Une traduction en préparation
Czasami jeszcze bywam – w znaczeniu: chodzę na przyjęcia. Od pewnego czasu niechętnie, to znaczy nie tak chętnie, jak kiedyś, kiedy sama je robiłam raz w tygodniu – schodzili się wówczas u mnie wielcy i mali tego świata, zawsze tak dobrani, żeby było wesoło i intelektualnie zarazem. Domu otwartego już nie prowadzę, natomiast okazało się, że mimo trudnych czasów jest w stolicy jeszcze kilka takich „salonów”, co postrzegam jako kontynuację dobrej tradycji towarzyskich spotkań na szczeblu artystyczno-intelektualnym, gdzie nie tylko występuje jedzenie i picie, ale także suty pokarm duchowy w postaci spontanicznego, improwizowanego programu artystycznego i wzniosłych rozmów ciekawych ludzi na tematy powszechnie uznane za zapomniane.
No i zdarzyło mi się być zaproszoną na jeden z nich… salon, znaczy.
- Tylko ładnie się ubierz i raz w życiu się nie spóźnij – poprosili znajomi, znając mnie dobrze jako wierną miłośniczkę teorii względności czasu oraz moją ostatnio wybitną abnegację w zakresie strojenia się, w której to dziedzinie zawsze szokowałam odrębnym stylem polegającym na wyjątkowej prostocie wyrażającej się odzieżą spraną, pocerowaną, (tak trudno mi się rozstawać z ulubionymi ubrankami, a poza tym uwielbiam prać i cerować: terapia zajęciowa) i tak zwanymi patentami. Ubieranie się przy wsparciu patentów sprawdzało się za komuny, potem już niekoniecznie, ale nawyk, choć mocno zreformowany, pozostał…
No więc ładnie się ubrałam, co w moim przypadku oznacza – po prostu normalnie, ale w dalszym ciągu po swojemu, i – swoim zwyczajem – na party spóźniłam się dwie godziny. Ubiór i niepunktualność określają mój styl, a ze stylu zrezygnować się nie da. Spóźnianie się w takich okolicznościach jest świetnym pomysłem – zapewnia tak zwane wejście, co oznacza, że jest się w centrum zainteresowania już prawie do końca przyjęcia, gdyż przez pierwsze dwie godziny wszyscy się już dokładnie wynudzają i pojawienie się nowej osoby jest bardzo inspirujące, zwłaszcza, że już wszyscy są dostatecznie zalkoholizowani (czytaj: naprani, uwaleni), co daje pełną swobodę zachowania: mówienia, śpiewania, tańczenia i wielu innych, oraz – co najważniejsze – uwalnia i pobudza uwięzioną zazwyczaj w stereotypach myślowych wyobraźnię. Przybywanie na imprezy wtedy, gdy towarzystwo jest już dostatecznie rozbawione, okazuje się bardzo praktyczne i słuszne z innego jeszcze powodu – unikamy w ten sposób pierwotnie występującej drętwoty, nudnego przedstawiania (i tak nikt nie zapamiętuje swoich imion, a tym bardziej – nazwisk), oraz związanego z tym pewnego zakłopotania…
W ogóle nie rozumiem, po co tyle histerii z tą całą zasraną punktualnością. Odkąd się pamiętam, nigdy nie miałam zegarka. Z szacunku dla dokonań Alberta Einsteina. Czas jest przecież względny i nie po to uczony to obliczył i udowodnił, żebym była ignorantką. Dla potomnych uczynił to wszakże. Już w liceum wyznawałam jego teorię, i wzywana do dyrektora szkoły w sprawie moich „nagminnych”, jak się wyrażano, spóźnień – chyba nigdy nie pojawiłam się na pierwszej lekcji, czasami udawało mi się zdążyć na drugą, którą przesypiałam, dopiero na trzeciej łapałam kontakt – zawsze wyjaśniałam tę kwestię w podobny sposób: – Panie dyrektorze, na naukę nigdy nie jest za późno. Argument nie do obalenia, zwłaszcza, że tę wzniosłą prawdę wpajano nam od dziecka. Pan dyrektor za każdym razem wykazywał się pełnym podziwu zrozumieniem, a były to czasy, kiedy przyjazna postawa „szczytu ciała pedagogicznego” nie należała do zjawisk powszechnych. Po latach tego samego pana dyrektora (cenna znajomość) spotkałam w monopolowym, a ponieważ było to jeszcze za komuny, jako „stary znajomy” zaproponował mi nabycie flaszki w celu zdjęcia ze mnie