Une traduction en préparation
Duch Edwarda Stachury wszech-obecny… Różne książki czytałam – z wyboru, bądź dlatego, że wpadały mi w ręce, ale nigdy chyba żaden tytuł nie wzbudził we mnie tyle ciekawości i emocji, jak: „Bezbronni. Odpad szkolny na wsi”. Jest to dzieło naukowe Zbigniewa Kwiecińskiego, w którym – jak głosi przedmowa – przeanalizowane zostały cztery badania empiryczne. Równie jak treść, interesująca jest okładka naukowej publikacji… Przedstawia bowiem kartę z talii Tarota „Głupiec” autorstwa Jana Witolda Sulimy. Z lektury dowiedziałam się, że odpad szkolny (Słownik Języka Polskiego nie przewiduje takiego odpadu, według językologów odpad to „części surowca, resztki pozostające, odpadające przy produkowaniu czegoś, często zużywane jako surowiec do produkcji ubocznej”) na wsi jest zużywany jako pomoc w gospodarstwie domowym, przydomowym, rolnym, albo do bezczynnego siedzenia w domu. Czasami się go posyła do szkoły specjalnej, ale rzadko i niechętnie.

Człowiek człowiekowi wilkiem
Człowiek człowiekowi strykiem
Lecz ty się nie daj zgnębić
Lecz ty się nie daj spętlić

Ale tak naprawdę wcale nie interesuje mnie odpad szkolny na wsi, lecz odpad życiowy w mieście, do którego sama się zaliczam. Pędzę więc do Biblioteki Narodowej w Warszawie. Odpadu życiowego w mieście ani gdziekolwiek indziej ani śladu, choć problem dotyczy większej populacji ludzkiej, niż odpad szkolny na wsi, a ponadto miejski odpad życiowy jest jeszcze bardziej bezbronny, niż wiejski szkolny. Mimo to nie doczekał się publikacji naukowej ani żadnej innej, nawet terminu takiego nie ma. To znaczy – nie było. Do teraz. Bo już jest – właśnie go stworzyłam. Badania empiryczne na ten temat robię od dawna, także w ekstremalnych warunkach – wcieliłam się w bezdomną na warszawskim Dworcu Centralnym (w przypadku badań Z. Kwiecińskiego nazywa się to: „ukryta obserwacja uczestnicząca”), kiedy w redakcji „Super Expressu” uznano, że tylko ja mogę napisać tak zwany reportaż wcieleniowy z peronowego życia, więc chyba jestem specjalistką w tej zaniedbanej przez uczonych dziedzinie. (Wcieliłam się tak skutecznie, że w pewnym momencie uwierzyłam, że jestem bezdomna i mieszkam na dworcu.) Odpad życiowy w mieście podobnie można zilustrować „Głupcem”. Bo tylko głupcom się nie udaje, odpadają głupi – to jasne jak słońce i proste jak drut. Część tego odpadu (autystyczna) sama się zużywa i unicestwia – alkoholizm, lekomania, skrajne załamanie, samobójstwo… Pozostały (przy życiu:-) odpad życiowy zużywany jest przez zdrową część społeczeństwa w celu dowartościowania i wyładowywania negatywnych emocji. Bezbronni świetnie się do tego nadają – jak sama nazwa wskazuje – nie bronią się, dają się krzywdzić, ponieważ są słabi i nieprzystosowani do walki: ani do ataku, ani do kontrataku, a ściągając frustracje silnych, stają się pożytecznymi odpadami, niezbędnymi w „łańcuchu pokarmowym” miejskiej dżungli. Ale nie wie o tym nikt, kto sam nigdy nie był odpadem – jawnym, ewentualnie ukrytym.

