Une traduction en préparation
Są dwa światy: real & wirtual, a ja kocham swój wewnętrzny świat, w którym żyję już od wielu, wielu lat. Czyli – odkąd siebie pamiętam. Wciąż ten sam, z dziecięcych marzeń, pod „naiwnym” hasłem: miłość, wolność, braterstwo. Nie mogę dorosnąć do dorosłego świata, pełnego intryg, manipulacji, zawiści, zazdrości i tego wszystkiego, co zwą normalnością… Nie potrafię dorosnąć do normalności, pozostaję więc w infantylności.
Czasami (bardzo rzadko) włączam tv (czynność ta dotyczy zarówno dzieci jak i dorosłych). – Chcę żyć realnie, a to, co piszę, jest tego efektem ubocznym – mówi w tv Jacek B. akurat w momencie, gdy zasiadam przed srebrnym ekranem z ogromną szklanką soku (te dwie krople „Sobieskiego” się nie liczą:), który piję przez rurkę zwaną niekiedy słomką (świetny patent na zachowanie szminki na ustach). Piękny, wzniosły program o Jacku B. – młodym, wrażliwym malarzu i pisarzu szybko się kończy (przypadkowe włączanie tv powoduje, że zawsze oglądam coś od połowy, albo samą końcówkę). Przełączam na swój ulubiony National Geographic wykorzystując w tym celu (obgryziony niegdyś przez psa) wynalazek, jakim jest pilot, który zamiast ułatwiać życie, komplikuje je, gdyż ciągle znika, w związku z czym służy do szukania samego siebie. Upierdliwy przedmiot. Na ekranie pojawia się małpa, która też coś pije przez rurkę. Okazuje się, że wcale nie jest tresowana, tylko sama na to wpadła. Oczywiście nie z powodu szminki na ustach, choć gdyby poza szklanką z napojem i rurką, miała do dyspozycji także pomadkę, być może naszą wspólną intencją posługiwania się rurką byłoby nie tylko wypicie napoju. Bo małpy są bardzo inteligentne. Patrzymy na siebie przez kilka minut – ja na małpę, małpa na mnie, po czym wychodzę do notariusza.
Pani notariusz wita mnie słowami: – Dzień dobry, pani redaktor (choć czuję się, jak maupa, nie prostuję). Za chwilę dochodzi mnie inne powitanie: – Dzień dobry, panie doktorze. Odwracam głowę i widzę maupę z tv: pięknego, postawnego Araba (nie jestem rasistką!) z do przodu wysuniętą szczęką – ideał urody męskiej. Naprawdę! Wpatruję się w niego jak w obraz i nie obchodzi mnie, co pan doktor sobie na mój temat myśli (może widzi maupę-albinoskę?). Do pana doktora wciąż dzwoni komórka (ja swoją taktownie wyłączyłam). Chwila ciszy i moja piękna maupa znowu sięga do kieszeni eleganckiej marynarki, po czym jego cudownie owłosiona ręka zbliża się do ucha: – Witam pana, panie profesorze – mówi do swojego przegubu, bowiem telefon tonie w jego wielkiej dłoni – tak, mamy dawcę. Ma pięćdziesiąt dwa lata (odnoszę wrażenie, że dawca jeszcze żyje), mamy zespół nerek (dlaczego zespół? – zastanawiam się – czyżby dlatego, że nerki są dwie, a jak dwie, to już zespół?), serce i wątrobę (dopiero teraz dociera do mnie, że dawca chyba jednak nie żyje). Serce na razie nam nie potrzebne, nerki mogą się przydać, natomiast wątrobę oglądałem – bardzo ładna! Mamy piękną, zdrową wątrobę, panie profesorze.
Prosto od notariusza jadę (oczywiście spóźniona, bo w biurze notarialnym się zeszło) do agencji reklamowej, gdzie pracuje Ania. Mamy wspólnie wykonać wielki, ważny projekt. Przez oszklone ściany nowoczesnej agencji widać szpital, a dokładnie jego odsłonięte tego wieczora okna z błękitną poświatą. Zimne, księżycowe, jakby nie z tej ziemi… W jednym z nich coś się dzieje: – Popatrz, gabinet zabiegowy – pokazuje Ania i przykleja się do szklanej ściany. Podchodzę bliżej do szyby i widzę, jak dwie postaci w jasnoturkusowych fartuchach zawijają w białe prześcieradło ciało młodej kobiety. Czynność tę trochę utrudniają bezwładnie opadające ręce. – Jaki zabiegowy? – mówię przerażona do Ani. – Ta kobieta nie żyje. Gdy to mówię, przez moje ciało przebiega zimny dreszcz. Za chwilę obie widzimy leżące na łóżku płócienne zawiniątko w kształcie mumii. – No tak, zawinęli z głową… czyli nie żyje – szepnęła Ania. Dziś jeszcze czeka mnie impreza u Joasi. Nie bardzo chcę iść, na wszelkie sposoby próbuję się wymigać (dopadły mnie myśli o śmierci), ale osoba towarzysząca w postaci przyjaciela-inżyniera, z którym mam imprezować, nalega. Nalega tak bardzo, że nie mogę odmówić. Podczas zabawy zastanawiam się, dawcą jakich organów będzie kobieta zawinięta w prześcieradło. Czy zdaniem lekarzy ma piękne serce, na przykład? A może umarła z miłości i serce ma pęknięte, za to całe i zdrowe nerki oraz wątrobę?
