Une traduction en préparation
Miałam kiedyś bardzo atrakcyjną koleżankę, której inteligencja dorównywała urodzie. Ewa przeżywała burzliwe love z pewnym szalonym cudzoziemcem, które zakończyło się swoistym happy-endem: ów cudzoziemiec kupił jej mieszkanie w starej kamienicy w centrum Warszawy. W domu tym mieszkali sami starzy ludzie. Ewa opowiadała mi nieprawdopodobne historie na temat śledzenia przez nich jej życia, a ja, choć naiwna i wierząca we wszystko, co się do mnie mówi (no bo po co o czymś mówić, jeśli to nie jest prawda? Teraz już wiem, po co…) nie bardzo w to wierzyłam. Sama wciąż zajęta i zaaferowana swoim życiem tak bardzo, że nie miałam czasu nawet myśleć o innych, nie mogłam sobie wyobrazić, że można aż tak bardzo interesować się czyimś życiem, jak mi o tym opowiadała koleżanka, którą miałam. Już jej nie mam, ponieważ bieg wydarzeń spowodował, że znalazła się z powodu posiadania dużych pieniędzy w jakiejś najwyższej klasie społecznej, do której nie mam dostępu. Wtedy jednak, kiedy moją koleżanką była, wszyscy byli równi i należeli do tej samej klasy społecznej. Ewa mieszkała sama z malutkim dzieckiem w swoim wielkim mieszkaniu w pięknej kamienicy i każdego nieomal dnia donosiła mi o niesamowitych wręcz posunięciach swoich sąsiadów, których dopuszczali się w celu poznania jej życia. Byłam pewna, że jest przewrażliwiona na swoim punkcie i że łapie schizy…
Wkrótce za tę niewiarę zostałam srodze ukarana i podzieliłam jej los. Teraz z kolei ja, jako samotna matka z dzieckiem, zamieszkałam w budynku, w którym również mieszkali sami starzy ludzie. Nie była to jednak kamienica w dobrej dzielnicy, lecz blok z 1964 roku na Pradze, który tym różni się, między innymi, od kamienicy, że mieszkania posiada niewielkie i jest zbudowany z innego materiału – z radioaktywnych płyt zamiast zdrowej, glinianej, czerwonej cegły. Promieniotwórcze płyty mają tę zaletę dla starszyzny zamieszkującej budowlę, że są cienkie i idealnie przepuszczają dźwięki, dzięki czemu podsłuchiwanie idola staje się o wiele łatwiejsze, choć tym samym zubaża i tak monotonne życie starszych mieszkańców – nie muszą być aż tak pomysłowi w zdobywaniu cennych informacji, jak ich odpowiedniki z kamienic. (Ci z kamienic bardziej trenowali zmysł wzroku, blokowicze natomiast – zmysł słuchu.) Jednak ja wyrównywałam tę drastyczną niesprawiedliwość spowodowaną dźwiękoprzepuszczalnymi ścianami – nie poruszałam się, tak jak Ewa, w stałych porach, co utrudniało sam akt tropienia i – tym samym – zmuszało moich fanów do myślenia oraz rozwijało cechę bardzo w życiu pożądaną i pożyteczną – spryt. Ich pomysłowość objawiała się przeróżnie. Ponieważ były to czasy, kiedy wizjery w drzwiach nie były tak popularne jak teraz, w miesiącach letnich lokatorzy mojej klatki zamieniali się w parapetowe kwiatki doniczkowe. I kiedy szłam po schodach, drzwi się otwierały i gospodynie domowe jak na zawołanie poprawiały, lub czyściły wycieraczki, wynosiły śmieci, wychodziły z siatkami po zakupy (wtedy jeszcze nie było tzw. reklamówek, chodziło się z siatkami). Schody tętniły życiem. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, co oznaczało, że już weszłam do mieszkania, moi wielbiciele (do kobiet wkrótce dołączali ich mężowie, oczywiście ci żyjący, bo większość mężów już nie żyła) zbierali się na klatce, dyskutowali żarliwie, czego owocem bywało oddelegowanie do mnie jednej, lub kilku osób w jakiejś bardzo ważnej sprawie.
