Une traduction en préparation
Znajomi uwielbiają moją kuchnię. Uważają mnie za największą artystkę kulinarną XX i XXI wieku i nic na to nie można poradzić. Skromnie stwierdzam, że się nie mylą – istotnie, nawet z niczego potrafię zrobić coś i to w dodatku bardzo smacznego. Czynię to intuicyjnie wykorzystując patenty kuchni z całego świata, głównie francuskiej, włoskiej, chińskiej, japońskiej, marokańskiej i ukraińskiej. A ponieważ preferuję zdrowe żywienie, nabywam głównie świeżą florę, rzadko – faunę oraz produkty dobrych firm, niekonserwowane, często zaopatruję się w sklepiku z żywnością ekologiczną.
Lecz ci sami znajomi, którzy wynoszą pod niebiosa moje zdolności kulinarne, krytykują mnie za rozrzutność – uważają, że jestem niepraktyczna, ponieważ kupuję za drogie produkty. I to w dodatku w osiedlowym sklepiku, gdzie – wiadomo – ceny o wiele wyższe, niż w supermarketach.
- Strasznie przepłacasz – mawiają, kręcąc przy tym z dezaprobatą głową. – Nic dziwnego, że nigdy nie masz pieniędzy i nic sobie nie możesz kupić, za drogo kosztuje cię jedzenie – dodają jeszcze uczenie, żeby mnie już całkiem zdołować (oczywiście, dla mojego dobra, bo to dobrzy znajomi), i żebym nie miała żadnych wątpliwości, jaką jestem blondynką-kretynką. Kobieta nowoczesna nie robi zakupów w małym sklepie, tylko raz na miesiąc, ewentualnie na dwa tygodnie podjeżdża samochodem pod supermarket i tam kupuje, co trzeba. Wtedy jest tanio i szybko – wszystko w jednym miejscu.
- Ale ja nie mam samochodu – tłumaczę się w nadziei na rehabilitację polegającą na wybaczeniu mi tej nienowoczesnej i niepraktycznej, czyli nagannej postawy. Nie okazał się to jednak argument przekonujący, no bo przecież ktoś zawsze ma.
- Masz tylu znajomych, zawsze ktoś cię zawiezie – na dowód tego znajomi jadą ze mną do Auchan, bo tam teraz najtaniej. Kiedy już jesteśmy w markecie nie odstępują mnie na krok, żebym nie popełniła jakiegoś głupstwa (czytaj: nie kupiła nic za drogiego).
- Czego dużo używasz? Aha, przecieru pomidorowego do spaghetti i la pasty. No i te twoje zupki pomidorowe… Okej, idziemy więc do półek z przetworami. Sięgam po Pudliszki. Nagle powstrzymuje mnie wrzask: Nieeee! I znaczące spojrzenia: no tak, sięga po najdroższe. Znajomi wyszukują mi słoiczki czterokrotnie tańsze od Pudliszek za tę samą ilość.
- Ci to mają głowę – myślę o nich z podziwem i patrzę, jak ładują do kosza całą zgrzewkę. Na etykietkach optymistyczne logo: zaciśnięta dłoń z kciukiem do góry (na żółtym tle w zielonej obwódce – kolory nadziei). Obok loga wyjaśnienie: Produkt ten stworzyliśmy, aby Państwa zadowolić. Pod logiem obrazek z dorodnymi, czerwonymi pomidorami. Pod wyjaśnieniem polska flaga, a pod nią: Wyprodukowano w Polsce. Ha, to jest to! I ten kciuk do góry – tak mam trzymać, jest okej, a nawet więcej – ja jestem okej. I o to przecież chodzi, żeby być do przodu.