ciężaru stania (czytaj: marnowania czasu) w niekończącej się kolejce – sam już swoje odstał i był prawie na początku (patrz: cenna znajomość). I znowu się wykazał: bohatersko i z godnością prawdziwego mężczyzny walczył o honor kobiety (czyli mój) odpierając ataki wzburzonego ludu, a ja miałam flaszkę i zaoszczędzony czas, który nie istnieje (te głupie wskazówki to czysta abstrakcja). Bo… Pięknie jest tylko w monopolowym – jak powiedział Olaf Lubaszenko. Czas można było zaoszczędzić nie tylko na lądzie – weźmy na przykład takiego Concorda: wsiadało się do niego w Paryżu, a lądowało na innym kontynencie, a dokładnie w Nowym Yorku wcześniej, niż się do niego wsiadło w stolicy Francji! Na szczęście zlikwidowano te dziwne transkontynentalne samoloty pasażerskie zwane naddźwiękowymi i teraz teorii względności mogą doświadczać kosmonauci i piloci niektórych samolotów wojskowych.
„Teoria czasów lokalnych. Czas posuwa się z różną szybkością zależnie od miejsca na kuli ziemskiej, zależnie od tego punktu, w którym jesteśmy, zależnie od kultury. (…) Każdy, kto żył z koczownikami na pustyni czy wśród Indian Amazonii, wie, jak nasz zegarek traci tam sens i rację bytu. Jest zbędnym mechanizmem, abstrakcją oderwaną od życia” – tak napisał Ryszard Kapuściński w „Lapidarium”, ja dodam jeszcze, że wie o tym też każdy, kto żył w Indiach, a ponieważ jestem kosmopolitką, czyli obywatelką świata – mentalną, oczywiście, pojmuję więc czas filozoficznie, jako formę bytu materii, podobnie jak Fiodor Dostojewski, który napisał w „Zbrodni i karze”: „Czym jest czas? Czasu nie ma; czas to cyfry, czas to stosunek bytu do niebytu”.
(A swoją drogą za dużo ambarasu z tymi stosunkami, na przykład słynny stosunek długości okręgu koła do długości jego średnicy, zwany ludolfiną, czyli liczbą „pi”, który inspirował nie tylko fizyków i matematyków, lecz nawet poetów – K. Cwojdzińskiego na przykład do napisania wiersza, w którym liczba liter poszczególnych słów jest rozwinięciem tej liczby, a Wisławę Szymborską do napisania filozoficznego wiersza „Liczba PI”.)
Stosunek bytu do niebytu (niebyt to też byt, tylko – z matematycznego punktu widzenia – o wartości zerowej) wizualnie przedstawił w spektaklu „KaBaKai” Piotr Lachmann, który w swym dziele nie pyta: „czym jest czas?”, bo już wie, lecz: „czym jeść czas?” i nie ma to nic wspólnego z konsumpcyjnym stosunkiem…
Ale wróćmy na party, gdzie przybyłam stosownie spóźniona… – A ciebie kto posuwa? – usłyszałam zaraz na samym wejściu. Ktoś od razu, bez zbędnych ceregieli, wprowadził mnie w intymny klimat, jaki przybrało spotkanie i w który brutalnie wtargnęłam. Odważny tekst… Nie tak jednak odważny, jaki mi się udało usłyszeć dwadzieścia lat temu na imprezie biznesmenów, którzy za komuny stanowili swoistą elitę. Wówczas poproszono mnie o pokazanie, jak się taktownie wyrażono, cipy (są brzydsze wyrazy nazywające tę piękną część kobiecego ciała, zwane wulgarnymi), co – wbrew wszelkim przewidywaniom – uczyniłam: ponieważ nosiłam długie spódnice, modne wówczas maxi, a nie nosiłam majtek, nietrudno było unieść – gestem arystokratycznym, oczywiście, (czytaj: z klasą) – spływający do kostek materiał i to w dodatku cięty z ukosa, bo tak wtedy się szyło. Prymitywne, opasłe biznesmeny były tak zszokowane moją reakcją, że wystarczyła im jedynie krótka migawka mglistego zarysu tego, co chcieli zobaczyć. Spodziewali się zapewne, że niewinne dziewczątko się wypłoszy i spłonie rumieńcem, w każdym razie oczekiwali reakcji, z której będą mieli jeszcze większą radochę, niż z postawionego „żądania”, a tu nagle dziewczątko miało niezły ubaw, kiedy to ich zatkało – aż przestali ryczeć tym swoim obrzydliwym śmiechem, który bezceremonialnie wyrażał radość ze świetnego ich zdaniem dowcipu.
