Une traduction en préparation
Świat był już mały, zanim stał się globalną wioską.
Maj, 1975 rok. Warszawa.
Urywam się z koleżankami ze szkoły i jedziemy na Starówkę. Idziemy do Gwiazdeczki. Przysiada się do mnie koleś o wymarzonej aparycji: długie blond włosy, broda. Image hippi. Olewam koleżanki (zew natury) i wychodzimy razem. Romantyczny spacer w Łazienkach i… jestem zakochana. Dominik jest muzykiem. Gra w topowym zespole, choć nigdy przedtem o nim nie słyszałam (mam innego idola). Przychodzę na wszystkie próby, prawie w ogóle się nie rozstajemy. Pewnego dnia proponuję odwiedzić Marcina, malarza, który specjalizuje się w malowaniu szpachelką. Nie mówię, gdzie idziemy. To ma być niespodzianka. Marcin jest zajebisty, fajnie, żeby się poznali. Przed kamienicą na Piwnej Dominik blednie. Okazuje się, że Marcin, którego uwielbiam, jest jego największym wrogiem – miesiąc temu pobili się na Rynku Starego Miasta i zgarnęła ich policja.
Czerwiec, 1975 rok. Kazimierz Dolny nad Wisłą.
Pojawiam się u Marcina w jego kazimierskiej pracowni. Na krześle siedzi dziwnie poskręcana naga dziewczyna. Marcin – architekt z wykształcenia – odtwarza na płótnie skomplikowaną formę kobiecego ciała przypominającą – w jego malarskiej interpretacji – motyw architektoniczny. Żeby się czymś zająć, myję pędzle. Po pracy idziemy na piwo. Dowiaduję się, że pozująca Marcinowi Łucja, studentka pierwszego roku Szkoły Aktorskiej, jest żoną Dominika. Wracamy do pracowni. Po drodze spotykamy moją koleżankę z Warszawy. Idąca obok niej dziewczyna serdecznie wita się z Łucją. To jedna z sześciu sióstr Dominika, aktorka grająca na prowincji, (czyli nie w stolicy). Wszyscy razem lądujemy w pracowni Marcina. Nie zdradzam się, że znam męża i brata moich nowych znajomych.
Wrzesień, 1976 rok. Warszawa.
Głęboko przeżywam śmierć Mojego Ulubionego Poety. Jestem w żałobie. Przez dwa tygodnie nie wychodzę z domu. Zasłaniam okna, na ścianach rozwieszam nekrologi, zapalam świece i pogrążam się w mrokach niezbadanej duszy poety po to właśnie, by ją zbadać. Piszę eseje na temat całokształtu jego twórczości: poezji, opowiadań, powieści oraz dramatów, zwanych utworami scenicznymi i zastanawiam się, czy Mój Ulubiony Poeta tak samo przeżywał śmierć Gielniaka, gdy pisał „Zioła żałobne”. Jeszcze raz czytam wszystko, co stworzył. Genialny! Będzie żył wiecznie. Tak jak Gielniak zostanie w listku, w zapachu, w łopianie… Jestem nieświadoma, że kiedyś (patrz: Maj, 2003 rok. Warszawa) przyjdzie mi żyć w czasach, w których nikt nie będzie czytał Mojego Ulubionego Poety. I w ogóle Wielkiej Literatury. Czyli tzw. klasyki światowej. Na przykład Lwa Tołstoja. Na przykład utworów dramatycznych Lwa Tołstoja. Na przykład „Ciemnej potęgi, czyli Pazurek uwiązł – już po całym ptaszku”, „Płodów edukacji”, czy „Żywego trupa”. Cóż za żywy język, genialne dialogi, i takie głębokie, o życiu – wszystkich jego aspektach, i jednocześnie komiczne. A jakie przerywniki stosują postaci, nie jakieś banalne qrwa ciągle, tylko wymyślne: pieróg z grochem jej w gębę, urwana ich nać. Ma się wrażenie, że Tołstoj żyje tu i teraz, i pisze zajebistego bloga. No i ci jego bohaterowie: „wyczesani”, „wyjebani w kosmos”, „zakręceni na maxa”. Chociażby taki Wasyli Leonidycz, współzałożyciel Towarzystwa Zachęty do Hodowli Długowłosych Chartów Staroruskiej Rasy, albo Petriszczew, członek Towarzystwa Organizacji Balików Perkalikowych i Drelichowych. Jest jak Szekspir – wciąż aktualny, mimo innych realiów. Dlaczego nikt o tym nie wie? Dlaczego nikt nie czyta „Płodów edukacji” (komedia w czterech aktach) jednego z Największych Pisarzy Świata?! Dlaczego żaden teatr w Polsce sztuki tej nie wystawia? (Ostatni raz rozmawiałam na ten temat z moim ulubionym kaktusem, aztekium ritteri, jednym z mądrzejszych gatunków.)