- Czego jeszcze dużo zużywasz? No tak, zielonego groszku – w tym momencie rozmarzyli się, wspominając moje zupki-kremy z tej właśnie rośliny. Kieruję wzrok ku sprawdzonemu Krakusowi (obok stoją też bardzo dobre groszki Bonduelle). Mój wzrok napotyka jednak na istotną przeszkodę – karcące spojrzenia moich wybawców i nauczycieli praktycznego życia. Tym razem w drucianym koszu-pojeździe pojawiają się dwie zgrzewki puszek z groszkiem logowanym zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry! Te same napisy i te same barwy narodowe (chorągiewka), co na pomidorach, z tą różnicą, że obrazek dorodnych czerwoniutkich pomidorów zastępuje piękny, zieloniutki, wyjątkowo duży groszek.
- Zobacz, ile masz za tak niewielkie pieniądze! Sama zobacz! No policz tylko! (nie zdradzam się, że do dziś nie umiem liczyć) – przekrzykują się moi przyjaciele dumni ze swej misji szkoleniowej i zapędzają się w ostre klimaty pedagogiczne: – Na jeden raz byś miała, gdybyś sama kupowała, a tak to na kilka miesięcy masz za tę samą kasę! Jest wolny rynek, musisz nauczyć się wybierać! Kurczę się pod wyrzutami sumienia. Ojejku, a ja tak przepłacałam… Poczucie winy narasta we mnie i kurczę się coraz bardziej. Jacy oni mądrzy, potrafią żyć, nie to co ja. Ludzie myślą, liczą, praktyczni są. Nic dziwnego, że na wszystko ich stać – wiedzą, gdzie i co kupować. Mam ochotę się rozpłakać – całe życie zmarnowane, taki błąd, taki niewybaczalny błąd, jak ja mogłam tak bezmyślnie czynić – lamentuję w duszy, no i, oczywiście, jestem bardzo wzruszona, że chcą dla mnie tak dobrze. Ale mam cudownych znajomych, dbają o mnie… Z tkliwością patrzę na ich dziwnie zgięte sylwetki – mocno wysunięte do przodu, by na przepastnych półkach dojrzeć dla mnie tanie produkty i chce mi się płakać ze wzruszenia, ale poskramiam wrodzoną spontaniczność. Kto to widział płakać w supermarkecie, gdzie wszystko stoi frontem do klienta, którym przecież jestem. Jako klient biorę się więc w garść, by – wraz z moimi nieodłącznymi przyjaciółmi poświęcającymi cenny czas, żeby uczyć mnie oszczędności – wypełniać konsumencki obowiązek zgodnie z przeznaczeniem obiektu, w którym się znajduję.
- A, i robisz taki cudowny sos tatarski – znowu się rozmarzyli. Jejku, jacy kochani, tak mnie doceniają. Wiadomo, sos tatarski – znaczy przyszedł czas na konserwowe ogórki. Nawet nie ośmielam się spojrzeć na duży słój z etykietą Krakusa. Chcę mieć opinię nie tylko świetnej kucharki, ale też osoby pojętnej, która szybko się uczy oszczędności. Do wózka ląduje słój z ogórkami z wizerunkiem zaciśniętej dłoni z kciukiem skierowanym do góry. Ogórki też zostały stworzone, aby mnie zadowolić, na obrazku – apetyczne i soczystozielone, polska flaga narodowa powiewa na nich tak samo jak na pomidorach i groszku. Czuję się patriotką, kosz coraz ciężej pchać, ale nie ja go pcham. To moi przyjaciele wzięli ten trud na siebie. Żebym się odstresowała – tak powiedzieli. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, moi przewodnicy po nieznanych mi obszarach oszczędności czymś się zainteresowali, w związku z czym udaje mi się, korzystając z ich nieuwagi, wrzucić do kosza wiejską osełkę (masło, które lubię) i olej z pestek winogron (używam też oliwy z oliwek – omega 3, ewentualnie oleju słonecznikowego – witamina E). Oczywiście czynowi temu towarzyszy ogromne, przytłaczające poczucie winy (gdybym była gospodarna, wzięłabym margarynę i olej rzepakowy). Znowu się kurczę, tak bardzo mnie ono przytłacza. Jestem niepokorna i niewdzięczna – oskarżam się i już chcę wyjąć moje ulubione masło i odłożyć je tam, skąd je wzięłam, ale moi dobroczyńcy odjechali z wózkiem do karmy dla kotów.