Sprawy to były różne, lecz łączyło je to, że wszystkie były ogromnej wagi, co podkreślano odpowiednim tonem i stosowną do rangi problemu intonacją (tak naprawdę chodziło o to, żeby się u mnie „rozejrzeć”), na przykład:
- Pani Małgosiu, pani nie wiesza ubrań w słońcu na balkonie, bo płowieją. A bieliznę lepiej w domu suszyć, bo kto to słyszał majtki publicznie wystawiać.
Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że komukolwiek może się chcieć zadzierać tak wysoko głowę w celu doglądania asortymentu na trzecim piętrze, ale wzięłam sobie tę dobrą radę do serca, choć nie dosłownie. Istotnie, moje czarne bluzki były coraz jaśniejsze, a ponieważ od strony balkonu słońce świeciło przez cały dzień, wpadłam na pomysł, żeby na zewnętrznym sznurku wieszać białe prześcieradło, które skutecznie zacieniało rozwieszone pranie i zasłaniało wstydliwe części garderoby. Po kilku tygodniach zjawiła się u mnie delegacja składająca się tym razem z pary małżeńskiej:
- Pani Małgosiu, to tak nieładnie, gdy wisi to prześcieradło, co ludzie pomyślą, my dla pani dobra tak radzimy, bo to często i w niedziele wisi…
A innym razem:
- Pani Małgosiu, my, broń Boże, wcale nie chcemy ingerować w pani życie osobiste, ale tylu panów przyjmować… Nie powinna pani…
- Dlaczego? – spytałam i otrzymałam zwięzłą, konkretną odpowiedź:
- Bo nie wypada.
Najstarsza mieszkanka bloku należącego do Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej uznała, że jak nie widuje dziecka z ojcem, znaczy, że jest ono, biedactwo, nieślubne, i gdy tylko widziała moją kilkuletnią córeczkę, syczała przez zęby: bękart.
- Mamusiu, co to jest bękart? – spytało dziecko. – Bo ta pani tak mi mówi dzień dobry…
Ta sama sąsiadka dostała paranoi, że truję ją i jej kwiaty na balkonie, gdyż najprawdopodobniej hoduję grzybki halucynogenne (skąd wiedziała o czymś takim – nie wiem, może obejrzała w telewizji program na ten temat) i doniosła na mnie na policję. Policjanci zjawili się u mnie akurat wtedy, gdy gotowałam prawdziwe, leśne grzyby – dorodne prawdziwki i maślaki.
- Czy to są grzyby halucynogenne? – spytał rutynowo przystojniak w mundurze z pożądaniem wpatrując się w garnek (wszyscy lubią duszone grzybki).
- Jak pan skoczy po flaszkę, to może będą – odpowiedziałam roztropnie i w ten oto sposób powiększyło się męskie grono moich znajomych. Obżarliśmy się grzybami, popiliśmy czyściochą i – tym samym – zadzierżgnęliśmy znajomość wg starej, sprawdzonej recepty – przez żołądek do serca.
Znowu zaistniałam w czyimś sercu…
Krzysztof już nie jest policjantem, ale do dziś się przyjaźnimy, choć niezupełnie przystaje do mojego świata.
O tym, jak praktycznie jest mieć znajomego – byłego policjanta, wie chyba każdy.
