Une traduction en préparation
Plecak prawie spakowany. Wyjeżdżam w góry, zwane przez miłośników Tatr pagórkami, bowiem jest to Beskid Mały (nie mylić z Beskidem Niskim, który jest zupełnie gdzie indziej). Dla mojej podupadłej kondycji fizycznej, wyrażającej się, między innymi, opuchniętymi kostkami, są to jednak Himalaje, w związku z czym nabyłam profesjonalne buty do chodzenia po górach zwane potocznie traperkami. Z dumą się im przyglądam: są takie pięknie, brązowe, matowe, i mają śliczną mosiężną blaszkę z napisem „gore-tex”… Już mam – wedle przepisu, czyli „instrukcji obsługi buta wędrówkowego” – spsikać je specjalnym preparatem impregnującym, który kosztował niewiele mniej niż same buty, gdy wpada Antek od lat uprawiający górskie wspinaczki (ksywa: AA – od Antek Alpinista). – Zostaw, najpierw test. Wyrywa mi obuwie wędrówkowe, ogląda je z powątpiewaniem (no bo ja przecież się nie znam i nie mogłam kupić nic dobrego), wytyka wady i wylicza zalety skórzanego produktu, z którego jestem tak bardzo dumna, podąża do łazienki i napełnia miskę wodą, a następnie zanurza w niej moje przepiękne trekkingi. – I tak mają leżeć przez pięć godzin – wyrokuje tonem profesjonalisty, a ja z przerażeniem patrzę, jak moje nowe buciki robią za coraz to ciemniejsze łodzie w oczku wodnym.
Przez ten czas Antoś wykłada mi zasady przetrwania w górach. Mam wrażenie, że jadę uprawiać sport ekstremalny i zaczynam odczuwać coraz silniejsze podniecenie spowodowane moją niezwykłą odwagą. Poziom adrenaliny zwiększa ponadto fakt, że będę tam mieszkać na szczycie porośniętej lasem góry w drewnianej chatce, w totalnej głuszy bez dostępu do wytworów współczesnej cywilizacji. Taki sobie wymyśliłam „dom pracy twórczej”. – Pokaż, jaki zabierasz śpiwór – rozkazuje Antoni. Posłusznie biegnę do sypialni i zdzieram z łóżka moją wysłużoną kołderkę na suwak. – To ma być śpiwór!!! Mumia, mumia ci jest potrzebna! Słyszysz? Od minus ośmiu do plus dwudziestu. – Co od minus ośmiu do plus dwudziestu? – nie mogę zrozumieć antkowej terminologii. – No, stopni. Celsjusza. Że w takim zakresie temperatur nie będzie ci w nim zimno. – Acha – przytakuję bez przekonania, bo dla mnie śpiwór to śpiwór i myślałam, że wszystkie mają podobne właściwości.
Mija prawie pięć godzin – buty przechodzą test pozytywnie, suchutkie w środku. Pada wyrok: – Nie przemakają, są w porządku. Dobre kupiłaś. Antek zbadał je dokładnie, macając ich wnętrze w pełnym skupieniu i z wyrazem powagi na twarzy. To była ważna chwila. Ważyły się losy. – Jak wyschną z zewnątrz, możesz je, tak jak chciałaś, dodatkowo zaimpregnować, bo teraz w górach strasznie leje. Pokaż, coś ty kupiła za psikadło? Z miną znawcy ogląda spray – okazuje się, że kupiłam nie tej firmy, co trzeba, ale trudno. Ten, który kupuje Antek jest droższy od samych butów. A jego buty są droższe od moich.