Życie jest piękne, a najpiękniejsze wtedy, kiedy prymitywnym samcom opadają szczęki. (A najpiękniejszy film to „Thelma i Louise” – nakręcony przez mężczyznę. Mężczyznę, a nie prymitywnego samca. Czy mężczyzna może być feministą? Przy okazji – „Thelma i Louise” to ulubiony film Moniki Olejnik:-) Dziś już mężczyzn cipy nie interesują – gdyby nie prokreacja, dziewczynki mogłyby się bez nich rodzić. Współczesny mężczyzna pragnie seksu analnego i oralnego. Oralny – oki. Ale analny?! Bardzo interesujący przejaw zrywania z tradycją.
Wracając do posuwania (nie wnikałam, w jaką część ciała). Wzrok wszystkich obecnych skierowany był w moją stronę, co zmobilizowało mnie do stosownej odpowiedzi, poprzedzonej krótkim, aczkolwiek intensywnym zamyśleniem sugerującym, że kolor włosów nie ma nic wspólnego z IQ ich nosicielki. Ponieważ cenię sobie bezpośredniość w stosunkach interpersonalnych, nie poczułam się urażona. - Och! - odrzekłam, przeciągając się lubieżnie i po aktorskim zawieszeniu głosu trzymającym publiczność w niekłamanym napięciu uzupełniłam wypowiedź: – Mnie posuwa… czas… (Nie posunęłam się aż tak daleko, by stwierdzić – za Dostojewskim, że posuwa mnie stosunek bytu do niebytu.) Choć moje szczere wyznanie wzbudziło ogólną wesołość (zamiast współczucia!), widziałam, a właściwie – czułam, że ludność była jednakże zawiedziona. Uściśliłam więc abstrakcyjne i względne, a więc niejasne pojęcie fizycznego przecież czasu: – To znaczy – ząb czasu mnie posuwa. Ząb czasu też jednak nieszczególnie przemówił do niezbyt jeszcze rozbudzonej wyobraźni gości… W tej sytuacji nie pozostawało mi nic innego, jak uściślić dalej: – W zasadzie to jest kieł… Kieł czasu już się bardziej spodobał, w umysłach zebranych nastąpiła bowiem natychmiastowa wizualizacja bezkształtnego, afiguralnego czasu – w postaci kła (trójki u ssaków), który zawsze jest w stanie – jakże miłej i schlebiającej nam, kobietom – erekcji oraz ma ludzki koloryt (kieł czasu wbrew nazwie jest przyjaznym kłem), i intelektualne rozmowy bohemicznej elity potoczyły się w kierunku abstrakcyjności oraz bezwzględnej względności seksu przy jego fizyczności i fizycznej duchowości (zamiast w oczekiwanym przeze mnie kierunku przemijania), co, oczywiście, było bardzo zajmujące. Wzniosłe, filozoficzne dyskusje na ten temat trwały aż do rana, a dokładnie do godziny czwartej, kiedy to okoliczne liczne ptactwo w postaci powszechnie występujących wróbli ogłosiło dla nas, uprawiających wolne zawody – późną, a dla ludu pracującego – wczesną porę. Wtedy pani domu podała nam cudownie aromatyczną kawę i upieczone przez siebie, bardzo smaczne drożdżowe ciasto, a także przepyszne, wielosmakowe lody w gustownych metalowych pucharkach, do których hojnie nawrzucała dużo różnych stosownych ingrediencji (czytaj: afrodyzjaków), a były to: orzechy, migdały, rodzynki, wiórki kokosowe i czekoladowe, kandyzowane tudzież mrożone owoce. Panowie znowu się wielce ucieszyli, a nawet rozmarzyli, uznali bowiem, że gospodyni świetnie robi loda. W takiej radosnej atmosferze, mimo pewnego zmęczenia, trudno się było, co całkiem oczywiste, rozejść do swoich domów i party się nieco przeciągnęło. Nikomu się nie chciało wychodzić – kawa i lody niczym kieł czasu pobudziły pozostających na przyjęciu mężczyzn, nie na tyle jednak, by impreza – w konsekwencji tematu – skończyła się seksem grupowym. Może, gdyby to były szalone lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku we Francji lub w Ameryce… Ale na samym początku dwudziestego pierwszego wieku w Polsce już się nikomu aż tak przemęczać nie chce, seks istnieje juz tylko w mowie, a nie w czynie, co jest zresztą zupełnie zrozumiałe, bo:
1. po pierwsze primo wszyscy są bardzo zestresowani, każdy coś bierze na depresję, albo na świra, i o seksie może co najwyżej pogadać, jeśli w ogóle pamięta, o czym mówi;
2. po drugie primo seks jest mocno przereklamowany;
3. a po trzecie primo, co wynika z punktu drugiego, seks już się prawie wszystkim znudził, gdyż jego medialna podaż przewyższa popyt, choć jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się, że popyt „na to” nigdy nie zmaleje. Podobno nawet ostatnio agencje towarzyskie gorzej prosperują, co ewidentnie zwiastuje koniec świata, bo od jego początku ten właśnie interes zawsze szedł najlepiej, a teraz nawet to się zmieniło i z owych agencji głównie korzystają ci, w których ręku spoczywa władza (klasa rządząca), a więc politycy i mafiozi, czyli gangsterzy, czyli – drastyczna mniejszość. Co ciekawe, ta mniejszość też ma świra i to sporego, i też „podlega” mediom, a jednak nie wpływa to negatywnie na ich libido? Twardziele? Ha, ha, ha, pozorni, panie z agencji skarżą się, że nad nikim tak bardzo się nie muszą napracować z tak miernym skutkiem, jak nad klasą panującą.
Goście rozeszli się nad ranem, by przespać dzień, i w dwanaście godzin później znowu bawić się przez noc całą – tym razem byliśmy umówieni na koncercie w podziemiach „Le madame”. Trudno w tym miejscu nie przytoczyć słów mieszczanina do żony (z „Lorenzaccia” Alfreda de Musseta): „Robić dzień z nocy i noc z dnia to dobry sposób, by nie widywać uczciwych ludzi“, wyrażających nieprawdę i to przez samego Musseta, moją bratnią duszę w kategorii romantycznej miłości i miłości do sztuki, autora mojej ulubionej tragikomedii „Nie igra się z miłością”, którą przełożył z kolei mój ukochany Tadeusz Boy-Żeleński, który przetłumaczył powieści Balzaka lepszym piórem, niż napisał je sam Balzak i którego „Słówka” są jednym z najgenialniejszych dzieł na świecie, nieprzetłumaczalnym – O! Ironio! – na inne języki. Och, te mieszczuchy, nic nie rozumieją… i tak im zostało do dziś. Rodzi się we mnie bunt wobec tej prawdy utrzymywanej do czasów obecnych – znam wielu łotrów smacznie przesypiających noce. Zaczynają działać od rana, czyli od momentu, gdy spać się kładzie elita artystyczna (czytaj: bohema), choć lepiej by było dla świata, gdyby się nigdy nie obudzili! Mam ochotę walczyć z (drobno)mieszczaństwem, a raczej z jego bezgraniczną głupotą: „Wyjdź więc z pochwy, szpado moja!” – chciałoby się krzyknąć słowami pragnącego sprawiedliwości (mnie też przecież chodzi o sprawiedliwość) Filipa Strozzi z wyżej wymienionego „szekspirowskiego” dramatu – wiecznie pijanego i milczącego, jak głosi czarna legenda – Fredzia, wielkiego francuskiego poety romantycznego. Ale szpady ani śladu – pochwa pusta, za to obelg w kierunku (petits)bourgeois, a właściwie ich poglądom, pełne usta…