Grudzień, 1976 rok. Warszawa.
Cieszę się, bo Saul Bellow, którego „Herzoga” lubię czytać, otrzymuje Nagrodę Nobla. Fajnie.
Lipiec, 1977 rok. Szczecin.
Przyjeżdżam specjalnie na koncert mojego idola. Jestem tak zdeterminowana, że – zaraz po występie – udaje mi się przebić przez szpaler ochroniarzy i dopadam Mojego Ukochanego Muzyka, który nie może uwierzyć, że potrafiłam się do niego dostać. W ciągu kilku minut wyznaję mu uwielbienie i wykładam swoje życiowe credo (zgodne z tekstami jego piosenek), zjednując sympatię całego zespołu, z którym przez kilka miesięcy włóczę się po kraju. Potem wszyscy razem wracamy do Warszawy. Dostępuję łaski zajmowania się korespondencją adresowaną do Mojego Ukochanego Muzyka. Spośród tysięcy listów jeden przykuwa moją szczególną uwagę – od mojej imienniczki. Daję go mojemu idolowi mówiąc: to powinna być twoja żona.
Grudzień, 1978 rok. Warszawa.
Cieszę się, że Isaac Bashevis Singer dostaje Nagrodę Nobla. Lubię „Sztukmistrza z Lublina”.
Grudzień, 1980 rok. Warszawa.
Choć Czesław Miłosz nie jest moim ulubionym poetą, raduje mnie fakt, że w tych dziwnych czasach dostaje Nagrodę Nobla. Pytam się taksówkarza, czy wie, kto to jest Miłosz. Nie wie. Moja ulubiona kosmetyczka z salonu „Izis” też nie wie. I pani dermatolog nie wie… A jest rok 1980 i zjawisko wtórnego analfabetyzmu ma dopiero nastąpić.
Czerwiec, 1981 rok. Kazimierz Dolny nad Wisłą.
Znowu jestem w najwspanialszym zakątku świata – jedynym w swoim rodzaju. Tylko tutaj i nigdzie indziej na świecie rośnie taka jedna roślina, której nazwy nie pamiętam. Tyle z flory. Co do fauny – pojawiają się tu dziwni ludzie, bo to magiczne miasteczko na tym właśnie polega. Nie chodzi o turystów, tylko o tych, którzy się tu pojawiają poza turystycznie. Niekoniecznie muszą to być artyści, choć na ogół są, ale zawsze muszą być niezwykle osobliwi. Bo to miasto jest takie jak ja – przyciąga tylko oryginały. No i pojawia się Krystyna. Jednostka wybitnie nietypowa jak na Kazimierz, który jednak jest tolerancyjny. Tradycyjnie wyławia mnie spośród innych i opowiada swoje życie. Ma: 1) pięcioro małych dzieci – aby to udowodnić, pokazuje najbardziej obwisły brzuch, jaki można sobie wyobrazić (a jest młoda) z niewiarygodnie ogromnymi rozstępami (co rok prorok, jak mawiają górale), 2) męża psychola – wprowadza mnie w liczne story o tym, co jej robił. Mieszkają w Warszawie, w pracowni na poddaszu z wielkim piecem – są ceramikami. Musiała uciec, to dla niej jedyny ratunek. W dniu mojego wyjazdu daje mi swoje zdjęcie z dedykacją.
Październik, 1981 rok. Warszawa.
Stoję w Cechu Rzemiosł Różnych po kartki żywnościowe (potem w Domu Plastyka wymieniam je na farby Talensa). Kolejka sięga Barbakanu. Wygląda to tak, jakby wszyscy czekali do toalety – ludzie przestępują z nogi na nogę. Co chwila ktoś do nas podchodzi i pyta: Co sprzedają? (W pewnym momencie wpadam na genialny pomysł, by odpowiadać, zresztą zgodnie z prawdą, że  r o z d a j ą  i kolejka nagle wydłuża się trzykrotnie.) Po godzinie stojący gdzieś o wiele dalej za mną, niemłody już koleś opowiada mi swoją story. – Długo się wszystkim przyglądałem, zanim do ciebie podszedłem… – zagaja (z mojej strony zero zdziwienia), by za chwilę obnażyć swe krwawiące rany wymagające opatrunku, którym mam być ja (klasyka). Jest bardzo nieszczęśliwy. Zajmuje się ceramiką. Żona go zostawiła z pięciorgiem dzieci. Nie wie, gdzie ona jest – szuka Krysi od wielu miesięcy. Nabieram pewności, że to jej zdjęcie mam w torebce. Pokazuję – tak, to ona. Koleś dostaje świra, którego prawdopodobnie ma od dawna. Nie może uwierzyć…
Wrzesień, 1982 rok. Kazimierz Dolny nad Wisłą.