„Czy mozesz napisac mojej kolezance prace magisterska?” – odczytuję w komórce. Esemes od Kazia. Ten to ma pamięć – z pisania prac magisterskich żyłam sto lat temu – czyli w XIX wieku, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o kompach, a maszyna do pisania była rzadkością (ja swoją zdobyłam z wielkim trudem) i pisało się ręcznie. Odpisuję: „Nie! Własnie wyjezdzam”, naciskam „send” (komórka jest po angielsku, bo przybyła do mnie z Arabii Saudyjskiej i w miejsce polskiego jest arabski) i powracam myślami do wykładu Antka na temat skarpetek. Bo do traperek zakłada się specjalne skarpetki o właściwościach termoizolacyjnych, utrzymujące pierwotną formę nawet po wielokrotnym praniu (Antoś ukrył fakt, że i one są prawie w cenie butów), które posypuje się od wewnętrznej strony talkiem przeciwgrzybiczym, (a stopy z kolei smaruje się maścią przeciwgrzybiczą). Dopiero tak przygotowany materiał wkłada się do górskich butów, uprzednio spsikanych wewnątrz sprayem przeciwgrzybiczym.
Właśnie postanawiam pędzić do apteki po wypisane mi przez Antka na kartce preparaty antygrzybicze, gdy w mym domostwie rozbrzmiewa dźwięk domofonu. Podnoszę słuchawkę i wściekłym głosem warczę: – Czego? Każdego by to zniechęciło do dalszych prób przedostania się trzy piętra wyżej, ale nie Kazia: – To my, z tą pracą… – słyszę z drugiej strony i odpowiadam, nadal wrogo nastawiona: – Dziwnie interpretujesz moje esemesy. A taka byłam z siebie dumna, że wreszcie komuś powiedziałam n i e,  a w tym konkretnym wypadku zaakcentowałam nawet moją niedawno nabytą asertywność wykrzyknikiem. A w książkach piszą, że postawa asertywna jest skuteczna… Widać, nie dla adeptów. – Ale termin już upłynął, a Kaśka ma tylko wstęp i zakończenie – dobiega mnie głos już zza moich drzwi. Po chwili Kazio z Kaśką stali w przedpokoju. – O, widzisz, Gośka już zaczęła pisać, mówiłem Ci, że jest wspaniała – powiedział do przerażonej Kasi Kazio widząc mnie ze spisem preparatów antygrzybiczych w ręku. – Spierdalajcie – powiedziałam spokojnie, aczkolwiek dobitnie, starając się ratować moją asertywność. – Idę do apteki. Do apteki i po skarpetki numer 39-40 poszedł Kazio, a ja z Kaśką zabrałam się do omawiania jej pracy magisterskiej. Że ja też, kurwa, nic nie mogę sobie zaplanować…
Wyjazd w góry opóźnił się o miesiąc. A wszystko przez subkulturę punków, bo o niej była praca. Na kilkudziesięciu stronach A-4 wyidealizowałam pacyfistycznych kontynuatorów hippi jako idealistów anarchistów (anarchizm indywidualistyczny, czyli anarchoindywidualizm, kolektywistyczny, komunistyczny, czyli anarchokomunizm i syndykalistyczny, czyli anarchosyndykalizm, lub syndykalizm). Czytając me dzieło odnosi się wrażenie, że gdyby wszyscy ludzie byli punkami, życie byłoby rajem: są inteligentni, (za czym przemawiają chociażby zajebiste nazwy zespołów muzycznych, tytuły piosenek i fanzinów), kochają wolność i zwierzątka (wielu z nich jest wegeterianami) – naturę w ogóle i tak samo jak ja rozumieją feminizm. Przy okazji dowiedziałam się, że też jestem punkiem (mentalnie), nawet gotuję punkowo, z tym tylko, że nierozpoznawalnym na ulicy z powodu braku odpowiedniego dizajnu. Co by moje dziecko powiedziało, gdybym któregoś dnia wróciła w dredach, albo z kolczykiem w nosie, ustach, czy innym stosownym miejscu typu brew?! Optymistycznie zakładam, że wpuściłoby mnie do domu. Optymizm nie opuszcza mnie nigdy.