Człowiek człowiekowi szpadą
Człowiek człowiekowi zdradą
Lecz ty się nie daj zgładzić
Lecz ty się nie daj zdradzić

A jest tak: Sam widok odpada tak wkurwia nie-odpada, że albo go omija z daleka (proces omijania demonstruje wyższość i jest niezbędny w procesie dowartościowania), albo dołuje jeszcze bardziej, żeby sobie przypadkiem nie pomyślał, że może jednak odpadem nie jest. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby odpad nie znał swojego miejsca i nie miał świadomości, że jest tylko odpadem – wówczas zdrowa tkanka narodu nie miałaby właściwego punktu odniesienia, a tym samym wyraźnego, konkretnego, zdeklarowanego tła, na którym widać by było, że jest zdrowa i silna. Tak więc silni potrzebują słabych i należy docenić oraz pielęgnować (pielęgnacja polega na przypominaniu odpadom, kim są, by nie zatraciły swojej tożsamości) odpad życiowy w mieście, gdyż odgrywa on bardzo ważną rolę – w pewien sposób jest surowcem do „psychologicznej” produkcji tej części społeczeństwa, którą można by – dla kontrastu – zilustrować kartą z talii Tarota „Mędrzec”. „Odpady wszystkich miast łączcie się” – to, niestety, utopia, bo odpad nie jest zdolny nawet do łączenia się. Ma jedynie zdolność dzielenia się – tylko odpad odda drugiemu odpadowi ostatni kawałek chleba (odpad zawsze, co najwyżej, ma ostatni kawałek, jeśli go w ogóle ma).

Człowiek człowiekowi pumą
Człowiek człowiekowi dżumą
Lecz się ty nie daj pumie
Lecz ty się nie daj dżumie

Należy też pamiętać, że „odpady” to jednak nie śmieci, śmieciami są „odpadki” i tym różnią się od odpadów, że są niepotrzebne, bezużyteczne, podczas gdy odpady się zużywa i to do bardzo pożytecznych celów: innych na wsi, a innych – w mieście. W nazwie niby subtelna różnica, a w znaczeniu – ogromna. Obce języki też mają „subtelności”. Jednym z najczęściej przytaczanych jest angielskie prześcieradło – sheet i gówno – shit. (Polak jeden i drugi wyraz najczęściej wymawia tak samo.) Podobnie rzecz ma się z czarownicą zwaną wiedźmą, a nawet bywa, że i jędzą – witch oraz z zaimkiem który (która, które) – which. (W ustach Polaka te słowa również brzmią podobnie.) Przykładów tego typu jest bardzo dużo, ale ciekawsze dla mnie zjawisko stanowi ten sam wyraz (tak samo wyglądający w piśmie, jak brzmiący w wymowie) oznaczający dwie skrajności, jak chociażby angielskie słowo stroke, które jednocześnie znaczy głaskanie, gładzenie, jak i - uderzenie, cios. I jak tu poznać: ukochany (ewentualnie: ukochana) chce pogłaskać, czy uderzyć, jeżeli oznajmia, że chce partnerkę lub partnera stroke, a mówi to, na przykład, przez telefon i nie widzi się jego (jej) wyrazu twarzy, a intonacja przez łącza może być zniekształcona? Moim zdaniem – trudna sprawa. Ale Anglicy jakoś sobie z tym radzą. Najciekawsze doświadczenie językowe przeżyłam studiując słownik japońsko-polski, polsko-japoński. Wydawać by się mogło, że japoński nie ma nic wspólnego z polskim. Nic bardziej błędnego. Ma! I w dodatku jest to język – z polskiego punktu widzenia, co zaraz udowodnię – bardzo logiczny. (Polski język dla mieszkańców Dalekiego Wschodu logiczny nie jest, o czym przekonał się pewien Chińczyk, który myślał, że jeśli rodzaj żeński od Polak to Polka, to kobieta dziwna będzie dziwką: dziwak – dziwka, i tak nazwał koleżankę.) Kiedy Japończyk widzi leżącą żonę i chce, żeby wstała, mówi do niej „agaru”, polski mąż natomiast, jako bardziej konkretny, mówi: „do garów”, co sugeruje jednocześnie, po co ma wstać – by skierować się do kuchni. Japończycy stosunkom i kontaktom nadali nazwę „aidagara”, charakter polskich stosunków męsko-damskich zawiera się natomiast w gwarowym „hajda do gara”. Przemęczenie pracą, czyli przepracowanie to po japońsku – „karo”. Z polskiego punktu widzenia można zrozumieć, że jest to kara za głupotę, bo czyż ktokolwiek widział przepracowanych bogaczy? Takich „związków frazeo-logicznych:-)” jest oczywiście o wiele więcej…