Koniec imprezy. Stąpamy po starych, wąskich, drewnianych, wysokich, skrzypiących i pachnących stęchlizną stopniach przeznaczonej do rozbiórki „zabytkowej” kamienicy. – Po takich schodach schodził Raskolnikow – rzuca towarzyszący mi przyjaciel-inżynier, który zamiast dokumentacji technicznych czyta literaturę piękną oraz współczesną też, w związku z czym często musi zmieniać pracę. (Kiedyś zlecono mu wykonanie projektu w dziedzinie telekomunikacji, ale on wolał akurat w tym czasie przeczytać „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej i projektu nie wykonał. Był niezwykle dumny ze swojej humanistycznej postawy i obnosił się z tym faktem przez rok.) Bo życie jest piękne. I być może piękne jest to, że narządy wewnętrzne mogą być towarami przechodnimi i służyć więcej niż jednej osobie. W czasach, gdy Raskolnikow zabijał lichwiarkę, transplantologia nie istniała.
Następnego dnia rano: kac i telefon z „firmy naprawczej”, do której zawiozłam komputer – dysk mi padł i wszystkie dane stracone. Będą się starać je odzyskać. Za chwilę drugi telefon: Marcie wyleciał dysk. Z kręgosłupa. Włączam tv: koleś rzuca dyskiem. Bo on jest dyskobol. Wieczorem idę z przyjacielem-inżynierem na dyskotekę. Tańcząc myślę o moim padłym dysku i „organicznym” wypadłym Marty. Jeden trzeba wymienić, drugi – nastawić. Era dysków, kurwa. Następnego dnia rano: kac i telefon od Ani z info, że w agencji reklamowej padł dysk i nie ma już naszego projektu. Gdybyśmy nie ogladały sceny w szpitalu, może nie zapomniałybyśmy skopiować go na płytkę. Ale w obliczu spraw ostatecznych wszystko wydało się nam błahe. Projekt, podobnie jak kobieta, żyje jedynie w ludzkiej pamięci. Projekt da się odtworzyć, a może nawet udoskonalić… W przypadku człowieka genetycy cały czas nad tym pracują.
Włączam tv. National Geographic. Survival. Koleś na pustyni odcina nogę swojego nieżywego przyjaciela i ją zjada. Moim zdaniem lepiej by było dla niego, gdyby wykroił i spożył wątrobę albo serce kolegi. Eskimosi te właśnie organy zjadają fokom, jako najzdrowsze. Ale foki nie mają nóg. Są za to bardzo przyjacielskie. Przyjaciel-inżynier, choć taki niby humanista, twierdzi, że trup to nie człowiek. – A co? – pytam? – Trup to trup. Zwłoki. – Trup to nieżywy człowiek. Zwłoki człowieka – upieram się przy swoim. – Czyli już nie człowiek. – Człowiek, tylko nieżywy – nie daję za wygraną. – Zwłoki są absolutnie bezosobowe – tym kategorycznym stwierdzeniem zakończył rozmowę mój humanistyczny przyjaciel i w ten oto sposób dokonało się (pozorne, gdyż w sferze werbalnej oraz wątpliwej jakości) zwycięstwo materii nad duchem. Ta arcyfilozoficzna dysputa przebiegała w terenowym samochodzie, którym przedzieraliśmy się przez centrum Warszawy. Wzniosłe rozważania brutalnie przerwało nam machanie czerwono-białym lizakiem stanowiącym przedłużenie ręki policjanta. O kurwa. A Paweł wypił piwo. Jak mu zabiorą prawo jazdy, to koniec. Umieram ze strachu. Najpierw skrupulatne sprawdzanie dokumentów. Długie i wnikliwe, bowiem Toyota rav4 ma arabskie numery, co bardzo policjantów niepokoi (Paweł dopiero co wrócił z Arabii Saudyjskiej i jeszcze nie zmienił tablic rejestracyjnych). Uważnie oglądają dokumenty, gdzieś telefonują – wydaje się, że kontrola będzie trwała w nieskończoność. Przyglądam się temu wszystkiemu przez szybę samochodu – na zewnątrz ulewa i przenikliwe zimno. Ogólnie ciemno, bo jest noc. Uff, wychodzą – ulżyło mi, ale tylko na chwilę. Jeden z policjantów sięga po alkomat. Paweł moknie na deszczu. Nie wytrzymuję napięcia i wychodzę do nich. – Proszę wrócić do samochodu, po co moknąć? – zwraca się