Punkową teorię z praktyką skonfrontowałam już wkrótce, podczas pieszej wycieczki (chwała traperkom) z położonej na szczycie góry chatki do Bielska-Białej. Zintegrowałam się wówczas na kilka dni z przemiłą grupą punkowców. Stworzyłam nawet swój własny punkowy słownik, który im się bardzo spodobał i wszedł do obiegu. Piękne to zjawisko, gdy słowa nabierają nowych znaczeń, i w ten sposób: „balkonik” to bal koników (bal-konik), „cyklamen” – koniec cyklu (cykl-amen), „dogmat” – pies o matowej sierści (dog-mat), „dylemat” – deski bez połysku (dyle-mat), „ekstradycja” – dawne obyczaje (eks-tradycja), „farmazony” – tereny, na których znajdują się farmy (farma-zony), „filmowiec” – przyrodniczy film o owcach (film-owiec), „formalina” – określenie kształtu długich i cienkich przedmiotów (forma-lina), „grobowiec” – wiec na cmentarzu (grobo-wiec), „kiełbasa” – ząb (trójka) u śpiewaków basowych (kieł-basa), „kinetyka” – zasady i normy zachowania w kinach (kin-etyka), „kotara” – kotopapuga, sukces genetycznych eksperymentów (kot-ara), „kotlina” – lina, po której wspina się kot (kot-lina), „kreton” – samiec kreta (kret-on), „kwiatostan” – synonim błogostanu, czyli bardzo dobre samopoczucie (kwiato-stan), „landara” – papuga lądowa (land-ara), „latarniowiec” – wiec protestacyjny, którego uczestnicy zbierają się pod latarniami, które następnie rozbijają (latarnio-wiec), „marskość” – dowód na istnienie Marsjan – kość znaleziona na Marsie (mars-kość), „masturbacja” – problem społeczny (mas-turbacja), „muchołapka” – odnóże muchy (mucho-łapka), „muchomor, muchomór” – zaraza wśród much (mucho-mor, mucho-mór), „paragraf” – graf w stanie lotnym (para-graf), „patron” – odstąpienie od władzy (pa-tron). Literatura, z której korzystałam pisząc pracę, przemilcza fakt, że idealiści anarchiści ćpają (czytaj: popadają w kwiatostan, bo to, że piją, to pryszcz, wszyscy pijemy) i lubią życie na sępa. A zamiast o wzniosłych ideałach rozmawiają o swoich największych wrogach – łysych. Trochę mnie to rozczarowało, czego nie dałam po sobie poznać (zapomniałam o asertywności) i nawet pozwoliłam się nieźle osępić. Ale i tak uważam, że punki mają więcej zalet niż wad. W sumie było to ciekawe doświadczenie, choć nie pozbawione elementów grozy.
Sępią również Cyganie, ale – mówiąc delikatnie – z o wiele mniejszym wdziękiem, jeśli w ogóle o jakimkolwiek wdzięku może być mowa. I chyba mniej się znają na psychologii niż punki, bo nie zawsze udawało im się mnie podejść, mimo usilnych prób – zbyt natarczywych, co mnie tylko zakurwiało na maxa, a który to stan zakurwienia osiągam – na ogół – z opóźnieniem i przesunięciem miejsca wydarzenia (spóźniony refleks). Tak więc na tle wzniosłej mistyfikacji szczerego punka, akcje podejmowane przez przedstawicieli Romów są wybitnie wkurwiające, co ilustruje następująca story: siedzę na ławce i spożywam dietetyczny obiad w postaci pięciu śliwek. Podczas kulturalnego z mojej strony wypluwania ostatniej pestki do foliowego woreczka, który następnie umieszczam w koszu na śmieci, a nie, powszechnie panującym zwyczajem, na glebie, podchodzi do mnie Rumun i prosi o pięćdziesiąt groszy. Gdy sięgam do plecaka motyw pięćdziesięciu groszy krasomówczo zostaje rozwinięty w dramatyczny wątek głodu, chociaż zupki, a i do zupki coś by się przydało… Najedzona śliwkami nie mogę zignorować głodującej istoty ludzkiej, toteż wyciągam pomocną dłoń, na której leży pięć złotych, co przy stanie mojej kasy jest istotnym poświęceniem. I kiedy – już z czystym sumieniem – zamierzam