Une traduction en préparation
Była sobie raz mamusia, do której bardzo pasuje to słynne powiedzenie. (Tak, tak… taka matka na pewno jest tylko jedna. I ze świecą szukać drugiej, do niej podobnej.) Zakładam, że pochodzenie zdania jest wszystkim znane. A mianowicie, jak to mamusia poprosiła dziecko, leżąc z facetem w łóżku, żeby przyniosło z lodówki dwie flaszki z wódką. Dziecko otworzyło lodówkę, zobaczyło, że liczba mnoga została przez rodzicielkę użyta błędnie i poinformowało: – Matka, jest tylko jedna. To pewnie jedna z wielu wersji, ale ważne jest przesłanie: Matka jest tylko jedna i już. Nic tego nie zmieni. Odwieczne, naturalne prawa są niezmienialne, choć współczesna genetyka pragnie temu zaprzeczyć. Z jakim efektem – zobaczymy.
Pod koniec lat pięćdziesiątych pewna mamusia urodziła córeczkę, a że tatusia wybrała niefortunnie, i go nie lubiła, nie mogła polubić również córeczki. To znaczy, na pewno ją lubiła, wszakże była matką, a matka – jak wszyscy wiemy – jest tylko jedna. Ale nie okazywała tego w imię obywatelskiego obowiązku nakazującego matce wychować – ku chwale socjalistycznej wówczas ojczyzny – wartościowego człowieka. Odpowiedzialność, jaka na mamusi spoczywała, a nawet – ciążyła, nie pozwalała jej okazywać uczuć, gdyż jest to demoralizujące. A że jakoś dziwnie utożsamiała córeczkę z tatusiem, to inna sprawa. I choć oficjalnie nadała dziewczynce imię żeńskie, nazywała ją imieniem tatusia. Wymawiała je specjalnym tonem, żeby dziewczynka nie miała wątpliwości, jakim beznadziejnym, nikomu niepotrzebnym jest stworzeniem. Bo dziecko – poza wszystkim – od zarodka trzeba tak wychowywać, żeby w przyszłości było skromne, a nie pewne siebie albo, nie daj Boże, zarozumiałe. Mamusi przyświecały wyższe, społeczne cele, a nie realizowanie się w wyświechtanej, nikomu niepotrzebnej indywidualnej miłości.
Imię tatusia nieoficjalnie nadane dziecku miało swoje wymienniki – pieszczotliwe, domowe przezwiska, jak to w kochającej się rodzinie bywa. Tak więc dziewczynkę mamusia dla urozmaicenia nazywała wymiennie pasożytem albo darmozjadem. To było ogromne poświęcenie ze strony matki dla dobra dziecka, którego nie należy rozpieszczać, żeby wyrosło na ludzi, ku społecznemu pożytkowi. Zwłaszcza, że dziecko istotnie było potworem – celem jego narodzin było zmarnowanie mamusi życia, a w szczególności – tak szybko przecież przemijającej młodości, tzn. uniemożliwienie jej korzystania z życia, póki na to czas. Wina dziecka była bezsprzeczna – mogło przecież urodzić się później, kiedy jego matka skorzysta już z życia, ale nie chciało czekać i egoistycznie obciążyło sobą młodą kobietę. Świadomość nikczemnej roli, jaką przyszło jej odegrać na tym łez padole spowodowała, że dziewczynka dosyć szybko nauczyła się przepraszać za to, że żyje i we wczesnym dziecięctwie była lekko zahamowana. Tak więc rokowania były optymistyczne – wadzić nie będzie nikomu.