Na warsztatach artystycznych poznaję Izę – piękną, wysoką, wysmukłą dziewczynę z długimi i grubymi kasztanowymi warkoczami. Zawsze tak chciałam wyglądać… Zaprzyjaźniamy się. Iza jest smutna – cierpi, gdyż opuścił ją ukochany, z którym miała wyjechać do Paryża. Dopiero po kilku tygodniach naszej znajomości, kiedy nabiera do mnie pełnego zaufania, zdradza mi jego nazwisko – słynnego wówczas, nie pierwszej młodości, warszawskiego playboya, znanego w ”pewnych kręgach”. Okazuje się, że znam kolesia – z opowiadań znajomych. Wyjątkowo barwna postać.
Grudzień, 1982 rok. Warszawa.
Nagrodę Nobla dostaje Garcia Marquez, a ja nie lubię literatury iberoamerykańskiej. Wszyscy czytają „Sto lat samotności”, a ja nie.
Lipiec, 1983 rok. Warszawa.
Spotykam znajomego grafika, wybitnego plakacistę, którego prace najlepiej się sprzedają, choć są najdroższe. Idziemy na drinka. Widzę, że coś go mocno trapi. Tomek jest introwertykiem – długo trwa, zanim, po setnym chyba, drinku wyjawia mi powód swego cierpienia. Opuściła go dziewczyna, która z ”takim jednym” wyjechała do Paryża, gdzie mieli pojechać razem. Opowiada o kolesiu, który ją zakręcił, i choć nie mówi, jak on się nazywa, nie mam najmniejszych wątpliwości, że chodzi o warszawskiego playboya prosto ze story Izy (zauważam, że jego nazwisko stanowi jakby tabu). No i nie mylę się – to jest właśnie on. Tomek się martwi, że na pewno złamie jego ukochanej serce. Taktownie potwierdzam jego słuszne obawy i opowiadam story z Izą. Tomek na maxa się zalewa (wyjaśnienie dla naiwnych kobiet: nie łzami, lecz alkoholem). Nie żałuję go specjalnie, gdyż wiem, że sam zawodowo wykańcza swoje kobiety. Wkrótce wykorzystuję tę jego subtelną właściwość poznając go ze swoją znajomą, która zrobiła mi straszne świństwo. Wiedziałam, że mu się spodoba – była dokładnie w jego stylu. Nie miałam też wątpliwości co do tego, że obiekt mojej słodkiej zemsty zakocha się w Tomku od pierwszego wejrzenia, gdyż przystojniak był z niego nieludzki i umiał zakręcać jak nikt na świecie. (Zresztą już nie raz sprawdziłam się jako swatka. Mam na tym polu duże sukcesy.) Wszystko potoczyło się zgodnie z moim nikczemnym scenariuszem. Po dwóch latach z Justyny został wrak człowieka: wyglądała fatalnie, mówiła od rzeczy i paliła jednego papierosa za drugim. Zbrodnia doskonała.
Grudzień, 1983 rok. Warszawa.
Literackiego Nobla dostaje niejaki William Golding, koleś od „Władcy much”. Wcale mnie to nie cieszy.
Październik, 1984 rok. Warszawa.
Wpadam do znajomych na telewizję (bojkotuję TV, więc nie mam telewizora w domu), bo ma być dobry program muzyczny. I co widzę? Mój Ukochany Muzyk ożeniony z Małgosią z listu! Siedzi sobie jakby nigdy nic obok niej, w fotelu i opowiada, jak to niegdyś przeczytał wspaniały list od przyszłej żony, a ja się zżymam, że nie wspomina wiernej fanki, która ten list szczęśliwie wybrała spośród tysięcy innych. Minęły lata, a ja wciąż jestem w TV pomijana, może tak właśnie odpłaca mi się za bojkot. Długo wytykałam Mariuszowi, że nie podał źródła ani autora mojego wywiadu z Krzysztofem Pendereckim, którym posłużył się w rozmowie z kompozytorem w „Na każdy temat”. Podobnie rzecz się miała z innym programem, którego bohaterem był Zygmunt Broniarek. Wykorzystano prawie cały mój wywiad z dziennikarzem, nie mówiąc, kto go napisał i dla jakiej gazety. A były to już czasy, kiedy termin „prawo autorskie” był już znany.