się oddalić, jak spod ziemi wyrasta przede mną Cyganka. – O, dobra kobieto, dałaś mojemu głodnemu synowi pięć złotych, niech Bóg ci to wynagrodzi, to może i mnie coś dasz. Daję, ale za mało. Cyganka z godnością odmawia, ale nie daje za wygraną. Mam tylko jeszcze dziesięć zeta w papierku, które musi mi starczyć na dłużej, niż ktokolwiek byłby w stanie za to przeżyć (za to mam traperki). Kobieta wyczaja mojego banknota i proponuje transakcję: – To ja mam taki pomysł: ja pani dam te pięć złotych, które pani dała synowi, a pani da mi te dziesięć, które ma. Mimo zaburzenia genetycznego polegającego na jakimś poważnym chyba jednak błędzie w miejscu łańcucha DNA kodującym instynkt samozachowawczy, udało mi się zatrzymać papierowy warunek mego przetrwania w ekstremalnych okolicznościach. Na ostatnich nogach docieram do Żywca. Na chwilę przysiadam w miejscu publicznym i… o, zgrozo! Widzę podążającą w moim kierunku Cygankę. Staje przede mną, ale zanim cokolwiek zdąża powiedzieć, wydzieram się: Nieee! Jest to wrzask nie tyle agresywny, co rozpaczliwy, udźwiękowiający moją bezradność: nie mam, kurwa, nie mam, za dużo was jest, nie dam rady wszystkim pomóc. Więc odpierdolcie się ode mnie, bo zajebię. Rumunka zmywa się potulnie – moja asertywność wreszcie jest skuteczna. Tym bardziej, że nawet mi nie złorzeczyła, i nie rzuciła na mnie klątwy, tak jak jej poprzedniczka, którą potraktowałam taktownie i kulturalnie. No tak, potęga brutalności. I znowu życie uczy, że kulturom i godnościom osobistom daleko się nie zajedzie. Blisko zresztą też nie. Mój jednozgłoskowy ryk przywołał natomiast miejscowe kobiety, które szczerze mi gratulowały odpowiedniej do sytuacji postawy. – Z nimi tak właśnie trzeba – powtarzały jedna przez drugą.
Naładowana pozytywną energią idę zdobywać szczyty, z których najwyższy ma 997 m. npm. Na razie pokonałam kilka niższych i samą siebie – moją wrodzoną nieumiejętność odmawiania. W końcu dobijam do bazy – czyli do „mojej” pięknie położonej chatki. To magiczne miejsce w tygodniu przyciąga niewielu turystów, natomiast na weekendy zjeżdżają się tu terenowymi samochodami (tylko napęd na cztery koła umożliwia wjechanie na górę) liczne grupy ludzi ze Śląska. Przywożą ze sobą hektolitry alkoholu oraz tony kiełbasy, chleba, keczupu i musztardy, i przez trzy dni biesiadują przy ognisku, od którego odchodzą tylko po to, by z rolką papieru toaletowego zejść dwadzieścia metrów niżej do „banku” (na uroczym wychodku wisi tabliczka: Bank Śląski III Oddział w Zakocierzu). Wódka, piwo, kiełbacha zagryzana chlebem, sikanie, sranie, czasami rzyganie – i tak w kółko. Cudowny z powodu niezwykłych okoliczności przyrody zakątek świata zamienia się wówczas w fabrykę ekskrementów, do których przyjeżdżający co jakiś czas właściciel chatki wlewa stosowne bakterie, zapobiegając katastrofie mikrobiologicznej. Właśnie trwa jedna z takich biesiad. – Współczesny człowiek jest przejedzony – dobiega z Radia Maryja (wg punków: Radio Ma Ryja), ale ktoś szybko zmienia stację, na którą trafił przypadkiem, szukając muzyki. Jakby dla ilustracji tych słów, w tym samym momencie aż pięć osób gna do „banku” dzierżąc w dłoniach swe nieodłączne rolki najtańszego, szarego papieru. Rolki są coraz cieńsze, ale to nic, biesiadni goście mają spore ich zapasy. Spokojnie możnaby nakręcić „Wielkie żarcie 2″ – tym razem w plenerze. Tutaj sępią tylko dwa wspaniałe półdzikie koty, ale ponieważ zbyt rzadko coś dostają, z radością patrzę, jak co jakiś czas któremuś z nich udaje się ukraść