Truta przeze mnie sąsiadka wkrótce umarła i najstarszą mieszkanką bloku została głucha (i z tego powodu wyalienowana) panna Jadzia. Ilekroć na nią patrzę, nie mogę zrozumieć, dlaczego to ja byłam gwiazdą, a nie ona. Szczuplutka, o świetnej kondycji fizycznej – po schodach biega w tę i z powrotem (mieszka na 4 piętrze!) ze swoim malutkim pieskiem Perełką szybciej niż jej piesek, którego ciągle musi wołać, bo pokraczne zwierzątko pozostaje w tyle, kręcone włosy do ramion zawsze ufarbowane na platynowy blond – żadnych odrostów, usta wymalowane na jaskrawoczerwono w zmysłowe serduszko, odziana zawsze w gustowne, nie za długie sukieneczki, nóżki jak u sarenki, z tym tylko, że owinięte w bandaże – nigdy nie miałam tak odważnego dizajnu. W wieku 86 lat wyszła za mąż za – młodszego od siebie – Ziutka, kolesia, który nie wychodził z łóżka (właściwe podejście do małżeństwa), i którym się opiekowała aż do jego śmierci (biedak był schorowany). Zejście męża pani (już nie panna) Jadzia ogłosiła głośnym lamentem – wszyscy tłumnie się zbiegli na tę okoliczność, a ponieważ w jej malutkiej kawalerce zabrakło miejsca, kondukt kończył się piętro niżej, pod moimi drzwiami.
W porze zimowej obserwacje były utrudnione z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych i metody stosowane w miesiącach letnich groziły narażeniem zdrowia i tak już schorowanych ludzi: od wypaczonych i nieszczelnych okien ciągnęło (wtedy wszyscy mieliśmy takie okna), a z kolei uchylone non-stop drzwi powodowały przeciąg. W tej trudnej sytuacji jedynym – niestety, mało komfortowym – sposobem było nasłuchiwanie pod drzwiami moich kroków na schodach. Kiedy już nimi szłam, nieliczni przesuwali plastikowe zasłonki przy swoich wizjerach, co objawiało się charakterystycznym szelestem, większość jednak musiała lekko otworzyć drzwi (wtedy występowało masowe skrzypienie) i obserwować mnie przez szparę. Najważniejsze w tym wszystkim było to, czy idę z kimś, czy sama, a jeśli z kimś, to z kim. To – z kim było największą dla nich zagadką. Za wszelką cenę pragnęli ustalić, z którym z tych wielu mężczyzn, którzy do mnie przychodzą, jestem. Tego, że mogę nie być z żadnym z nich, w ogóle nie brali pod uwagę – taka opcja nikomu nie mieściła się w głowie. Mieściło się natomiast to, że sypiam ze wszystkimi. I gdy raz szłam z moim – elegancko ubranym w ciemny garnitur i białą koszulę, pochodzącym z dalekiego miasta – kuzynem niosącym walizkę, co tak bardzo odstawało od znanych dotychczas moim sąsiadom artystycznych dizajnów, że aż z niedowierzania i ciekawości zapomnieli o dyskrecji i szerzej oraz głośniej niż zwykle pootwierali drzwi, zapragnęłam ułatwić im zadanie i powiedziałam donośnym głosem, żeby wszyscy słyszeli:
- Przyjechał do mnie kuzyn. Wyjeżdża za pięć dni. Tak wygląda, bo wraca ze zjazdu.
- Ależ pani Małgosiu – oburzyła się sąsiadka, przy której akurat drzwiach wygłosiłam swoją krótką mowę – ja tylko poprawiam wycieraczkę, przecież pani widzi.
W ten sposób, choć w pierwszym nieprzemyślanym odruchu myślałam, że czynię dobrze, przyczyniłam się do tego, że najbliższe pięć dni upłynęły moim fanom w totalnej pustce – bo cóż to było za życie bez dociekań, emocjonujących towarzyskich spotkań na klatce w celu ustalenia, kim jest ów tajemniczy przybysz? Odebrałam im sens istnienia. Odarłam ich z pasjonujących domniemań, że oto może przyjechał milioner z Ameryki, by powieść mnie w lepszy świat… Byłam nieludzka. Pustkę należało jakoś wypełnić – nigdy tyle razy, jak w ciągu tych pięciu dni, nie pożyczałam komuś soli, cukru i mąki. Są to produkty, które charakteryzują się właściwą tylko sobie cechą nagłego zabraknięcia w sytuacjach, kiedy są niezbędne. To znaczy one są, ale nagle okazuje się, że w ilości niewystarczającej, co jest na ogół trudne do przewidzenia. Ta demokratyczna zasada może się przytrafić każdemu i każdy o tym wie, dlatego nic nie usprawiedliwia nie pożyczenia: szczypty soli, łyżeczki cukru, lub łyżki stołowej mąki (bowiem w grę wchodzą takie właśnie wielkości). Tłumaczenie „nie mam” jest bardzo podejrzane i rodzi stosowną do czynu plotkę. Ten piękny, integrujący małe społeczności zwyczaj pożyczania soli, cukru lub mąki w miastach zaginął, prawdopodobnie utrzymuje się jeszcze gdzieniegdzie na wsiach.