Człowiek człowiekowi łomem
Człowiek człowiekowi gromem
Lecz ty się nie daj zgłuszyć
Lecz ty się nie daj skruszyć

Wracając do odpadu (przypominam: nie mylić z odpadkiem, zwanym dalej śmieciem!). Zbigniew Kwieciński upatruje w zjawisku odpadu szkolnego na wsi stratę społeczną, prowadzącą w ostateczności do ubóstwa i bezradności przekazywanych następnemu pokoleniu, ja – w zjawisku odpadu życiowego w mieście upatruję natomiast zysk społeczny prowadzący do wzmacniania i ugruntowania zdrowej tkanki społecznej. Odpad życiowy odgrywa bardzo ważną rolę (społeczną) w życiu pełnowartościowej większości społecznej i trudno ją przecenić, łatwo natomiast niedocenić.

Człowiek człowiekowi wilkiem
Lecz ty się nie daj zwilczyć
Człowiek człowiekowi bliźnim
Z bliźnim się możesz zabliźnić

Jak to dobrze, że życie jest piękne, gdyby piękne nie było, „Odpad szkolny na wsi” mógłby na zawsze pozostać mi nieznany. Ale tak się nie stało – poznałam go, gdyż odwiedziłam pewną uczoną, która akurat w momencie mego niezapowiedzianego (odpad nie ma telefonu, cud, jak ma jeszcze adres) zawitania w jej domostwo wzbogacała swój dorobek naukowy o pracę na temat molestowania seksualnego dzieci: chłopców i dziewczynki przez kobiety (sprawa dotyczy dwóch procent żeńskiej populacji). To jasne, że gdy na biurku pracownika naukowego zobaczyłam książkę z Głupcem na okładce, nie mogłam wyjść sama. Początkowo myślałam, że to tomik wierszy lub opowiadań Edwarda Stachury (mam wrażenie, że 24 lipca 1979 roku – w dniu śmierci poety i pisarza, jego dusza wcieliła się w moje ciało), bowiem Głupiec z okładki (wędrowiec z workiem na kiju) do złudzenia przypomina bohatera jego utworów, przez co natychmiast zyskał moją sympatię. O północy wyszłam z Głupcem.

Confiteor
Bosi na ulicach świata
Nadzy na ulicach świata
Głodni na ulicach świata
Moja wina
Moja wina
Moja bardzo wielka wina!
Zgroza i nie widać końca zgrozy
Zbrodnia i nie widac końca zbrodni
Wojna i nie widać końca wojny
Moja wina
Moja wina
Moja bardzo wielka wina!

Zagubieni w dżungli miasta – moja wina
Obojętność objęć straszna – moja wina
Bez miłości bez czułości – moja wina
Bez sumienia i bez drżenia – moja wina
Bez pardonu wśród betonu – moja wina
Na kamieniu rośnie kamień – moja wina
Manna manna narkomanna – moja wina
Dokąd idziesz po omacku – moja wina
I nie słychać końca płaczu – moja wina
Jedni cicho upadają – moja wina
Drudzy ręce umywają – moja wina
Coraz więcej wkoło ludzi – moja wina
O człowieka coraz trudniej – moja wina
– moja wina – moja bardzo wielka wina!

Edward Stachura (tylko dlatego on, a nie ja, że urodził się wcześniej. Gdyby się w ogóle nie urodził, ja napisałabym ten wiersz i… wszystkie pozostałe… „szczere wyznania”).