kawał kiełbasy. Wtedy kot z prędkością światła (ok. 299 793 km/s) pędzi do lasu, by tam w spokoju spożyć swą zdobycz (doświadczone koty wiedzą, że łup może im zostać przez dwunoga brutalnie wydarty). Cudowny widok! W poniedziałek rano biesiadników już nie ma – idea zbiorowej konsumpcji i masowego wydalania (czytaj: zbiorowego żywienia i masowego rażenia) ożywa dopiero w piątek po południu, by znowu trwać do niedzieli wieczorem. Jeśli pada deszcz, ucztowanie odbywa się w ogromnej sali kominkowej – w towarzystwie stojącego tam pianina, co bardzo budujące. Nic nie jest w stanie zakłócić naturalnego biegu rzeczy. Nieopodal chatki stoją wielkie drewniane dyby dla turystów nieprzestrzegających surowego w teorii regulaminu schroniska (chatka jest studenckim schroniskiem turystycznym). Jednym z punktów tego regulaminu jest „zakaz picia alkoholu na terenie schroniska”. Feudalny przeżytek nie jest jednak dla nikogo postrachem – być może dlatego, że wisi na nim tabliczka z napisem: „Salon fryzjerski LOREN przeniesiony zatorami – blisko”. Widać – usługi łagodzą obyczaje – i nikt instalacji przestrzennej nie kojarzy z narzędziem kary. Chatkowy, czyli osoba opiekująca się chatką, jest patologicznym wręcz przeciwnikiem picia alkoholu. Powiesił nawet na ścianie swoje życiowe motto: „Alkohol jest gównem. Ja tego nie piję”. Nie ma jednak odwagi egzekwować przestrzegania regulaminu od silnych grup męsko-damskich. Co innego, gdy chodzi o samotną kobietę, której wyrywa puszkę piwa i wylewa jej zawartość na glebę. Wreszcie może zademonstrować swoją postawę – kobieta bez mężczyzny, to żaden przeciwnik. Na domiar złego, jest z Warszawy. Nikt nie staje w jej obronie – Ślązacy nienawidzą przybyszów ze stolicy (wg punków: sto licy), planują nawet uruchomić piece w Oświęcimiu, by dokonać w nich zagłady warszawiaków. Ze względów ekonomicznych palić ich będą na żywca (ale nie w Żywcu), unikając kosztów zużycia trującego gazu. Oświęcim przeżyją żaroodporni i w ten sposób dokona się selekcja naturalna. Cel uświęca środki (czytaj: makiawelizm wiecznie żywy).
W ogóle z ludźmi południa nie ma żartów. Zwłaszcza, kiedy dostaną poalkoholowego świra. Przekonał się o tym wiele lat temu mój znajomy, który charakteryzuje się wielkim sercem i oddaniem bliźnim. Rzecz działa się w Tatrach, a dokładnie – w Kirach. Rysio koniecznie chciał uczestniczyć w góralskim weselu. Choć wszyscy mu odradzali – z wiadomych przyczyn, był pewien, że jego bezgraniczna jowialność i szczerość w stosunkach interpersonalnych zwycięży jak zwykle. Ponieważ jest człowiekiem zamożnym, zakupił stosowną ilość najlepszego alkoholu, nie byle jakie prezenty dla państwa młodych i – ku przerażeniu zarówno góralskiej rodziny, u której mieszkał z żoną i dziećmi, a także swojej własnej – udał się na wesele. Tylko ja jedna nie przewidywałam nic złego – Rysio zawsze ze wszystkimi brata się skutecznie. Jego totalnie dobroduszne usposobienie wszędzie zjednuje mu przyjaciół, zwłaszcza, że kryje się za nim poważna kasa, którą potrafi się dzielić. Następnego dnia po weselu – oczywiście profilaktycznie – poszłam sprawdzić, czy żyje. Weszłam do jego pokoju, porozmawialiśmy, zobaczyłam, że wszystko w porządku i wyszłam. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że Rysio przez cały czas rozmowy stał do mnie tyłem. – Dlaczego? – spytałam jego żonę. – Bo ma całą twarz rozkwaszoną. Folkloru mu się zachciało, to ma – wyjaśniła mi Grażynka, która najbardziej ze wszystkich odradzała mężowi kosztownego uczestnictwa w weselu.
