Version française

Kraj mroczny, zimny, bez słońca, gdzieniegdzie pokryty lepiankami – położony wśród nikłej roślinności na średnio żyznej glebie, po której grasują żarłoczne, brunatne niedźwiedzie.  

Gdzie ta Polska…

Taki obraz „niewiadomogdzieleżącej” Polski wciąż jeszcze maluje się (w XXI wieku!) w niektórych krajach wysoko cywilizowanych (kraje wysoko cywilizowane charakteryzują się m. in. tym, że im wyższy w nich przyrost gospodarczy, tym niższy poziom szkolnictwa).
Słynne z XX wieku „Aaaa, Holand”, kiedy na tak zwanym Zachodzie, pisanym nie wiadomo dlaczego dużą literą, powiedziało się, że jest się z Poland, nie straciło na aktualności. Jest to o tyle dziwne, że przecież i za czasów komuny dbano o wizerunek Polski w świecie, widać jednak, że Rosjanie czynili to o wiele skuteczniej (balet, łyżwiarstwo figurowe oraz inne wzniosłe dziedziny życia) w związku z czym niedźwiedzie przeszły do nas (niedźwiedź brunatny jest symbolem narodowym Rosji). Wędrówki – przemiłych skądinąd zwierząt futerkowych – nie powstrzymał ani Karol Wojtyła, ani Adam Małysz, nie mówiąc o licznych polskich noblistach, nawet dwukrotnej noblistce Marii Skłodowskiej-Curie (1903 i 1911), w tym ostatnich, czyli współczesnych, a są nimi: Lech Wałęsa (1983), Czesław Miłosz (1980) i Wisława Szymborska (1996).
Nie powstrzymał jej również fakt wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, o którym info – w czasach powszechnie dostępnych mediów ze szczególnym naciskiem na tv – miało szansę przedarcia się poza granice naszej ojczyzny.
   
W objęciach niedźwiedzia
Jednym z najbogatszych krajów świata, a najbogatszym w Europie jest Szwajcaria, która w unii nie jest. Do kantonu Vaud wieść o wzniosłym fakcie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej może i doszła, ale nie dotarła do świadomości mieszkających tam ludzi.
– Ależ to niemożliwe, wy jesteście gdzieś daleko na Wschodzie…
Gdyby znali „odległe” słowo Azja, na pewno by ono padło zamiast Wschodu (pisanym – nie wiadomo dlaczego – dużą literą). Nie wyprowadzam nikogo z błędu (czytaj: obłędu).
Na pytanie, dlaczego przyjechałam do Lozanny, odpowiadam, że dlatego, by uniknąć pożarcia przez niedźwiedzia, bowiem każde wyjście z lepianki grozi taką właśnie piękną śmiercią w czułych objęciach „żywego pluszaka”, lub, jak kto woli – tragiczną, w jego rozszarpujących szponach.
Przy okazji uświadamiam „cudzoziemców”, że misie wolą od ludzi łososie i w okresie na te ryby możemy się poruszać swobodniej (fakt, że zwierzęta te są przede wszystkim roślinożerne, przemilczam).
Nawet, jeśli ktoś wyczuwa w moim głosie ironię, choć nie sądzę, nie daje tego po sobie poznać.
Nikt natomiast nie jest w stanie ukryć zdziwienia, kiedy pokazuję na mapie swój kraj osiem razy większy od Szwajcarii (mapę noszę ze sobą, ponieważ mieszkańcy kantonu Vaud na ogół nie posiadają w swoich domach kartograficznie odwzorowanych obrazów powierzchni Ziemi).
  
Super informatycy
W tym samym kantonie na super stanowiskach w super firmach za super pieniądze obsadzani są (legalnie!) na przykład polscy informatycy i nikogo nie zastanawia fakt,
że tacy specjaliści wyszli z lepianek, gdzie nijak podłączyć komputer.  
– Jak to możliwe, że twój kolega Polak zarabia dziesięć tysięcy franków w Lozannie, jeśli mój mąż, też informatyk, zarabia sześć tysięcy pracując w Genewie?!
(W Genewie są wyższe zarobki.)
Tłumaczę więc, że to, co umie szwajcarski informatyk, w świecie lepianek i niedźwiedzi wie byle komputerowiec.  
– To niemożliwe – kręci głową czarna Arabka, żona białego szwajcarskiego informatyka (w kantonie Vaud dominują małżeństwa mieszane).
– A jednak. 
 