Mamusia miała liczne schizy. Największą – na punkcie kasy, której, z różnych powodów, jej nie brakowało, i którą lubiła wydawać tylko na siebie. Pasożyt będzie pracował, to sobie będzie kupował, a tymczasem niech się cieszy, że nie chodzi głodny, nagi i ma dach nad głową. Te wielkie trzy wartości były pasożytowi skrupulatnie podkreślane i przypominane. Obsesja mamusi polegała na jej cyklicznym wrażeniu, że darmozjad  n o t o r y c z n i e  (ulubione słowo mamusi) ją okrada, więc spała z portfelem pod poduszką, ale gdy tylko budziła się rano, kasa i tak się nie zgadzała i mamusia rozpoczynała kolejne dochodzenie w sprawie odzyskania pieniędzy. Dochodzenia miały różny przebieg i były organizowane z wielką starannością oraz znajomością psychologii głębi. Raz, na przykład, na tę okoliczność została zawezwana ciocia, najstarsza siostra mamusi, której zadaniem było powtarzanie co pewien czas w obecności marnotrawnej siostrzenicy: – Och, biedna ty jesteś, biedna… – słowa te skierowane były, oczywiście, do mamusi, – złodzieja trzymać w domu… – tu następowało dramatyczne zawieszenie głosu, – to prawdziwe nieszczęście – w tym momencie ciocine ręce załamywały się, bądź bezradnie opadały. Przy czym kwestia: „Oj, biedna ty, biedna” wypowiadana była z tak głębokim, prosto z serca płynącym współczuciem, że aż żałość brała. Ciocia tragiczną wymowę recytowanego tekstu potęgowała dodatkowo odpowiednimi minami ilustrującymi ogrom nieszczęścia, jaki spadł na mamusię, objawiając przy tym zdolności aktorskie. Z lekka zahamowany pasożyt nie miał wówczas pojęcia, o co chodzi – ot, rozmowa dorosłych, którą zazwyczaj trudno zrozumieć… A ponieważ nie przyznawał się do winy, zyskał miano krnąbrnego, upartego, pozbawionego uczuć wyższych, niewdzięcznego i trudnego dziecka, którego nawet nie jest w stanie złamać ból cierpiącej matki. Ciocia metaforycznie wyraziła ten fakt kupując z piekła rodem siostrzenicy pluszowego osła – symbol bezmyślnego uporu i głupoty, i w ten sposób darmozjad posiadł zabawkę, co było niezwykłym wydarzeniem w jego pasożytniczym życiu wyściełanym martyrologią kochającej matki. Pasożyt z osiołkiem się zaprzyjaźnił i nazwał go osiołkiem-matołkiem. Następną zabawką, jaką dostał (od tej samej cioci), była czarna, gumowa głowa diabła, z której po naciśnięciu wysuwał się – czerwony jak ogień piekielny – język. Zabawki, które darmozjad dostawał od niefortunnego tatusia, musiał w asyście mamusi wyrzucać do śmieci, a następnie na nie spluwać. I to były chyba najgorsze chwile w życiu pasożyta. Po takim dniu darmozjad z trudem zasypiał, śniły mu się koszmary, krzyczał i wymiotował przez sen, zyskując dodatkowe miano nienormalnego dziecka.
Kiedy spanie z portfelem okazało się nieskuteczne, mamusia zleciła budowę czegoś w rodzaju sejfu (wówczas w Polsce nie było banków, choć teraz trudno to sobie wyobrazić, ani, oczywiście, prawdziwych sejfów). Przyszedł stolarz, postawił szafę ze specjalnymi zamkami i wręczył mamusi bardzo nowoczesne, długie i lśniące klucze magnetyczne przypominające słone paluszki. Potem przyszedł drugi pan i szafę pomalował w kolorze ścian – konstrukcja wtopiła się w krajobraz otoczenia. (Pewnego razu magiczne klucze się zawieruszyły i pasożyt – tradycyjnie posądzony o kradzież – został przepędzony z domu. Po tygodniu okazało się, że klucze zatopiły się w mamusinym fotelu – wpadły pomiędzy poręcz a siedzenie.) Ale i tak zabezpieczone pieniądze znikały. W związku z tym mamusia była zmuszona dorobić zamek do drzwi swojego pokoju. Pasożyt mógł już tylko przebywać w „swoim” – o wiele mniejszym, który, według wieloletnich pouczeń mamusi, tak jakby wynajmował, no bo przecież nie zapracował na mieszkanie, więc żadne pomieszczenie nie jest jego (co prawda mamusia też na nie nie zapracowała, ale pasożyt nie musiał o tym wiedzieć).