do mnie kulturalnie policjant drogowy, a zdenerwowany Paweł, myśląc, że to do niego, jak nieprzytomny zmierza do „niuniusia” (tak nazywa swoją wymarzoną toyotę). – Paweł, to było do mnie – mówię do zdezorientowanego przyjaciela-inżyniera, a do policjanta: – Nigdzie nie pójdę, będę tu stała. – Jak pani chce – odpowiada uprzejmie przedstawiciel władzy. Paweł dmucha, a ja wpatruję się w wyświetlacz alkomatu, jakbym chciała go zaczarować i jednocześnie się modlę, żeby jakimś cudem nic nie wykazał. Dawno nie byłam tak zdenerwowana. Z odrętwienia wyrywa mnie głos policjanta: – Ma pan szczęście, nie przekroczył pan normy. Ale niewiele brakuje. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą – policjant też jakby się ucieszył. Wracam do samochodu. Co prawda emocje opadły, ale na skutek silnego przeżycia przypominam sobie, że w bagażniku mamy półtoralitrowego „Sobieskiego” (odkąd kupujemy tego największego, półlitrowy wydaje mi się podejrzanie mały:). A policjanci wciąż trzymają Pawła w swoim aucie i coś jeszcze sprawdzają. Wreszcie nie wytrzymuję. Podchodzę do nich ponownie i stanowczo oświadczam: – Kończcie wreszcie, kurwa, bo muszę się napić. Pawła zamurowało, spojrzał na mnie, jakby chciał mnie zabić, a potem sprzedać moje organy wewnętrzne. Policjanci natomiast wykazali się absolutnym zrozumieniem dla mojego stanu. – Tylko nie tutaj – rzekł ten najprzystojniejszy śmiejąc się i od razu „wypuścili” Pawła, bym mogła jak najszybciej zaspokoić swą nagłą, wynikłą ze stresującej sytuacji, potrzebę – w stosownym miejscu, czyli w domu. Bo życie jest piękne!
W domu pierwszą czynnością wcale nie było rozlanie trunku do szklanek i uzupełnienie go sokiem z rubinowych grejpfrutów. Najpierw sprawdzanie wirtualnej poczty! Dostałam – jak zwykle aż do bólu szczery – list od „ukochanego”, cytuję: „chyba prawie trochę cię kocham”, co jest wielkim wyznaniem, biorąc pod uwagę fakt, że „ukochany” jest bardzo wyjątkowym introwertykiem i charakteryzuje go godna podziwu powściągliwość w wyrażaniu uczuć – listy, które rzadko przekraczają jedno zdanie, dawkuje z rozwagą, bo to bardzo rozważny jest chłopiec. A poza tym koresponduje ze swoją byłą dziewczyną, więc dla mnie pozostaje mu już niewiele czasu. Trochę lepiej sytuacja się przedstawia, gdy narzeczony byłej dziewczyny „mojego ukochanego” wraca z rejsu, gdyż jest marynarzem. Wtedy ona zajmuje się swoim obecnym, a nie byłym i w ten sposób mój ukochany ma dla mnie więcej internetowego czasu. Bo życie jest piękne. Aktualny narzeczony śle miłosne e-maile do swojej aktualnej narzeczonej, która śle miłosne e-maile do swojego byłego (a mojego aktualnego) i w ten sposób wszyscy się kochają. (W tej ciekawej konfiguracji ja powinnam posyłać miłosne listy do swojego byłego, albo lepiej – do jej aktualnego, wtedy koło by się zamknęło, lecz tego nie czynię i w ten sposób jeden samiec dostaje listy od nas dwóch, co jest, oczywiście, niesprawiedliwe…)
Natomiast jeden z moich platonicznych wielbicieli przysłał mi list obszerny, bowiem zawierający fragment wykładu profesora Miodka, którego od wieków wielbię nad życie. Wykład – jak głosi e-mail – został wygłoszony na wydziale polonistyki Uniwersytetu Wrocławskiego (Wrocław też kocham) i dotyczy często używanego – między innymi przeze mnie – słowa „kurwa”, które kiedyś było wulgarne, a teraz to już nie wiem: „Kiedy się człowiek potknie, albo skaleczy, woła: „O kurwa!”