Drugi poważny problem moich wielbicieli stanowiło moje tajemnicze zajęcie – gdzie pracuję i kim jestem. Ciekawość tę pobudzał fakt, że często byłam w środku nocy, lub nad ranem przywożona pod dom samochodem. W tej sprawie również zawitała do mnie delegacja:
- Pani Małgosiu, my, broń Boże (swoim zwyczajem powoływali na świadka Boga), nie ingerujemy w pani życie, ale proszę nam powiedzieć, gdzie pani pracuje w takich nieregularnych porach?
- W agencji towarzyskiej – odpowiedziałam krótko, nie wnikając w szczegóły związane z moją pracą dziennikarską i nocnymi dyżurami w redakcji. Po wyrazie ich twarzy zrozumiałam, że jeszcze nie wiedzieli, co to są agencje towarzyskie, bo patrzyli na mnie tak jakby z szacunkiem wywołanym przez nieznajomość takiego miejsca pracy, a sam wyraz „agencja” brzmi dostojnie i przywołuje na myśl sprawowanie ważnego urzędu. W ten sposób znowu nadałam ich życiu sens – następna zagadka do rozwiązania.
Kiedy tydzień później jedna z dostojnych seniorek splunęła na mój widok, wiedziałam, że moi fani już wiedzą, co to są agencje towarzyskie. Byłam dumna ze swojej postawy edukacyjnej. Można chyba śmiało zaryzykować twierdzenie, że – w pewnym sensie – zostałam założycielką Klubu Seniorów przy Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej. Chciał, nie chciał, stałam się działaczką społeczną, i w dodatku bardzo aktywną. Czasami do obserwacji czynionych przez moich fanów – na skutek niezrozumiałych dla mnie zaniedbań – wkradały się błędy, które bynajmniej nie umacniały mojej pozycji jako zasłużonej działaczki społecznej.
Oto jeden z nich: W klatce obok, na parterze, mieszkało małżeństwo (czytaj: przyzwoici ludzie). Niewiele starsza ode mnie Joasia ciągle chodziła pobita przez męża, w ciągu kilku lat z ładnej kobiety zamieniła się w istotę zniszczoną, naznaczoną cierpieniem – nos przestawiony, twarz poorana zmarszczkami. Janek na jakiś czas wylądował za bicie żony w więzieniu (to było wtedy, gdy przyjechała policja i pogotowie naraz, i nieomal musiano Joasię zeskrobywać ze ściany), ale po kilku miesiącach on wrócił z więzienia, ona – ze szpitala, i ich życie potoczyło się starym trybem. Niedługo potem pod dom znowu zajechała karetka pogotowia i wóz policyjny – na sygnale. Nie musiałam wyglądać przez okno, żeby stwierdzić, że Janek bardziej niż zwykle pobił Joasię… Następnego dnia zawitała do mnie delegacja w sprawie lustracji po incydencie:
- Pani Małgosiu, a co to się u pani wczoraj w nocy działo, że aż policja i karetka przyjechały? Co to za awantura była?