- Rozpieszczasz Tusię tym Wiskasem, popatrz, jaka tania jest sucha karma. W koszu pojawia się duża szara torba, a tuż za nią następna. Nawet o kocie pomyśleli. Życie jest piękne. – Będziesz miała na rok, termin ważności do 2005. Ty za te pieniądze żywisz kota przez dwa dni.
No tak… stąd moje wieczne problemy finansowe. Teraz rozumiem. Jestem beznadziejna, a takie miałam dobre o sobie mniemanie… Podróż przez krainę taniego dobrobytu trwa już długo, czego zupełnie nie odczułam, a co uświadomił mi telefon od Piotra, który od pół godziny czeka pod moim domem, gdzie znalazł się o umówionej porze. Zdążył też zadzwonić Paweł z Arabii Saudyjskiej, który nie mógł się nadziwić, że jestem w supermarkecie. – Ty w takim miejscu! Na szczęście wojna w Iraku była dla niego ważniejsza, więc temat moich radosnych zakupów nie był kontynuowany. Tymczasem piramidę na wózku dopełniają makarony z jakże mi już znanymi zaciśniętymi dłońmi z kciukiem skierowanym do góry (a ja, niepoprawna, tęsknie patrzę na znajome kluski włoskie, czy chociażby Malmy). No, wreszcie koniec. Teraz do kasy. Wręczam pani kasjerce bon na 100 złotych, który dostałam od Krzysia i dopłacam jeszcze 100 złotych, bo o to właśnie chodzi w tym rozdawnictwie bonów (przez cały czas towarzyszy mi bolesna świadomość, jak bardzo dotychczas byłam niegospodarna i jaka to ogromna strata). Następnie, jak biali ludzie, „podjeżdżamy” wózkiem do samochodu zaparkowanego kulturalnie pod dachem supermarketu (sama nigdy bym go nie znalazła) i ładujemy liczne produkty żywnościowe do bagażnika.
Z poczuciem pożytecznie spędzonego dnia siadam obok Kazia, który z kolei zadowolony z dobrze spełnionej misji zamaszyście siada za kierownicą. Ach, co tu dużo mówić, życie jest piękne. Trzy przecznice od mojego domu, pod samą komendą policji, stajemy na czerwonych światłach. Do stojącego obok samochodu podbiega piętnastoletni chłopak, wybija pięścią szybę i wyrywa siedzącej za kierownicą kobiecie torebkę. Kilka godzin czekamy na policję, bo musi przyjechać stołeczna. Policjanci z komendy, pod którą to się stało, nawet do nas nie wyszli, choć barbarzyńca zniknął w podwórku za budynkiem, gdzie sprawują swój wzniosły urząd. Moi przyjaciele wnieśli mi zakupy na trzecie piętro, kilka razy wracając do samochodu.
Kiedy poszli, rozdysponowałam dobra materialne i przystąpiłam do tworzenia swoich firmowych potraw.
- No to zrobię la pastę i moją słynną zupkę-krem (zaprosiłam na wystawną kolację Jolę i Piotra) – powiedziałam do kuchenki, ponieważ bardzo lubię rozmawiać z przedmiotami funkcyjnymi typu urządzenia, takimi jak: pralka, lodówka, odkurzacz, elektryczna maszynka do mięsa, mikser i tym podobne. Zalałam wrzątkiem makaron. Po kilku minutach w garnku pojawia się gęsta maź. Okazało się, że kluski z zaciśniętą dłonią z kciukiem skierowanym do góry rozpuszczają się podczas gotowania.