Grudzień, 1985 rok. Paryż.
Jestem z moją przyjaciółką Grażyną w Paryżu. Dostaję od Izy zaproszenie na ślub. Grażyna, która Izy nie zna, dostaje dokładnie takie samo – od swojego brata. Życie jest piękne.
Sierpień, 1986 rok. Paryż.
Idę z moimi francuskimi przyjaciółmi Polami Elizejskimi (najdroższa ulica w Paryżu po Alei Foch). Nagle wpada na mnie mężczyzna zaaferowany rozmową z towarzyszącą mu młodą kobietą. Nie zatrzymując się rzuca „excusez-moi”, co oznacza „przepraszam”. Idziemy dalej, ale moi znajomi jakoś dziwnie na mnie patrzą. Tak jakby czegoś ode mnie oczekiwali. – Megi, dlaczego nic nie mówisz? – No przecież rozmawiamy. – Ale dlaczego  o  t y m  nic nie mówisz? – O czym? – No ten mężczyzna, który cię potrącił… – No i co z tego? – Przecież to był ten wasz reżyser, Roman Polański! Nie poznałaś?! – Nie widziałam go nigdy przedtem. Skąd miałam wiedzieć, że to on? – Z telewizji, czasopism… Nie publikują u was kolorowych czasopism? No tak, wtedy jeszcze nie publikowali. Kupowałam je w ogromnych ilościach we Francji i robiłam tłumaczenia dla czarno-białych polskich gazet, gdzie nie zdjęcia były najważniejsze, lecz słowo pisane. Ale to już historia… Moi francuscy przyjaciele od razu rozpoznali w idącej z Polańskim kobiecie swoją aktorkę.
Grudzień, 1987 rok. Warszawa.
Nobla w dziedzinie literatury dostaje Iosif Brodski. To dobrze.
Maj, 1990 rok. Warszawa.
Siedzę z Agnieszką Osiecką na ukwieconym tarasie jej domu na Saskiej Kępie i przeprowadzam z nią wywiad dla „Super Ekspressu” (SE nr 132, str. 5 – „Jeszcze żaden mężczyzna nie oszalał na moim punkcie…”). Agnieszka opowiada o warszawskim playboyu, który unieszczęśliwiał dużo młodsze od siebie, atrakcyjne i interesujące kobiety: – Po kilku latach znowu spotkałam, na zakopiańskim, górskim stoku, tego okrutnego donżuana z małym dzieckiem. Zobaczyłam prawdziwie zakochanego mężczyznę, który uczył swoją pociechę jazdy na nartach. W jakiś czas później obok niego pojawiła się kobieta. Wtedy zrozumiałam, że jest to kobieta jego życia, ta jedyna, którą zdecydował się wreszcie poślubić, czego odmawiał wszystkim poprzednim. Pamiętam, że zanim zobaczyłam tę istotę, najpierw usłyszałam jej pohukiwania i pomyślałam sobie: A któż tak krzyczy na idola moich koleżanek? Wtedy ujrzałam brzydkiego, tlenionego kobietona z odrostami, o głosie chorej papugi. Trzymała go absolutnie pod pantoflem. Mówiła do niego na przykład: „głupi jesteś”, albo – „dlaczego nie zawiązałeś małemu czapeczki”, „ile razy mam ci powtarzać, żebyś dał mu herbatki”, „co tak się tępo patrzysz”, a pożeracz kobiecych serc jak w cudowny obraz był wpatrzony w kobietę swojego życia, z której ust, niczym nektar, spijał ciepłe, pełne miłości słowa. Warszawski playboy został usidlony. I odtąd wszelki słuch o nim zaginął.
Luty, 1992 rok. Gdańsk.
Jedna z aktorek wybrzeża, dowiedziawszy się od swojej koleżanki, również aktorki, którą właśnie odwiedziłam, że przyjechała Małgorzata Malicka, koniecznie chce mnie poznać. Tak samo bowiem nazywa się córka wielkiej przedwojennej gwiazdy – Marii Malickiej. Spędzamy przemiły wieczór, pani Bogusia opowiada mi „o Marysi”, którą dobrze zna, gdyż grała z nią po wojnie na scenie w Szczecinie.