. To lapidarne słowo wyraża jakże wiele uczuć, począwszy od zdenerwowania, rozczarowania poprzez zdziwienie, fascynacje, a na radości i satysfakcji kończąc. Przeciętny Polak w rozmowie z przyjacielem opowiada np.: „Idę sobie stary przez ulice, patrzę, a tam taka dupa, że o kuuurrwa.” Kurwa może również występować w charakterze interpunktora, czyli zwykłego przecinka, np.: „Przychodzę kurwa do niego, patrzę kurwa, a tam jego żona, no i się kurwa wkurwiłam, no nie?” Czasem kurwa zastępuje tytuł naukowy lub służbowy, gdy nie wiemy, jak się zwrócić do osoby płci żeńskiej: „chodź tu kurwo jedna”. Używamy też kurwy do charakteryzowania osób: „brzydka, kurwa, nie jest”, albo: „o kurwa, takiej kurwie na pewno nie pożyczę”, czy jako przerwy na zastanowienie: „czekaj, czy ja, kurwa, lubię poziomki?”. Wyobraźmy sobie, jak ubogi byłby słownik przeciętnego Polaka bez prostej kurwy. Idziemy ulicą, potykamy się nagle i mówimy do siebie: „Bardzo mnie irytują nierówności chodnika, które znienacka narażają mnie na upadek. Nasuwa mi to złe myśli o władzach gminy”. Wszystkie te i o wiele jeszcze bogatsze treści i emocje wyraża proste „O, kurwa!”, które wyczerpuje sprawę. Gdyby Polakom zakazać „kurwy”, niektórzy z nich przestaliby w ogóle mówić, gdyż nie umieliby inaczej wyrazić swoich uczuć. Cała Polska zaczęłaby się porozumiewać na migi i gesty. Doprowadziłoby to do nerwic, nieporozumień, niepewności i niepotrzebnych naprężeń w Narodzie Polskim. A wszystko przez jedną małą „kurwę”. Spójrzmy jednak na rodowód tego słowa: „kurwa” wywodzi się z łacińskiego słowa „curva”, czyli krzywa. Pierwotnie w języku polskim słowo to oznaczało kobietę lekkich obyczajów, czyli po prostu dziwkę. Dziś „kurwę” stosujemy również i w tym kontekście, ale mnogość innych znaczeń przykrywa całkowicie to jedno. Można z powodzeniem stwierdzić, że „kurwa” jest najczęściej używanym przez Polaków słowem. Dziwi jednak jedno – dlaczego nie jest ono używane publicznie (nie licząc filmów typu „Psy”, gdzie aktorzy prześcigają się w rzucaniu „kurwami”). Praktycznie nie słyszymy, aby politycy czy dziennikarze wplatali w swe zdania zgrabne „kurwy”. Pomyślmy, na przykład, o ile piękniej wyglądałaby prognoza pogody wygłoszona w następujący sposób: „Na zachodzie zachmurzenie będzie kurwa umiarkowane, wiatr raczej kurwa silny. Temperatura maksymalna ok. 2 stopni Celsjusza, a więc kurewsko zimno kurwa będzie. Ogólnie, to kurwa jesień idzie…”
Tydzien później… „Ukochany” wysłał pomyłkowo do mnie list napisany do swojej byłej: „Jolu, przypominam ci o obciąganiu, obiecałaś.” List zostal wyslany o 23.34, ja natomiast otrzymałam kilka godzin wcześniej: „Gosiaczku najdroższy, jesteś dla mnie najważniejsza, jesteś moim szcześciem i moją przyszlościa”.
Ha, ha, ha… I jak się w tym wszystkim połapac?
Miesiąc później… Życie jest piękne! (czytaj: pełne niespodzianek).
Przyjaciel-inżynier po dwudziestu latach znajomości podejrzewa mnie o kradzież skarpetek i maszynki do golenia. Tę nieścisłość w jego rozumowaniu usprawiedliwiam nadużywaniem przez niego alkoholu. Okazuje się, że destylaty nawet w swej najszlachetniejszej formie mogą drastycznie uszkadzać niezwykle delikatną materię, jaką jest człowieczy układ nerwowy. Najlepsze scenariusze pisze życie.
Najlepsze wiersze piszą Scrable.

Uraz wąsa
łzo niebytu
łoś śni nić
wałki nic
czarka parka
kit lubi bóg piwa szelmy
filmy gzymsy
żerdź żre dawne hole
roń łzy niebytu
idź

Jeszcze później… Idę ja sobie przez park, a tam „zielona szkoła” – a dokładnie: lekcja biologii, a jeszcze dokładniej: anatomii. Matka tłucze dziecko i wrzeszczy, aż drzewa się trzęsą: „uszy służą do słuchania!” Jakież to budujące, jak to się niektórzy rodzice dla swoich dzieci poświęcają i we właściwej scenerii niezbędną wiedzę im wpajają, stosując przy tym stare, sprawdzone metody nauczania.