Poczucie własności i posiadania było głównym motywem we wzniosłym życiu mamusi. W zamkniętym pokoju znajdował się telewizor, radio, adapter i telefon. Darmozjad nie mógł korzystać z tych wspaniałych wynalazków, ponieważ na nie nie zarobił. To było jasne i nie wymagało szczególnych wyjaśnień. Do wszystkiego trzeba dojść samemu. Nic samo nie spada z nieba. Dorośnie, zarobi, to sobie kupi i będzie miał. Na razie musi mu wystarczyć, że nie chodzi głodny, nagi i nie leje mu się na głowę, tak jak pewnemu liskowi z poranku. Mamusia raz tylko poszła z pasożytem do kina. W celach edukacyjnych wybrała poranek o właściwej tematyce, a mianowicie o tym, jak to lisek (a może to był zajączek…) nie miał domu i mókł na deszczu, a mamusi też nie miał i był sierotą. Od tego czasu mamusia często straszyła pasożyta, że go odda do domu dziecka, na co zasłużył już w chwili pojawienia się na świecie (grzech pierworodny plus piętno pasożyta). Tak więc dla urozmaicenia radosnego życia rodzinnego doszedł jeszcze jeden motyw – domu dziecka. Pojawiał się on pod różnymi postaciami. Nie zawsze w banalnym wyrażeniu, że trzeba będzie wreszcie oddać tam pasożyta, oczywiście dla jego dobra, żeby zobaczył, jak mają inne dzieci i nauczył się doceniać to, co ma. Mamusia opracowała swoją własną autorską metodę. Polegała ona na tym, że w dniu, w którym planowała wyjść na noc, mówiła: – Jak umrę, pójdziesz do domu dziecka. W każdej chwili mogę zginąć pod tramwajem, albo dostać ataku serca. Po czym mamusia nie wracała do domu, nie uprzedzając o tym pasożyta, który całą noc płakał, nasłuchiwał jej kroków na schodach, wypatrywał przez okno w ciemnościach, i w końcu wyobrażał ją sobie na torach przejechaną przez tramwaj. Gdy następnego dnia sąsiedzi informowali mamusię, że jej dziecko całą noc płakało i wołało ją przez okno, pasożyt dostawał lanie za to, że podstępnie i złośliwie powiadamia sąsiadów o tym, że jest sam w domu (co ludzie powiedzą), a poza tym wtedy mogą przyjść złodzieje.
Motyw domu dziecka przewijał się też w dramatycznych momentach konieczności kupienia pasożytowi, który rósł, nowego ubrania. To były trudne dla mamusi chwile. Wydanie pieniędzy na coś nie dla siebie było dla niej wielkim cierpieniem, któremu towarzyszyła pewna subtelna ceremonia. Ubranko pojawiało się w domu – mamusia nic nie mówiąc wieszała je na oparciu krzesła. Po kilku dniach dziewczynka, z której śmiano się w szkole, że nie ma się w co ubrać, a jak już ma, to jest to brzydkie (na szczęście wtedy nosiło się jednakowe granatowe fartuszki z obowiązkowym białym kołnierzykiem, niestety – czasami fartuszek trzeba było zdejmować), odważała się wreszcie zapytać, czy to może dla niej. Odpowiedź brzmiała: – Nie, nie dla ciebie. To dla takiej jednej dziewczynki z domu dziecka, która nie ma mamusi i jest bardzo nieszczęśliwa. Następnego dnia ubranko znikało, co miało oznaczać, że sierotka jest już jego szczęśliwą posiadaczką. W końcu, po odczekaniu stosownie długiego czasu, pasożyt dostawał ubranko przeznaczone dla biednej dziewczynki z domu dziecka. Był to ze strony mamusi akt wielkiego poświęcenia inkrustowany – na znak cierpienia – bolesnymi okrzykami typu „żyły sobie dla ciebie wypruwam ty pasożycie” i dowód na to, że pasożyt otrzymuje coś, na co nie zasługuje i powinien docenić, jak mu jest dobrze i jak to dobrze mieć mamusię (sierotka mamusi nie ma i ubranka nie dostała).