Kwiecień, 1992 rok. Kraków.
Przyjeżdżam do Piwnicy Pod Baranami, gdzie mam zrobić duży materiał o występujących tu artystach. Z dyktafonem marki Sony i aparatem fotograficznym marki Olympus spędzam w Piwnicy, prawie bez snu, kilka dni i nocy. W przeddzień wyjazdu jeden z aktorów zaprasza mnie na pożegnalne przyjęcie, na którym ma być krakowska bohemo-elita. Przybywam na nie przed czasem, by, tak jak to zostało ustalone, witać pojawiających się gości – każdego oddzielnie, przedstawiając się imieniem i nazwiskiem (dobry przedwojenny obyczaj, który zachował się jeszcze w kulturalnej stolicy Polski). W pewnym momencie z drugiej strony słyszę to samo imię i nazwisko. Wypowiadamy je niemalże jednocześnie. I tak oto poznaję córkę wielkiej aktorki. Tego roku, pani Maria, w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat, odeszła…
Lipiec, 1993 rok. Warszawa.
Po kilku latach przerwy wybieram się wreszcie do mojego przyjaciela rzeźbiarza (wiele się przez ten czas wydarzyło w naszym życiu). Wiesław ma mi przedstawić żonę i dziecko. Trudno uwierzyć, że założył rodzinę, bo się do tego w ogóle nie nadaje (oczywiście żaden samiec się nie nadaje, ale on w szczególności). Kupuję zabawkę dla potomka mojego przyjaciela i, umierając z ciekawości, podążam do Wiesia. I co się okazuje? Kupiłam zabawkę wnuczce Mojego Ulubionego Poety! A ponieważ jest to pluszowy piesek, przemawiam do dziecka hebefreniczną strofą jego dziadka-turpisty:                      
Planko, kanko, pili-planko,                      
Tiuli, tiuli-tali tan.                      
W garściach noże kiełkiem wschodzą,                      
Wargi psom się marszczą w trąbki.

Małe do wieczora szuka trąbki. A my się cieszymy, że nie noży. W końcu znajduje gumowego słonika – a słonik, jak wiemy, ma trąbkę (ale ten dziadek namącił). Dostaję w prezencie pośmiertnie wydany tomik poezji Mojego Ulubionego Poety. Od rodzonej córki Mojego Ulubionego Poety!
Styczeń, 1995 rok. Warszawa.
Już są kolorowe pisma z wizerunkami znanych ludzi. Podobają mi się parafeministyczne wypowiedzi jednej malarki. Jej prace – również. Chciałabym ją poznać. Zwracam się z tą sprawą do kolegi, który zna wszystkich sławnych, sam jest synem Największego Polskiego Aktora. Jacek ostrzega mnie przed tą kobietą – kiedyś umyślnie wylała na niego talerz gorącej zupy udając, że niechcący – i to przy ludziach! W ten sposób wyraziła, co do niego czuła. A czuła niechęć.
Lipiec. 1995 rok. Londyn.
Oglądam dzieła sztuki współczesnej w Galerii. Obok mnie stoi kobieta do złudzenia przypominająca malarkę, która oblała Jacka gorącą zupą. Ale nie jestem pewna, czy to ona. Znam ją przecież tylko z publikowanych zdjęć. Więc się przedstawiam i pytam. – A, tak… kojarzę… Jacek mi o tobie opowiadał… – A mnie tylko o zupie. Najbardziej drażniła go poprzylepiana do swetra fasolka. Przestał ją jadać. – To była soja – prostuje moja nowa znajoma. Polubiłyśmy się. Zaczęło się, oczywiście, od plotkowania o urazowym Jacku. Bo któż to widział – zrażać się do niewinnego warzywa, w dodatku tak bogatego, jako i człowiek, w białko, tylko dlatego, że miało się je kiedyś, i to absolutnie przez przypadek, na swetrze? Niezbadane jest męskie ego… (Co do tego obie nie mamy wątpliwości, a nic tak nie łączy jak wspólne poglądy.) A tak poza wszystkim, to tylko mężczyzna może nie odróżnić fasolki od soi.
Grudzień, 1995 rok. Warszawa.
