weszłam, zamiast do sali kinowej - pomyślałam, że mogę przecież wymienić Harpica na Domestosa. Ale - z drugiej strony - dlaczego mam się dać pokonać zwykłej nakrętce?! To znaczy, nie takiej znowu zwykłej, ale ja też jestem niezwykła. Mam się dać jej pokonać tylko dlatego, że ma prześladujący mnie kształt falliczny?! O, nie! Teraz wkurwiłam się naprawdę. Próbuję ją przekręcić i... znowu nic. W tej sytuacji postanawiam podejść do sprawy naukowo. Może to nie dość nowoczesne, ale moje. Instrukcja obsługi... gdzieś musi być instrukcja obsługi... Jest! Znalazłam! Nazywa się co prawda "sposób użycia", ale wychodzi na to samo: Zakrętkę silnie uchwycić (u-chwycić, a nie chwycić - to bardzo ważne) w oznakowanych miejscach (nerwowo szukam oznakowanych miejsc - są!) i pokonując opór odkręcić w kierunku wskazanym przez strzałkę (kurwa, nigdzie nie ma strzałki!). Nie mogę pokonać oporu. Oporu materii. Czytam jednak dalej: butelkę skierować w dół i lekko ją naciskając polać powierzchnię pod obrzeżem muszli (szukam obrzeża muszli - jest!). Po 30 minutach spłukać (zupełnie jak w instrukcji farby do włosów, wiem, bo kiedyś znalazłam taką ulotkę - kobiety nowoczesne farbują włosy). Choć nigdy nie znalazłam strzałki, w końcu uporałam się z prześladującym mnie kształtem fallicznym w formie czerwonej nakrętki. Ha, jest jeszcze uwaga z wykrzyknikiem, czyli coś ważnego: W przypadku połknięcia skontaktować się z lekarzem. No tego już za wiele. Złośliwe to jest i jeszcze mam mu robić dobrze! Że jak falliczne, to już mu się wszystko należy, w dodatku traktuje mnie jak blondynkę, którą jestem. A poza tym to kryptoreklama seksu oralnego. Tylko po co ten lekarz? Seksuolog może... A w reklamie nic o tym nie było... Domestos zresztą też ma kształt falliczny i po dostaniu się go do ust (do czego najwyraźniej prowokuje - oboje prowokują z Harpikiem) również należy skontaktować się z lekarzem. Ale na proszkach do prania już nie ma tej cennej informacji - to chyba dlatego, że pudełka z proszkiem mają poprawny kształt. Albo producenci zakładają, że czyszczą głównie blondynki (no bo kto inny by się tak męczył?), a piorą pralki - istoty mądrzejsze, gdyż powstały w późniejszym etapie ewolucji. Po użyciu butelkę zamknąć zakręcając do oporu - czytam dalej. O, nie! Tego na pewno nie zrobię. Zakręciłam butelkę nie do oporu, żeby już nigdy nie przeżywać tego samego. Przechytrzyłam ich! Chyba jest szansa, bym stała się kobietą nowoczesną, choć przede mną jeszcze długa droga... Nawet nie mam seksownej bielizny... w ogóle żadnej nie mam, wszystkie majtki mi się sprały i wydarły... To samo ze stanikiem (tak, tylko jeden). Długa przede mną droga i kosztowna... Ale pierwszy krok poczyniony - za prawie dziewięć złotych. Kilka godzin później... Udało mi się bez problemu otworzyć puszkę z rybimi wątróbkami (bardzo zdrowe, zawierają cynk na przykład, a cynk pozytywnie wpływa na skórę, włosy i paznokcie, co ważne dla kobiety nowoczesnej, no i jeszcze jest afrodyzjakiem), choć puszka miała dzyndzel (podobnie jak puszki z karmą dla kota i niektóre z zielonym groszkiem), który częściej się urywa, niż otwiera puszkę. Jak się taki dzyndzel urwie, to wtedy trzeba nieprzyjazną blachę rozpruwać otwieraczem, który zawsze wówczas znika (wg prawa Murphy'ego, tego samego, które głosi, że jak stoisz w kolejce w barze i masz upatrzoną w gablotce jakąś potrawę, to zgarnia ci ją osoba, która stoi przed tobą). I co zrobić, kiedy dzyndzel urwany, a otwieracz nieobecny (albo gdzieś obecny, ale tymczasowo zniknięty)?