Pany i dzielne chłopy
Informatykami są jednak nieliczni Polacy w porównaniu z licznie pracującymi tu (dla odmiany nielegalnie, czyli na czarno) polskimi chłopami w szwajcarskim rolnictwie.
Tych są tysiące (być może nawet jakiś Szwajcar zatrudnia potomków tytułowych bohaterów dzieła polskiego noblisty Władysława Reymonta).
By zaoszczędzić na jedzeniu, przywożą z Polski marchew i ziemniaki, którymi się żywią w Szwajcarii, w związku z czym prawie całe zarobki – średnio od tysiąca do trzech tysięcy franków szwajcarskich miesięcznie (franki szwajcarskie mają wyższą wartość od byłych franków francuskich), mogą posyłać rodzinie.
W ten sposób żyją całe polskie wioski (czytaj: lepianki rosną w siłę), odwiedzane w wakacje przez nieobecne przez cały rok głowy rodzin, które znowu pobierają rodzime warzywa, żeby przetrwać do następnych – jedno lub dwutygodniowych – wakacji, co zależy od szwajcarskiego pana (czytaj: pracodawcy).
Jak już jesteśmy przy „polsko-rosyjskich” chłopach, bo to przecież wszystko jedno (dwadzieścia lat temu polska modelka Bogna Sworowska na okładce amerykańskiego pisma „Playboy” została nazwana Rosjanką i do dziś niewiele się w tej materii zmieniło), przytoczę fragment piątej sceny aktu drugiego „Płodów edukacji” Lwa Tołstoja:
 „Kucharka: Biała bułka w niedzielę, ryba w poście przed świętami, a kto chce, może jeść z mięsem.
Drugi chłop: Bo to są tacy, co nie poszczą?
Kucharka: E, prawie wszyscy. Pości tylko stangret, ja i klucznica, a tak to wszyscy mięso żrą.
Drugi chłop: No, a pan sam – jak?
Kucharka: Też się wybrał! On już zapomniał pewno, co to takiego post.
Trzeci chłop: Boże święty !
Pierwszy chłop: To pańska sprawa, z książek się nauczyli. Niby ta jedukacja.
Trzeci chłop: Sitkowy chleb codziennie, ani chybi?
Kucharka: Ale, sitkowy! Nie wiedzą chyba, jak wygląda ten twój sitkowy. Zobaczyłbyś ich jedzenie, czego tam nie ma.
Pierwszy chłop
: Pańskie jedzenie, wiadomo, jak ta pianka.
Kucharka: Pianka, pianka, ale trzeba mieć zdrowie,
żeby to wszy­stko zeżreć.
Pierwszy chłop: Przy apetycie, znaczy się.
Kucharka: Bo cięgiem popijają. Ile tych win słodkich, wódek, na­lewek musujących – do każdego dania coś innego. Je i zapija, je i zapija. Mają zdrowie do żarcia, aż strach. Nie mają przecie tego we zwyczaju, żeby usiąść, zjeść, przeżegnać się i wstać, tylko jedzą a jedzą bez ustanku.
Drugi chłop: Jak te świnie, z kopytami do koryta.
Kucharka: Ledwie oczy otworzą, zaraz – samo­war, herbata, kawa, czekolada. Ledwie dwa samowa­ry wypiją, nieś im trzeci. A tu już śniadanie, a tu już obiad, a tu już znowu kawa. Ledwie tylko odsapną tro­chę – zaraz znowu herbata. A tu już słodkości się sy­pią: cukierki, pierniki – końca nie ma. Nawet w łóżku jedzą.
Drugi chłop: No, a kiedy robotę jaką robią?
Kucharka: Jaka tam ich robota! W karty albo w fortepiany – i masz całą robotę. Jak się tylko zjadą, to zaraz karty, wino, cygarka – i tak już całą noc. Ledwie wstaną – znowu do żarcia! ”

Jak widać, niewiele się zmieniło od 1886 roku.
„Polsko-rosyjscy” panowie (czytaj: politycy), czyli klasa panująca, wbrew powszechnie panującej modzie na zdrowe odżywianie, prowadzą podobny styl życia, jak opisany w utworze dramatycznym zwanym dalej komedią, co na ogół po nich widać już po kilku miesiącach władzy, z tą tylko różnicą, że rżną nie w karty, choć to też, i fortepiany,
lecz istoty żywe, potocznie zwane panienkami.
A chłopi do dziś gryzą marchewkę… (hołdując zdrowemu żywieniu, oczywiście :-)
 