Z gór przemieszczam się nad Bałtyk. Z południa na północ. Ponieważ nie znoszę upałów, koniec lata i początek jesieni to moja ulubiona pora roku. Średnia wieku polskich i niemieckich kuracjuszy przechadzających się brzegiem morza w sennym o tej porze kurorcie położonym na czterdziestu czterech wyspach wynosi siedemdziesiąt lat (moje pojawienie niewiele obniża tę średnią). Najpierw samotne wędrowanie górskimi szlakami, teraz terapia jodowa w oazie spokoju – czyż można sobie wyobrazić piękniejsze wakacje? W Świnoujściu nie zaobserwowałam punków, ani mniejszości narodowej w postaci Cyganów. Tutaj sępią schorowane staruszki i mężczyźni zwani powszechnie menelami. Oczywiście obie te „subkultury” darzę sympatią, a nawet empatią. Pokrzywdzeni przez los… Nie odmawiam więc starej kobiecie z pieskiem pieniędzy na zakup leków. Z wdzięczności obiecuje przez tydzień modlić się za mnie do Matki Boskiej. Staczam walkę wewnętrzną, by nie zaingerować w te szlachetne intencje i nie poprosić o bezpośrednią modlitwę do Boga przez Jezusa Chrystusa, co ujawniłoby moje protestanckie orientacje i czysto biblijne podejście do sprawy. Innym razem kupuję hot doga przedstawicielowi tak zwanego marginesu społecznego. Ten z kolei nie ma zamiaru się modlić, uznaje jednak za stosowne:
1.) porównać mnie do… „niegrzecznej dziewczynki” :-), czyli… Pippi Langstrump z książki Astrid Lindgren, tej od „Dzieci z Bullerbyn” (czyżby oczami duszy widział moją odwieczną walkę z zakłamaniem dorosłych?)
2.) a następnie się tłumaczyć: – Wiesz, ja cię bardzo przepraszam, po prostu nie wyszło mi w życiu… – Spoko, wyluzuj, bejbi. A komu wyszło? – filozoficznie pocieszam naprawdę sympatycznego kolesia i znowu staczam wewnętrzną walkę, żeby się z nim nie zaprzyjaźnić. Podobnej walki nie stoczyłam natomiast w przecudownej Lanckoronie, gdzie zawędrowałam z chatki (niebywałe piękno tego miejsca zatrzymało mnie na tydzień), w związku z czym już pierwszego dnia moimi kumplami byli: Bolo, Kazek, Sławek i Kuba. Ale to zupełnie inna historia. Podpisano: Pippi, która sprawia, że w jej obecności szare, zwyczajne życie zamienia się w pasjonującą przygodę.

Przy-jaźń, czyli jaźń przy jaźni
Wyjdź po mnie:

jestem, byś granic ciała nie znaczył –
nie ma granic ciała…

Mów do mnie:
nie waż słów na szali lęku czasu –
słowa ważą same…

Dotknij mnie:
wnikaj we mnie pragnieniem rozkoszy –
spłynę twoim ziarnem…
 
Zasiej mnie:
stworzysz świat, którego będziesz panem –
będziesz władcą świata…
 
Poczuj mnie:
zanurz się w morzu wzburzonym swą mocą –
i uspokój fale…

Przyjmij mnie:
jestem ciebie pragnieniem i jaźnią,
żarem nieugaszonym – przyjaźnią.

Jestem twoim spełnieniem i jaźnią,
wiarą bezwarunkową – przyjaźnią.