- To nie u mnie, to w klatce obok, u tych spod piętnastki, nie wiecie???!!! – spytałam zaszokowana i rozczarowana aż tak drastyczną pomyłką moich fanów, których już zaczęłam postrzegać jako wysoce wyspecjalizowanych profesjonalistów w zajęciu, które sami sobie wyszukali i w którym doskonalili się z własnej inicjatywy, co skądinąd jest bardzo budujące. Gdyby byli młodsi, mieliby podstawy, by zatrudnić się w agencji detektywistycznej.
- To dlaczego u pani jest szyba pęknięta? – odpowiedzieli pytaniem wskazując okno, w którym szyba pękła kilka lat temu…
Kiedy szczerze wyraziłam swe ubolewanie, że tak późno spostrzegli rzecz tak istotną, jak pęknięcie w ich ulubionym, wybranym spośród wielu innych oknie, jedna z delegatek zareagowała również ubolewaniem:
- A myśmy myśleli, że to pani kochanek był zazdrosny o tych mężczyzn, co to do pani przychodzą, i że panią pobił… – ton jej głosu wyrażał szczere rozczarowanie.
Sąsiadki opuściły me domostwo mocno zawiedzione, nie zdążyłam nawet spytać, jak wygląda mój kochanek i od jak dawna go mam.
Gdybym wiedziała to, czego dowiedziałam się dużo później, być może już wtedy poczułabym się hollywoodzką gwiazdą filmową, a tak czułam się z lekka osaczona. Ale najpierw musiała się dokonać przemiana pokoleń: jedna ze starszych pań umarła i w mieszkaniu po niej zamieszkał młody chłopak. Wreszcie byłam od kogoś tu mieszkającego starsza! Lecz, o zgrozo, to chłopię też było mną zainteresowane. Czyżby energia zawarta w murach (patrz: „Lokator” Romana Polańskiego) tak na niego działała?! Chłopię mię śledziło, jak niegdyś jego babcia, i widziałam, że szuka sposobności, żeby zagadać. Pewnego wieczoru chłopiec wyczekiwał mnie przed klatką, ale nic nie powiedział, gdy otwierałam drzwi. Poczekał, aż wejdę na piętro, podbiegł do mnie i nieśmiało zagaił:
- Chciałbym z panią porozmawiać.
- Ale o czym? – spytałam.
- O pani… – głos mu się trochę załamał – bo ja chciałbym wiedzieć, jaki pani ma zawód, że u pani tacy ludzie bywają…
- Jacy ludzie? O czym mówisz, chłopcze? – spytałam zdziwiona.
- No tacy, co występują w telewizji, w filmach grają… – odpowiedział grzebiąc w plecaku, z którego wyjął gruby, gęsto zapisany zeszyt. – Tu są daty i nazwiska – wyjaśnił. – Znalazłem to w mieszkaniu babci.
W zniszczonym, starym kajecie zanotowane były nie tylko daty i osoby, które mnie odwiedzały. Niedocenionych biografów interesowało też to, co jem, jakich używam kosmetyków, jakich środków do czyszczenia, i w ogóle – wszystko, co ze mną związane. Był to swoisty dziennik – pod poszczególnymi datami widniały listy zakupów, jakie robiłam w osiedlowym sklepie, ze szczególnym uwzględnieniem ilości wina, piwa, bądź innych, szlachetniejszych trunków… Okazało się, że źródłem wielu cennych informacji były… moje śmieci, które już wtedy, jak na gwiazdę przystało, awangardowo wyrzucałam w workach, choć cała Polska biegała do śmietników z kubełkami wyłożonymi na dnie gazetą („Ekspress Wieczorny”), żeby nie przylepiały się syfy. Nawet kuchenne szafki produkowano ze specjalną wysuwającą się podczas otwierania drzwiczek półką na „wiadro na śmieci” (nigdy nie miałam takiej szafki, ale nie wtajemniczeni goście otwierali moją szafkę pod zlewozmywakiem i jakby wrodzonym odruchem, nie patrząc, wyrzucali śmieci na stojące tam naczynia – wtedy we wszystkich domach w tym właśnie miejscu, obowiązkowo stał kubeł). Może, gdybym – jak wszyscy – wysypywała je z wiadra, nikogo by nie zainteresowały, ale śmieci uwięzione w worku prowokowały…
Dziś sprawa śmieci urosła do rangi recyklingu i jest to podobno niezły biznes, co potwierdza fakt, że mój znajomy nie został śmieciarzem (czego zapragnął po utracie pracy w zupełnie innej branży), gdyż zażądano od niego czterech tysięcy złotych łapówki… Wówczas zrozumiał, że to fach dla wybranych, a ponieważ nie czuł się wybrańcem losu, zamiast zbierać cztery tysiące złotych, poszukał innej pracy. I udało mu się znaleźć w tej samej dziedzinie, w jakiej dotychczas pracował! Śmieciarze nie zablokowali go psychicznie. Nie popadł w depresję typu: nawet na śmieciarza się nie nadaję. Nie stać mnie, by zostać śmieciarzem. Koniec dygresji o śmieciach.