Bardzo interesująco przedstawiała się sprawa łazienki i higieny osobistej. Pasożyt miał powiedziane, że do zachowania czystości wystarczy woda i mydło. Ponieważ twierdzenie to nie zawiera słowa szampon, było to mydło tataro-chmielowe, które służyło do mycia włosów. Tylko takie mydło leżało w łazience, i tylko z niego mógł korzystać pasożyt. Mamusia do łazienki chodziła z torbą, w której znajdowały się dobre zagraniczne kosmetyki, a wśród nich pachnące mydełka, które mamusia w przypływie matczynych uczuć pozwalała pasożytowi czasami powąchać. Była tam również suszarka do włosów. Pasożyt nie miał do niej dostępu, gdyż suszenie gorącym powietrzem niszczy włosy, które najlepiej, żeby wysychały same. Pasożytowi przysługiwały dwa ręczniki.
Mamusia podobała się panom. Raz jeden z nich chciał jej zrobić przyjemność i powiedział: – Ma pani piękną córkę. Przez twarz mamusi przebiegł grymas wyrażający obrzydzenie. Kiedy w życiu mamusi na poważnie zaistniał pewien dużo od niej starszy pan, przez chwilę wydawało się, że sytuacja pasożyta zmieni się na lepsze. Opuszczony przez najbliższych „nowy tatuś” obiecał bowiem darmozjadowi, nie wiedząc jeszcze, że to darmozjad, że zrobi wszystko, żeby miał tak, jak jego własny syn, który wyjechał ze swoją mamą (w komunie „wyjechał” znaczyło „uciekł”) do Szwecji, gdzie mieszkała liczna rodzina pana eks-żony, pięknej, zawsze uśmiechniętej kobiety, dużo młodszej od swojego eks-męża. Na początek, nieświadomy, że ma do czynienia z pasożytem, obiecał mu kupić magnetofon i modne spodnie. Myślał chyba, że opłakany stan jego przyszłej pasierbicy wynika z ubóstwa, choć, z drugiej strony, patrząc na mamusię trudno było posądzić ją o ubóstwo, więc prawdopodobnie w ogóle nic nie myślał (wkrótce okazało się, że myślenie nie jest jego najmocniejszą stroną). W każdym razie na pewno mu nie przyszło mu do głowy, że to metoda wychowawcza plus patologiczne skąpstwo rodzicielki i jeszcze coś, co trudno nazwać. Wkrótce pan drastycznie się o tym przekonał. Kiedy mamusia zobaczyła u pasożyta modne spodnie i dowiedziała się o ich pochodzeniu, w jednej chwili jak długa runęła na podłogę i histerycznie wrzeszcząc uderzała głową o ślicznie lśniący lakierowany drewniany parkiet (w domu mamusi panowała nieskazitelna czystość), machając przy tym rękami i nogami z taką szybkością, jakby chciała zamienić się w samolot, przebić sufit i odlecieć. Dramatyczna scena, zamiast pana do mamusi zrazić, albo przynajmniej   d a ć   m u   d o   m y ś l e n i a,   przyniosła zamierzony przez mamusię rezultat. Jeszcze tego samego dnia dostała od pana podobne spodnie (wtedy takie rzeczy kupowało się w Pewexie lub komisie i właśnie w takim miejscu pracowała mamusia). Pasożyt nigdy nie dostał magnetofonu, ani niczego więcej. Rywalka została pokonana, a zwycięstwo mamusi – uwieńczone weselem. Pan absolutnie się podporządkował swojej nowej żonie nie analizując zachodzących w jego najbliższym otoczeniu dziwnych zjawisk i wyglądało na to, że sytuacja ta bardzo mu odpowiada. Był jak zombi, automat poruszający się ściśle według wytycznych mamusi przy wyłączonym mózgu, a ponieważ nieużywane organy zanikają, efekt był wstrząsający: pozbawienie świadomości. Gdy umierał, nie wiedział nawet, że żył. Być może stając się ofiarą patologicznego apodyktyzmu, absolutyzmu i tyranii uratował przed podobnym losem swoją pasierbicę…