Wszechobecny Patek
W każdym szwajcarskim mieście niemalże co krok mija się sklep Patka ze słynnymi na całym świecie zegarkami.
Nikt jednak, nawet mieszkający tu Polacy, nie kojarzy tego nazwiska ani z Polakiem w ogóle, ani, tym bardziej, z konkretnym – Antonim Norbertem Patkiem, który w 1839 roku, jako uchodźca po powstaniu listopadowym, wraz z Franciszkiem Czapkiem założył w Genewie wytwórnię zagarków. Wkrótce manufaktura stała się jedną z najbardziej znanych na świecie firm zegarmistrzowskich,
co trwa do dziś.
Maria Skłodowska-Curie i Albert Einstein, po odebraniu swoich Nobli (czytaj: kasy), w prezencie dla swego geniuszu zakupili sobie u Patka niezwykle kosztowne czasomierze, co w przypadku twórcy teorii względności
jest bardzo zabawne.
Za to od Carole, przemiłej dziewczyny z Kamerunu od kilkunastu lat mieszkającej w Lozannie i tu studiującej dowiaduję się, że Hitler był Polakiem.
– To znaczy on potem mieszkał w Niemczech, to wiem,
ale urodził się i dzieciństwo spędził w jakimś kraju obok.
To chyba była Polska.
Carole jest najlepsza na roku…
I znowu z pomocą przychodzi mi mapa – znajduję austriackie miasteczko Braunau, gdzie Hitler się urodził
(w 1889 r., czyli akurat wtedy, gdy Lew Tołstoj kończył pisać „Płody edukacji”), następnie Linz, gdzie się uczył, Wiedeń, gdzie mieszkał i malował, i próbuję przekonać Carol, że prawdopodobnie pomyliła Polskę z Austrią.


                 obraz Polski XXI wieku :-)

A oto wiersz patriotyczny:

ŚWINOUJŚCIE, MOJA MAŁA OJCZYZNA

Moje miasto…

Jedyne miejsce na świecie,

gdzie serce bije mocniej,

niż gdzie indziej,

jedyne miejsce na świecie,

do którego chce się zawsze powracać.

Oddycham moim miastem.

O poranku budzą mnie głosy mew

krążących nad domami, portem, plażą,

bezkresnym, tajemniczym morzem,

nadmorskimi wydmami i lasem

zwiastuny życia unoszą się w powietrzu

wraz ze słono-żywicznym zapachem morza.

Nieskazitelnie białe łabędzie nieme

dumnie kroczące po plaży i porcie,

nieskazitelnie biały wiatrak

na kamiennym falochronie

dumnie wznoszący się na tle morza i nieba,

jak świt biały piasek plaży

i wyniosłe trawy białych wydm

tworzą moje miasto.

Nocą okrętowe syreny,

i magiczne światła portu

falujące w czarnej otchłani

zapraszają do krainy niekończącej się baśni…

Cudowne dźwięki i krystaliczna woń

tworzą moje miasto.

Uliczki wysadzane kostką brukową,

kamienice zdobione płaskorzeźbami,

pokryte strzechą chaty w Karsiborzu,

mury Fortu Anioła i Fortu Gerharda

mówią do mnie głosami przeszłości.

Kamienie, stukot końskich kopyt,

głośny trzepot skrzydeł orłów sprzed wieków

pozostały ledwie słyszalne

w rozedrganym morskim wiatrem powietrzu

i spowijają mgłą współczesne,

tętniące życiem senne miasto

powiew historii zapisany w kamieniach,

murach, w starych drzewach i…

w sepii starych fotografii

wystawionych na promenadzie.

Bursztynowy żaglowiec na sklepowej wystawie

przenika szyby witryny i…

wielki, drewniany, wypływa w morze…

Rybacy suszą sieci, kobiety dzielą ryby…

Taki obraz widzę w szybie marketu

żywy duch historii nie omija XXI wieku,

z kamiennego snu obudzili się

pruscy żołnierze w Forcie Gerharda!

Sen na jawie – to moje miasto

położone na czterdziestu czterech wyspach,

bezkresna plaża z piaskiem

drobnym i jasnym jak promienie słońca

oto wizytówka dla turystów.

Dla mnie to niekończąca się baśń,

w której duchy przeszłości opowiadają

niekończącą się historię

wypływają niczym morskie fale

zostawiając białe muszelki,

drobne kryształki żywicy

i zabierając ze sobą teraźniejszość,

która stanie się historią

mojego miasta,

jedynego miejsca na Ziemi,

gdzie serce bije mocniej.

Drogę do mojego miasta

wskazuje biało-czerwone światło

latarni morskiej…

najwyższej w Europie.