Cieszę się, że Irlandczyk (Seamus Heaney) dostaje literackiego Nobla, ponieważ kocham Irlandię, a przede wszystkim utwory sceniczne współczesnych irlandzkich autorów. Poza tym Irlandczycy chleją podobnie jak my. I są z urody jakby podobni. Sama bym na to nie wpadła, ale kiedy bawiłam w sierpniu na wyspie naturystów na Morzu Śródziemnym (L’ille du Levant) poznałam irlandzką parę z miasta Cork, która pokochała mnie jak nikt na świecie. I to oni widzieli te wszystkie podobieństwa. Warto dodać, że irlandzkie małżeństwo było najbardziej lubiane na wyspie, gdzie zjeżdżają się ludzie z całego świata. Polskę reprezentowałam tylko ja. I gdyby nie to, że żadnego języka poza polskim nie znałam naprawdę dobrze, mogłam się podszyć pod Szwedkę, na którą mnie typowano podczas wieczoru: zgaduj-zgadula, kim jest Megi? Nikt nie wpadł na to, że jestem z Polski. Kiedy już zabrakło krajów, padła Rosja – jako ostateczność. Polska – ani razu. Dlaczego? Bo to dziki kraj jest ich zdaniem, a ja nie jestem dzika. Robiłam tam za gwiazdę. I nawet wygrałam konkurs Miss du Levant – trzy tysiące franków, za które potem mieszkałam w Paryżu i kurs nurkowania.
Grudzień, 1996 rok. Warszawa.
Znowu się cieszę – polska poezja po raz drugi! Tym razem noblistką zostaje Wisława Szymborska! Huuuurrrra!
Grudzień, 1999 rok. Warszawa.
Lubię „Blaszany bębenek” i „Psie lata”, no i proszę – ich autor (Günter Grass) dostaje Nobla!
Styczeń, 2002 rok. Warszawa.
Choć Sylwester skończył się dwa dni temu, Ela i Ania, które poznały się dopiero u mnie, wciąż nie mogą wyjść. Tak jakoś nam się fajnie we trójkę letarguje (czytaj: leczy kaca za pomocą tzw. klinów). Przemiła egzystencja pomiędzy jawą a snem… Mąż Eli musiał akurat wyjechać do mamy, więc nie spieszy się jej do domu, Ania natomiast usiłuje dodzwonić się do swojego ukochanego, który konsekwentnie ma wyłączoną komórkę. Ukochany wyrolował ją bowiem na Sylwestra i Ania próbuje dociec, o co chodzi. W wolnych chwilach, pomiędzy telefonowaniem a wysyłaniem do niego esemesów, opowiada o nim, aż wreszcie Ela zaskakuje: – Słuchaj, zupełnie jakbyś mówiła o moim mężu. Ania nie zdradza, kim jest jej dręczyciel, który wreszcie sam do niej dzwoni i obiecuje przybyć pod wskazany adres. Po godzinie zawitał z bukietem róż, których jednak nie zdążył wręczyć, gdyż wypadły mu z ręki. – Co to za spisek?! – spytał bardzo zdenerwowany, ujrzał bowiem swoją żonę i kochankę (zagęszczenie materii wyrwanej z letargu). No i sprawa się rypła (w tej sytuacji, by – przynajmniej częściowo – wybawić przybysza z kłopotu, uznałam, że róże są dla mnie). Dalszy ciąg story rozegrał się poza moim domostwem. Tak to skacowanych ludzi rzeczywistość ze snu budzi.
Maj, 2003 rok. Warszawa.