Przez wiele lat byłam w centrum zainteresowania, byłam gwiazdą – czyż życie nie jest piękne? Minęły lata… Kwietniowy poranek i odżywcza kąpiel w wodzie z dodatkiem koziego mleka wprowadziły mnie w błogi nastrój. Odczuwałam jakąś dziwną, niczym konkretnym nie uzasadnioną wewnętrzną radość. Byłam wdzięczna Bogu, że życie nie jest wieczne i podlegam zbawiennemu procesowi przemijania, z którym łączyłam wielkie nadzieje… I kiedy tak sobie leżąc w wannie myślałam o tym, jak cudowne jest przemijanie, i że już nigdy nie będę podejrzewana o nielegalny seks, i że już mogę sobie żyć spokojnie nikomu nie wadząc i nie koląc w oczy, zadzwoniła do mnie znajoma, moja imienniczka zresztą (znam bardzo dużo Małgoś i z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że, generalnie, wszystkie Małgosie są fajne), która telefonuje do mnie raz na rok – kontrolnie. Usłyszałam w słuchawce: – No cześć, Gośka. Co u Ciebie? Sypiasz jeszcze z tym homoseksualistą? Aż mnie pod wodę wessało. Coś się jej pomyliło, to pewne, tylko, do kurwy nędzy, co i z czym?! Zaraz potem odbieram pismo z administracji, że jestem jedynym lokatorem w całym osiedlu, który ma – zagrażające bezpieczeństwu – skrzynki zewnętrzne na balkonie, w związku z czym prosi się mnie o bezwzględne i natychmiastowe ich usunięcie, gdyż w przeciwnym razie wysunięte zostaną wobec mnie poważne konsekwencje (skrzynki zewnętrzne mają prawo wisieć jedynie na balkonach na parterze). Poza tym wszystkie balkony mają być takie same, a mój psuje wygląd osiedla. Wychodzę na balkon, patrzę na inne bloki – wszędzie skrzynki zewnętrzne. Spoglądam w bok i widzę, że na pozostałych balkonach na moim, czyli trzecim piętrze również wiszą skrzynki zewnętrzne. Jednak bardzo różnią się od moich – zawieszone są na nowoczesnych plastikowych uchwytach, podczas gdy moje osadzone są w staromodnych: mocnych, żelaznych. Jednak największa różnica tkwi w stopniu ukwiecenia. W moich rosną kwiaty, podczas, gdy pozostałe są schludne, gdyż puste. Czyżbym nadal była gwiazdą?
Zmiana klimatu – wierszyk, który został opublikowany na okładce „Radaru”.

Papierowa róża
Wszedłeś do mnie przez miłość

dzwoneczki wplatałeś
w moje jasne włosy
zaplątałeś mnie
w swoje palce
miękkie do zachwytu

Co było dalej
nie pamiętam
coś się stać musiało,
że pustka po mnie
ledwie drgająca nad płomieniem 
                              żałobnym
dotknij

palcami miękkimi aż do zachwytu
zapłakanych ust
w deszczu, na wietrze 
                     wypatrujących
Już późno.