Wtedy wychodzi się z taką puszką z domu i trze się ją o chodnik (na przechodniów nie należy zwracać uwagi, niech sobie myślą, co chcą), aż się zetrze wystającą krawędź - wówczas blaszka odpada, tylko trzeba uważać, żeby wraz z nią nie wyleciała zawartość puszki. To jest rada dla tych, którzy mają problemy z puszkami. Ale czy - oprócz mnie - ktoś jeszcze ma takie problemy? A swoją drogą to ciekawe, że nadszedł XXI wiek, a puszce (i to nie każdej) przybył tylko niedoskonały dzyndzel. Dla niewtajemniczonych w kwestię dzyndzli - puszki z piwem mają inne dzyndzle, i w kształcie (znowu falliczny, tamte, od ryb i kotów, są okrągłe) i w działaniu (urywają się rzadziej). To, że urywają się rzadziej, jest bardzo ważne z kilku powodów: po pierwsze primo - piję dużo piwa; po drugie primo - puszki z piwem nie da się otworzyć otwieraczem, bo ma za wysoką krawędź; po trzecie primo - piwo jest cieczą i nie dałoby się puszki z nim otwierać za pomocą wyżej opisanego tarła, które najlepiej sprawdza się w przypadku puszek z jadłem stałym, na przykład z mielonką. Aha, a propos fallizmu (nie mylić z fatalizmem, choć korci:-), a właściwie wszech-fallizmu: cała Warszawa wysadzona jest gustownymi ciemnozielonymi palikami z wrąbkami poczynionymi w stosownych miejscach. Bardzo miło jest przysiąść sobie na takim paliku w chwili zmęczenia, choć one - wedle zamysłu ich twórców - do czego innego służą. Bo generalnie to one służą bezpieczeństwu w mieście. Ale pomagają też w nim przetrwać, bowiem chodzenie po mieście może być męczące - przydałyby się także w supermarketach, gdzie również panuje duży ruch, i też kołowy (wózki, czyli jeżdżące kosze - sukces w dziedzinie techniki użytku codziennego). Tak więc bardzo lubię przysiadać na tych palikach - są tak przyjaźnie zaokrąglone i stosownych wymiarów (prawie jak barowe stołki). Freud miałby wiele do powiedzenia na ten temat, ale na szczęście koleś nie żyje, podobnie jak większość wielkich uczonych. Bo cechą charakterystyczną wielkich uczonych jest to, że - na ogół - nie żyją. A ci najwięksi, to już na pewno nie żyją. Nie muszą - pozostawili po sobie dzieła (bezużyteczne?), których prawie nikt nie czyta, gdyż ludzkość zajęta jest sprawami wyższymi, niż myśleniem i psuciem sobie oczu. I słusznie. Trzeba iść z duchem czasu. Książki są nie ekologiczne! Gdyby nie one, zielone płuca zajmowałyby więcej miejsca na naszej planecie! Dlatego należy przyjąć postawę ekologiczną i bojkotować książki, podobnie jak bojkotuje się naturalne futra. Po co komu te setki tysięcy zakurzonych wolumenów w bibliotekach, do których prawie nikt nie zagląda? Po to, żeby dać pracę bibliotekarzom stanowiącym niewielki odsetek populacji ludzkiej? To nieekonomiczne! Z jednej strony mamy taaaki postęp, a z drugiej - pożałowania godne zacofanie. Szkoda gadać... Książki w dobie internetu, też coś. Na płytki by to przegrać i oszczędność papieru by była. A takie płytki (czytaj: ekologiczne książki), to niech już sobie leżą, jak muszą. Przynajmniej nie zajmują tyle miejsca, no i nie byłoby bibliotek, tylko płytoteki (albo nawet dyskoteki). A to już brzmi lepiej - każdy przyzna. By pozostać w klimacie integracji z naturą - strof kilka...


Perłowa komnata

Na cienkich łodygach wyrastały gwiazdy

i były jak motyle

Kwiaty zwisały z nieba tysiącem zapachów

i drżały niczym skrzydła ważek



Do serc gwiazd skapywały krople nektaru

Miłość kwiatów do gwiazd była ogromna

W mocnych objęciach muszli płynęła perła

W łagodnych objęciach motyla odpoczywał obłok



Ptaki lekkie jak płatki kwiatów

przefruwały przeze mnie łagodnie

zaczepiały skrzydłami o moje serce

nie czułam bólu



Było bezdźwięcznie i wiecznie

Noc czule pochylała się łodygami gwiazd

jak burza ujarzmiona przez wodne lilie



Cisza. Perła wyciągnęła srebrne dłonie

a ja swoje do niej.



Trzy miesiące później...

Dokonałam wielkiego odkrycia!

Trzeba kupować zwykły i tani, pięknie pachnący Żel do WC, a nie żadne domestosy czy harpicko-pickery. Aby go otworzyć, należy jedynie mocno ścisnąć butelkę i odkręcić nakrętkę. A o pomoc lekarską zwracamy się tym razem nie w wypadku połknięcia, lecz przedostania się do oczu, co jest wyrażone bardzo nieprecyzyjnie, a nawet błędnie: W przypadku zanieczyszczenia oczu... - napisano, a powinno być: W przypadku wyczyszczenia oczu, bo przecież Żel do WC czyści, a nie - zanieczyszcza. Jak można cokolwiek zanieczyścić czymś, co czyści? Jest też cenna rada: Nosić odpowiednie rękawice ochronne. Producenci żelu dbają o swoich klientów nie tylko wtedy, gdy używają oni ich produktu. Dłonie przez cały czas narażone są przecież na szkodliwe działanie chociażby zanieczyszczonego powietrza, często zbyt zimnego lub zbyt ciepłego. I w zasadzie każde rękawice są ochronne, choć nazwa ta przywołuje obraz dużych, niewygodnych.





gosiam 2003-01-26 19:55:49
skomentuj (0)