(Patrz: Wrzesień, 1976 rok. Warszawa.) Manuela Gretkowska wykorzystuje w telewizyjnym wywiadzie niewiedzę i nie oczytanie zarówno ludu, jak i przepytującej ją „dziennikarki”. Broni swojej ostatniej książki i na zarzut, że jest to romans jak z Harlekina, odpowiada, że „Anna Karenina” też jest „tanim” romansem. A toż przecie arcydzieło! Powieść społeczno-obyczajowa. Styl, tło społeczne, historyczne, mnogość wątków – czyż tak wygląda harle-kinowy romans?! „Dziennikarka” oczywiście nie zaprzecza, bo powieści nie czytała (to pewne), i gdyby przyszło jej podać autora (o którym ma zero info), miałaby zapewne problem, książek Gretkowskiej też prawdopodobnie nie czytała, jej zadaniem jest bowiem dobrze się prezentować (uroda telewizyjna) i zadawać durne pytania, z literaturą nie mające nic wspólnego. W czasach, kiedy umierał Mój Ulubiony Poeta (Lew Tołstoj umarł sześćdziesiąt sześć lat wcześniej) dziennikarz rozmawiający z pisarzem  m u s i a ł  się znać na literaturze, i nie było ważne, jak wygląda. Ale spoko. Jest w porzo. Życie jest piękne. Jest oki. Tydzień później… Udaje mi się namówić znajomą dziennikarkę radiową (dziennikarka radiowa w odróżnieniu od telewizyjnej nie musi się odznaczać wysoką jakością urody), byśmy przeszły się po stolicy z jej profesjonalnym sprzętem (mikrofon i te rzeczy) i przeprowadziły sondę niby radiową. Pytanie, adresowane do młodego pokolenia, brzmi: Kto napisał powieść „Anna Karenina”? Na stu przedstawicieli młodzieży „uczącej się”, tylko jedna osoba, akurat płci żeńskiej, wie, że – Lew Tołstoj (a przecież nie pytałyśmy o ”Zmartwychwstanie”). No tak, kobiety lubią romanse… Nie ma się jednak czym przejmować, to nie jest wiedza niezbędna do życia. Pożyteczna jest jedynie wiedza psychologiczno-socjologiczna: Jak manipulować ludźmi, żeby osiągnąć swój cel plus asertywność (są w tych tematach zarówno podręczniki jako i szkolenia). To w zupełności wystarcza. Serio. Jak to się wie, to nawet można nie mieć specjalnego pojęcia o zarządzaniu i finansach. I nie należy się przejmować tym, że na przykład, jakiś Wojciech Siemion, czy inny nawiedzony artysta, bredzi w mediach, że bez poezji nie można żyć. Zresztą już nawet nie bredzi, bo przestali takie głupoty puszczać. Dlatego też dziwi mnie szczere oburzenie mojej znajomej – wykładowcy języka francuskiego na Studiach Doktoranckich: – Wyobraź sobie, oni nic nie wiedzą o Kartezjuszu. Nie kojarzą go nawet z cogito ergo sum – wyznaje tonem egzaltowanym. – No i co z tego? Koleś nie żyje od ponad trzystu pięćdziesięciu lat! – sprowadzam Zosię na ziemię i tłumaczę dalej: – Trzeba iść z duchem czasu, a nie grzebać się w przeszłości. I to w dodatku tak odległej. A taki banał: „myślę, więc jestem” – na co to komu? I kogo dziś obchodzi sceptycyzm metodyczny? Francuski jest przydatny, więc się go uczą – oświecam romanistkę, która ze zrozumieniem kiwa głową. Trudno bowiem nie uznać słuszności mego wywodu. Biednej Zosi, choć starsza ode mnie o 20 lat, wydaje się, że jak doktor, to od razu musi być mądry. A on nie ma być mądry, tylko ma mieć papier. W końcu nie każdy z nich jest doktorem od Kartezjusza. Mam nadzieję, że wpłynęłam na zmianę jej myślenia i inaczej spojrzy na swoich doktorantów.
Czerwiec, 2003 rok. Warszawa.
Przybiega do mnie zaaferowana przyjaciółka Aksana, jedna z najinteligentniejszych osób, jaką znam, od wielu lat mieszkająca tu Ukrainka. Jej wybitnie zdolne i utalentowane plastycznie dziecko edukuje się w najdroższej i najlepszej szkole pywatnej w Polsce i otrzymuje najwyższe oceny. Aksana, choć ode mnie młodsza, też wychowała się na książkach, nawet na tych samych (tylko my dwie w całym kraju znamy i kochamy radosną twórczość Zoszczenki, którego musiałam komuś pożyczyć, bo nie mogę go znaleźć, co mnie bardzo trapi). Cóż jest powodem jej zaaferowania, że aż do mnie przybiegła, by podzielić się niusem? Otóż coś Aksankę tknęło i spytała swoją starannie edukowaną córeczkę, kim  b y ł  Paganini (zgodnie ze swoim stanem wiedzy użyła czasu przeszłego). – Gośka, nie