Mamusia również nie dotrzymała obietnicy – w akcie swej nieskończonej wspaniałomyślności i bezkresnej dobroci, jaka może charakteryzować tylko matkę, bezwzględnie miłującą swe dziecko – nie oddała pasożyta do domu dziecka, lecz wysłała go na rok do sanatorium, gdzie wyróżniał się spośród innych – był jedynym pacjentem, który nie miał ze sobą pieniędzy, szlafroka oraz wielu innych niezbędnych rzeczy, co było dla niego bardzo upokarzające (i o to właśnie chodziło w tej metodzie wychowawczej uczącej pokory). Tam darmozjad na pracach ręcznych nauczył się szyć (ręcznie, oczywiście) i robić szydełkiem. Doszywał więc i dorabiał do ubrań, z których wyrastał, mankiety, falbanki, różne wstawki – w ten sposób ubrania rosły wraz z nim, a stopień jego pasożytnictwa zmniejszał się. W tym czasie pojawiła się możliwość wymeldowania – przez głównego lokatora – współlokatora bez jego wiedzy i mamusia pasożyta ze s w o j e g o mieszkania wymeldowała. W końcu i tak nigdy nie miał domu… Specyficzna (niestety, zbyt rzadko stosowana) metoda wychowawcza zaczęła przynosić pozytywne rezultaty – darmozjad w coraz to innych dziedzinach okazywał się bardzo pomysłowy i twórczy i umiał zrobić rzeczy, których źle wychowywani jego rówieśnicy nie potrafili. Pasożyt się wybijał ponad przeciętność i dzięki swej wspaniałej, przewidującej matce wyrósł – ku chwale ojczyzny – na bardzo kreatywną osobę. Kreatywność bardzo się przydaje się we współczesnym świecie – na przykład w pracy copywritera w agencji reklamowej, gdzie jest najbardziej pożądaną cechą. Aż strach pomyśleć, na kogo wyrósłby pasożyt, gdyby nie miał tak mądrej matki i nie odebrał tak starannego wychowania. Bo matka jest tylko jedna. I należy o tym pamiętać. Kiedy po latach pasożyt (którym pozostał już na zawsze) poszedł do dzielnicowego biura meldunkowego, żeby wyjaśnić „przedawnioną” sprawę, spoglądające na intruza srogo i z potępieniem panie urzędniczki przedstawiły mu pismo uzasadniające wymeldowanie: współlokator  n o t o r y c z n i e  (ulubione słowo mamusi) robi burdy i libacje alkoholowe zakłócając ciężko chorej głównej lokatorce spokój i uniemożliwiając jej normalne życie… Pełne pogardy spojrzenia prawych kobiet w okienkach uniemożliwiały jakiekolwiek wyjaśnienia. Ale  t o  n i c.  Życie i tak jest piękne.
Przerwa na reklamę… toniku (tonicu :-)

Czarna sonata
To nic, że wiatr losu mój blady płomyk zdmuchnął,
To nic, że w krainę cieni przedarłam się cichą i pustą,
To nic, że łzy jak perły zdobią mnie na wieki…
To nic.
 
Niczego mi nie trzeba. Pójdę. Tam są czarne krzesła.
I drzewa czarne. Niebo czarne. Domów nie ma.
Zamiast świateł w oknach płoną gwiazdy. I jest muzyka.
Piękne, czarne sonaty. To mi wystarczy.

To nic, że bosymi stopami błądzę po czarnej ziemi.
I czarnych kamieniach.
To nic, że jakby nie-oczami widzę to, czego nie ma.
To nic.

Wrócę jeszcze. Do domu, który daleko.
Tam prowadzą marzenia.
Wyszłam tylko na spacer.
W Krainę Wielkiego Wytchnienia.