Być może należy je tylko zalać wrzątkiem, jeszcze tego nie zbadałam, ponieważ chwilowo czuję do nich uraz (kurwa, dwadzieścia torebek z makaronem instant). Odkładam więc ten eksperians na później. Otwieram puszkę z groszkiem. Mym oczom objawiają się szare kulki w zalewie. Próbuję – twarde, bez smaku. Kurwa, dwie zgrzewki niejadalnego groszku, a ściślej – namoczonego w słonej wodzie suchego grochu. Życie jest piękne. Odkręcam słoik z koncentratem pomidorowym. Wylewam do naczynia bladą, prawie przezroczystą maź o bardzo dziwnej glutowatej konsystencji bez zapachu i smaku pomidorów, zupełnie nie przypominającą koncentratów, które dotychczas stosowałam. Sprawdzam ketchup – to samo. O, kurwa. Nasypałam kotu suchej karmy, co to ma ją żreć przez rok. Ledwo powąchał i odszedł dziwnie się otrząsając. Dobra, nie ma co rozpaczać, co prawda nici z la pasty i zupki-kremu z groszku, ale za to zrobię sos tatarski. Odkręcam słój z ogórkami… Okazały się żółte, puste w środku, o najbardziej obrzydliwym smaku, jaki sobie można wyobrazić. Zalewa cuchnęła na całe domostwo. Koszmar to senny, czy jawa? Słoika z papryką ciętą nie otwieram. Wyrzucam go od razu.
Trzy dni temu rzuciłam palenie. Po otworzeniu słoja z ogórkami zeszłam do osiedlowego sklepiku, kupiłam paczkę moich ulubionych papierosów i piwko na wsparcie. W godzinę później, gdy już się trochę uspokoiłam, zrobiłam  s w o j e  zakupy. I nikt nie pojmie, jak bardzo się ucieszyłam z tego, że koncentrat pomidorowy był czerwony, gęsty i pomidorowy, groszek był zielony i smakował jak groszek, ogórki były zielone i twarde, w smacznej zalewie, a makaron nie był rozpuszczalny. Z supermarketu miałam najbardziej kosztowne ze wszystkiego, co kiedykolwiek w życiu kupiłam: wiejską osełkę i olej z pestek winogron. Zapłaciłam za to 200 złotych. Będę bardzo oszczędnie używać.
Do mleka z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry (też zgrzewka) boję się zajrzeć (słoika z papryką też nie ośmieliłam się otworzyć). Mam jeszcze w lodówce to przepłacone, czyli… normalne białe mleko o smaku krowiego mleka. Ale już sobie wyobrażam lekko zamleczoną wodę z zapachem chloru, lub coś w tym rodzaju. Nie wiem, czy kiedykolwiek odważę się otworzyć karton z mlekiem logowany zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry. Na razie tej odwagi nie mam. Zwłaszcza, że pod zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry roztaczają się pomarańczowoczerwone pola pod czerwonym słońcem, co już sugeruje produkt nie mający z mlekiem wiele wspólnego (wzruszająca szczerość przekazu graficznego), czyli – kategoria: porażka.
Jednakże zgrzewka mleka z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry odegrała ważną rolę w moim życiu – zweryfikowała moją autoświadomość. Już nie uważam się za osobę odważną, choć na pewno nią byłam, o czym świadczy chociażby fakt wieloletniego beztroskiego przemieszczania się tzw. stopem w periodzie mojej zewnętrznej świetności. Mleko z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry uświadomiło mi tę konkretną zmianę w mojej bogatej osobowości.