W końcu nastąpił dzień, kiedy położyłam się wieczorem i wstałam rano, zamiast na odwrót. Umyłam zęby, wypiłam kawę, znowu umyłam zęby, bo tak trzeba – po kawie i porannym papierosku (wiem, papierosek – naganny), i poszłam na miasto, wmieszać się w tłum uczciwych ludzi. Aż rozpierało mnie poczucie normalności. Kiedy przechodziłam obok obiektu, w którym wydawano posiłki dla bezdomnych i ubogich, nie mogłam się oprzeć pokusie wstąpienia do tego przybytku, zwłaszcza, że zapach fasolowej kusił, a ja jeszcze nic nie jadłam. W sali przypominającej komunistyczną stołówkę – biedota nie zasługuje na to, by się, nie dość, że zapychać za darmochę, to jeszcze w miłym dizajnie, którego i tak by nie doceniła – konsumowało kilkadziesiąt osób. Poza niewielkimi wyjątkami, wszyscy byli nędznie odziani, na ogół brudni i bardzo zmęczeni nie przespaną, lub źle przespaną nocą. Moją uwagę zwróciła para: kobieta z mężczyzną, po których na pierwszy rzut oka było widać zdegradowaną „inteligencję”. Kolejka po fasolową wydłużała się… W pewnym momencie wszedł ksiądz z niewielką ekipą telewizyjną. Wszystkie głowy ze zdumieniem obróciły się w ich stronę, a zaraz potem pochyliły najniżej jak mogły. Natomiast ciała, do których te głowy należały, skurczyły się, na skutek której to kurczliwości – zmalały jakby. Stojąca nad kociołkiem kobieta w niebieskim, poplamionym fartuchu powitała księdza przyjaznym uśmiechem, skinieniem głowy i – jakby bezwiednie – gestem ręki, w której, niczym królewskie berło, dzierżyła dużą, zczerniałą, aluminiową chochlę. Ekipa ochoczo zabrała się do uczciwej pracy, bez której, jak wiemy, nie ma kołaczy i która uszlachetnia. Podczas „kręcenia materiału” kobieta, która od razu wzbudziła moją sympatię, powiedziała nieśmiało i niemalże szeptem do duchownego: – Proszę księdza, to takie dla nas upokarzające… – w jej głosie wyczuwało się przeprosiny za to, że ośmiela się zwrócić uwagę majestatowi. – Stul pysk, bo jak cię palnę w ryja, to się zakryjesz nogami – spokojnym, natchnionym tonem odrzekł zdeklasowanej niewieście kapłan. Do akcji wkroczył towarzyszący kobiecie mężczyzna, również nieśmiało zwracając się do katolickiego pośrednika pomiędzy człowiekiem a Bogiem: – Proszę się w taki sposób nie odzywać do mojej żony – powiedział łamiącym się głosem.   - Spadaj, żresz za m o j e pieniądze! – syknął, tym razem już zdenerwowany, darczyńca, który zgodnie z naukami Jezusa Chrystusa karmi głodnych. Ale nie bulwersujmy się przypadkiem, wszystko gra: wszakże powiedział apostoł Jan: „Dziateczki, nie miłujmy słowem ani językiem, lecz uczynkiem i prawdą” (1 Jana 3:17, 18). A prawda jest taka, że czyn (zupa) był (była), i ciało pokrzepił (pokrzepiła), a jak komu potrzeba werbalnej, a więc z natury rzeczy – ulotnej, strawy duchowej, do kościoła zawsze pójść może. Wstęp wolny. (Słowa wartości nie mają, co przysłowia wielu nacji potwierdzają: „Zamiast pozłacać językiem, pozłóć czynem” – mongolskie, „Słowa mają naturę wiatru” – arabskie, „Gdyby słowa były mostem, bałbym się po nim chodzić” – żydowskie.) Miło się otrzeć o działalność charytatywną i z bliska przyjrzeć się altruistycznej postawie. Pokrzepiona moralnie i fizjologicznie (z zupki fasolowej – potrawa wysokobiałkowa – udało mi się wyłowić kilka fasolek), wyszłam na ulicę w uniesieniu, że tyle dobra wokół mnie, że ludzie ludziom gotują… Bo ludzie ludziom zgotowali ten los. I gotują nadal…