masz pojęcia, co ona mi odpowiedziała. – No, nie mam. – No to już ci mówię: To taki, co pisze, rozumiesz,  p i s z e  muzykę do komórek! I zagrał główną rolę w najnowszej wersji „Pinokia”! Masz pojęcie? – Nie mam. Z tym samym pytaniem pędzę do swojej, starszej od aksanowej, córeczki, utalentowanej z kolei muzycznie (tamta – plastycznie: obie artystki). Dorosła dziewczynka wie, że kompozytor, nie wie, że skrzypek, że nie wspomnę o słowie wirtuoz. Dziwne, czytałam jej kiedyś o Paganinim, powinna nawet kojarzyć, że obsługiwał zawodowo również drugi strunowy instrument – gitarę. Ale przynajmniej nic nie wspomina o tym, że Paganini pracuje dla GSM, z czego wnoszę, że nie wie o jego powiązaniach z telefonią komórkową. No i nie pomyliła go z Robertem Benignim. Cieszę się, że mam mądre dziecko. Daty śmierci muzyka nie wymagam, choć łatwo ją zapamiętać, gdyż dokładnie w tym samym roku Fryderyk Moreau, główny bohater „Szkoły uczuć” Gustawa Flauberta odpływał statkiem „La Ville de Montereau” z Paryża do Nogent-sur-Seine i rok 1840 jest wymieniony w pierwszym zdaniu powieści, co jest o tyle istotne, że jest to powieść historyczna. I tylko w 1840 roku George Sand i Fryderyk Chopin (który zresztą poznał Paganiniego) nie spędzili lata w Nohant, gdzie wyjeżdżali na wszystkie miesiące letnie od 1839 do 1846, co ma pewne znaczenie w historii literatury i muzyki: Sand wydaje wtedy „Wędrownego czeladnika”, a jej kochanek komponuje: „Dumkę”, „Walca As-dur” i ”Mazurka a-moll”. Słynna para spotyka się z Adamem Mickiewiczem, który właśnie w 1840 r. obejmuje katedrę literatur słowiańskich w paryskim Collège de France i kończy „Liryki Lozańskie”. W tym też roku przyjaciel Chopina – Eugene Delacroix maluje „Wkroczenie krzyżowców do Konstantynopola”, które się Fryderykowi wcale nie podoba. A na drugim końcu świata ukazuje się „Bohater naszych czasów” Michała Lermontowa, „Kosmoroma” Włodzimierza Odojewskiego i ”Kobzar” Tarasa Szewczenki. Ale przede wszystkim w 1840 roku Antoni Sax wynalazł, czyli zbudował saksofon! Na szczęście Paganini wolał instrumenty strunowe. Tym bardziej nie wymagam od dziecka znajomości daty urodzin Mikołaja Paganiniego, choć bardzo łatwo ją zapamiętać – bowiem dokładnie w tym samym roku, w którym urodził się sławny skrzypek, umarł jego równie sławny rodak, śpiewak sopranowy, kastrat – Farinelli. Jeden geniusz umiera, rodzi się drugi. W 1782 roku kończy też życie Jan Krystian Bach, syn słynnego Jana Sebastiana Bacha, również, jak jego ojciec, kompozytor i organista, a wielki Amadeusz Mozart ani nie rodzi się, ani nie umiera, tylko komponuje w tym czasie genialną operę komiczną (singspiel) „Uprowadzenie z Seraju”. A w literaturze – warte odnotowania pojawienie się „Niebezpiecznych związków” Choderlosa de Laclos (we Francji) i narodziny Giambattisty Niccoliniego, dramaturga i poety (we Włoszech). No i jest to początek nowej epoki technicznej – James Watt zbudował parowy silnik dwustronny, a Aleksander Volta wynalazł kondensator! Jedno i drugie bardzo się światu przydało. Tylko niebezpieczne związki zawsze na świecie były i są do dziś…
Czas, by przespać horror życia…

Sen
Przestrzeń snu zawiesiła się na nitkach światła,
przygarnęła świat cały w bajeczne ramiona:
uśmiechy rozciągnięte na gałęziach drzew
jak szelesty wędrują od twarzy do twarzy
i rozwieszają srebrne krople marzeń.

Domy na ogromnych, drewnianych kołach
pędzą z niezwykłą szybkością barwą świateł.
Na snu ekranie nawet wiatr jest w kolorach
i tak wieje, aby wszystkim najlepiej się działo.

Świt nie ma ochoty się przebudzić,
poranek mimo wczesnej pory też nie wstanie,
południe przewraca się na drugi bok
i odtąd już nigdy nie usłyszy hejnału.
Wieczór chrapie tak mocno,
aż cała drży ziemia.

Noc gości niezliczone kochanki
w jak płomienie rozwianych włosach
nie dobudzone, o kocich oczach planet.

Przestrzeń snu zawiesiła się na nitkach światła,
zamarła w wieczność, ogarnęła świat cały.
śpiączka przeniknęła Ziemię i ruch jej ustał
ku wielkiemu zdumieniu wszechświata.