W tydzień później…
Plastikowe miseczki z suchą kocią karmą, które rozstawiłam w piwnicach w czternastu budynkach – nietknięte. Puszki z groszkiem, które ustawiłam na murku śmietnika i do których dołączyłam otwieracz do puszek (bo jestem dobrą kobietą), ale ten gorszy, lepszy zostawiłam sobie (bo jestem złą kobietą) – zniknęły. Słoiczki z niby koncentratem pomidorowym również zniknęły. W śmietniku tym mieszkają bezdomni ludzie, którzy są alkoholikami. Widać do wódeczki podchodzi żywność z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry. Cieszę się, że mogłam pomóc moim współbraciom (wszyscy tworzymy jedną wielką ludzką rodzinę), do których może niedługo dołączę, bowiem od pewnego czasu – z powodu problemów finansowych i wygórowanych rachunków – nie płacę za wodę i komorne, a wypić też lubię, dzięki czemu jest szansa, że uda mi się nawiązać kontakt z moimi potencjalnymi współlokatorami. Na wszelki wypadek zawsze, gdy wyrzucam śmieci, zwłaszcza rano, kiedy ich bezczelnie budzę hałasem wrzucanego wora do metalowego pojemnika, mówię mieszkańcom mojego potencjalnego miejsca zamieszkania (adres się wiele nie zmieni, w sumie tylko trzy piętra niżej i domostwo trochę przesunięte) – dzień dobry. I oni mi odpowiadają. A to dobry znak. I – by mieć jeszcze większą pewność, że, w razie czego, przyjmą mnie do swojej społeczności – daję im 10 złotych, kiedy proszą o 50 groszy tłumacząc, że właśnie tyle brakuje im do papierosów lub flaszki. Ta zręczna manipulacja ma na celu wytworzenie w ich sumieniach poczucia winy, kiedy okaże się, że to przez nich zbankrutowałam i stąd wynika niewielka zmiana mojego adresu. Chyba mnie lubią.
Dwa tygodnie później… Zdobyłam się na odwagę i otworzyłam mleko z zaciśniętą dłonią z kciukiem do góry, gdyż skończyło mi się normalne, a potrzebowałam do kawy. Najpierw wlałam go trochę do kubeczka, powąchałam, potem ostrożnie spróbowałam i… Mleko okazało się być mlekiem! Dolałam go do kawy i kawa smakowała jak kawa z mlekiem. Czyż życie nie jest piękne?! Jutro zrobię budyń.
Cztery tygodnie później… Wyglądam przez okno i mym oczom ukazuje się widok niezwykły: oto robotnicy zdejmują dach z mojego przyszłego domostwa (niepopłacone rachunki piętrzą się na stole), śmietnika znaczy się. Położą nowy – pomyślałam optymistycznie, gdyż optymizm nie opuszcza mnie nigdy. Jak to miło, gdy klasa pracująca dba o bezrobotnych i bezdomnych… Może jeszcze ściany ocieplą na zimę…
Cztery tygodnie i trzy dni później… O, zgrozo! Nie ma już śmietnika! Nawet śladu po nim! Gruz zwieziony, gleba po nim wysprzątana, a w miejscu schronienia dla bezrobotnych i bezdomnych stanął – niczym pomnik ku chwale współczesnej cywilizacji – piękny i wyniosły, wielki, jaskrawopomarańczowy pojemnik na produkty uboczne tejże.
Po tym wszystkim – trochę pokarmu duchowego:

Moja codzienność
Świt biały jak welon rozpostarł ramiona
i cichutko opadł nie budząc sąsiadów.
Jednym z tysięcy oczu zajrzał do pokoju,
mrugnął na znak, że już czas zacząć.
Pośrodku świtu, a już go nie było
pojawiła się niewidzialna kula.
Rozpostarła przezroczyste skrzydła
i miękko opadła. Zajrzała do pokoju.

Ściany nabrały blasku. Przemówiły obrazy.
Maszyna zaczęła pisać. Pędzle malować.
Druty poruszały się na kształt swetrów.
Listy się czytały głosami przeszłości.
Ciasto na talerzykach podało się gościom,
Którzy byli, chociaż ich nie było.

Potem świt biały ściemniał. Rozpostarł ramiona.
Jednym z tysięcy oczu zajrzał do pokoju.
Mrugnął na znak, że czas ciepłym szalem
otulić miłość, odpocząć w fotelu.
Ogień na kształt serca rozpalił się w kominku.
Pokrywka czajnika zadrżała ze szczęścia.
Dobre duszki snuły się po kątach.

Lecz i wieczór ściemniał. Roziskrzył swe oczy.
Tysiące świec zapalił w noc urodzin świata.
Nachylił się nade mną i jak mógł najczulej
w ramionach poniósł do snu. Na czas gwiazd.

Białym świtem znowu pojawiam się w pokoju,
by rozpocząć wędrówkę przez dzień.
Zegar chodzi do tyłu.
W oczekiwaną godzinę zadzwoni na pobudkę.