Jak na ironię losu, zaraz potem spotkałam pewną starszą, uwielbianą przez pacjentów panią doktor, zwaną „ludzkim lekarzem” (w tym określeniu nie chodzi o to, że nie jest weterynarzem, tak jak psy-cholog nie jest od psów:) – piękną, mimo dojrzałego wieku, kobietę o szlachetnych rysach twarzy, czyli po prostu mamę mojego kolegi, która, odkąd jest na emeryturze, już od rana biega od kościoła do kościoła – spowiadać się i przyjmować komunię.                 - Teraz lecę do świętego Marcina – poinformowała mnie w biegu, tonem, jakim oznajmia się sprawy najwyższej rangi, a jednocześnie z dziecięcą, niewinną radością, bo tak się jej porobiło. Widać po niej było, że jest tam duchem, tylko ciało musi dołączyć – wydawała się nieobecna, cud, że mnie poznała. Jej twarz była rozpromieniona, rozanielona – rozświetlona wręcz anielskością, emanowało z niej błogie szczęście. Długo za nią patrzyłam… Znikała w tłumie jak błękitny ptak (czytaj: gołąbek barwy nieba), który frunie zagubiony pośród ludzi, aż wreszcie jej postać rozmyła się na miejskim horyzoncie, tam, gdzie wszystko stapia się w szarą masę… („Wielkie place, wielkie ulice mają na całym świecie wspólną cechę: miejsce człowieka zastępuje tłum. Trzeba wejść do małych uliczek, iść na peryferie, wejść w bramy, żeby odnaleźć człowieka” – znowu Ryszard Kapuściński i znowu „Lapidarium”.)                         I właśnie z tej szarej masy wkrótce wyłonił się oczekiwany przeze mnie czerwony autobus – stała miejska wartość: świat idzie naprzód, a autobusy wciąż pozostają czerwone, choć czasami próbują wyrwać się ze swojej czerwonej (czytaj: szarej) codzienności i być żółte. Ale żółte czarne owce należą do mniejszości.
„Do mojego wiersza zakradł się błąd. W ostatniej linijce zamiast „Odchody” ma być „Odchodzę” – tym zdaniem 23 czerwca 1935 roku poeta Stanisław Piętak (Edward Stachura otrzymał nagrodę jego imienia za „Siekierezadę”) zakończył swój list do poety Stanisława Czernika.

Ja też… odchodzę…

Odchodzę
by zanurzyć się w mroku świata
pod zamkniętymi powiekami
leżąc pod maseczką z błota
do której dolałam kilka kropli
witaminy A i E oraz witaminy C
i trochę gliceryny

tak walczę ze zmarszczkami czasu
nie chcę mieć na twarzy korytarzy
potem położę drugą maseczkę z glinki
szkoda że nie mam zielonej tylko białą
zielona podobno jest lepsza od białej

a potem jeszcze trzecią sobie nałożę
z algamatów białych albo różowych
mam jedne i drugie
algi bardzo dobrze robią na cerę
błoto z Morza Martwego i glinka też
jeszcze bardzo dobre są maseczki
ze sproszkowanego mleka koziego
ale nigdzie go nie można kupić
to nieprawda że teraz wszystko jest
mleka koziego w proszku nie ma
i dlatego nie mogę sobie zrobić
czwartej maseczki
i strasznie z tego powodu cierpię
a ostatnio to nawet zwykłego
krowiego mleka w proszku nie ma

Czy istnieje obiektywny czas kosmiczny?

A może wszystko, co się napisze (czytaj: wydali z siebie),
powinno się kończyć słowem „odchody”?
Póki to nastąpi, słów kilka o… odpadzie – pokrewieństwo bardzo niewielkie, wręcz znikome, ale jednak.