gosiam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2003

Une traduction en préparation
Mój problem polega na tym, że nie jestem konsumpcyjna. A to nie jest dobrze. Żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym i nie należy się alienować w swych egoistycznych dążeniach realizacji siebie poprzez indywidualizm, a w szczególności poprzez indywidualizm źle pojęty – wyrażający się, na przykład, ignorancją materialnych dóbr doczesnych. Współczesna cywilizacja czegoś od nas wymaga i obowiązkiem poszczególnych jednostek tworzących społeczeństwa, a w konsekwencji jedną ludzką rodzinę, jest się do tego dostosować. A ja w swym skrajnym, godnym potępienia egoizmie, od 20 lat ubieram się w to samo, i w ogóle – żyję nie „po coś”, tylko czymś. Mam tzw. pasje. A to piszę, a to maluję, a to coś tam innego, generalnie… tworzę. I wciąż się czegoś uczę. Czyli… nie idę z duchem czasu. Nie oglądam tv, nie znam aktualnych reklam, prawie nic nie kupuję – jednym słowem, nie jestem na bieżąco. Postanowiłam z tym skończyć. I ty możesz zostać kobietą nowoczesną, powiedziałam sama do siebie (uwielbiam ze sobą rozmawiać, ale to chyba nie choroba psychiczna – jeszcze, po prostu lubię rozmawiać z kimś inteligentnym, a ostatnio nawet kot, którego dotychczas miałam za nadistotę, zgłupiał, więc się do niego nie odzywam). Ale od czego zacząć? Żeby się o tym dowiedzieć, włączyłam telewizor. Godzinę go szukałam – nie to, że mieszkam w pałacu i zapomniałam, w której komnacie stoi, nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej w świecie wtopił się w codzienny krajobraz domowy i – wśród tysięcy książek – pokrył się maskującym go kurzem z powodu nieużywania. Ale mam szczęście! Trafiam na hity XXI wieku – reklamy! Dzięki temu szybko zapoznaję się z panującymi trendami. Reklamy to świetne filmy, żadnych dłużyzn, krótka, zwięzła forma ilustrowana przekonującym obrazem. Dowiaduję się, że kobieta nowoczesna, (co łączy się z niezależnością), ma czystą i lśniącą muszlę klozetową, a nowoczesny kot ma lśniącą sierść (natomiast nowoczesna kobieta nie może być pokryta żadnym zarostem, w związku z czym ma się depilować i tylko na głowie może porastać, najlepiej włosem lśniącym, czemu służą odpowiednie szampony i odżywki). Pędzę obejrzeć swoją muszlę, zwaną dawniej sedesem – może i czysta, ale raczej nie lśni. Rzucam też przy okazji okiem na kota – ten w odróżnieniu od sedesu – lśni (czyli bardziej dbam o kota). Powinnam jeszcze spojrzeć w lustro (włosy), lecz tego nie czynię (rano). Za to szybko się ubieram – zakładam sztuczne futro (ekologiczne) na cienkie spodnie w kwiatki służące do spania (jest rano i zima) i spraną bluzę od dresu, który robi za piżamę i lecę do najbliższego sklepu. Rutynowo sięgam po karmę dla kota, która zawiera chyba jakiś narkotyk, bo odkąd kupiłam Tusi pierwszą puszkę, nie chce już jeść nic innego, a za horrendalną cenę prawie dziewięciu złotych nabywam Harpic, dawniej WC Picker, jak głosi naklejka, i – triumfalnie dzierżąc zdobycz XXI wieku – podążam do – wymagającego remontu – domostwa. Harpic, aktywny żel zapachowy, to nowa generacja gęstych produktów do czyszczenia muszli toaletowej – czytam na opakowaniu. Nowa generacja – tak, właśnie o to mi chodzi! Jestem naprawdę szczęśliwa! Trzymam w rękach piękne opakowanie zawierające substancję stanowiącą dorobek chemiczny pokoleń uczonych, którzy pracowali w imię pokonania atakujących nas, chorobotwórczych bakterii! I wystarczyło tylko włączyć telewizor, zejść do sklepu, no i jeszcze mieć prawie dziewięć złotych. Przecież to tak niewiele, a tyle radości. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy rozleję w mojej muszli cudownie gęsty płyn barwy żółtej (kolor nadziei) i skutecznie usunę nawet najtrwalszy brud i osady, i w dodatku nawet spod obrzeża muszli toaletowej, i pozostawię ją czystą i lśniącą. Żeby to osiągnąć, muszę otworzyć plastikową butelkę – chwytam więc czerwoną (barwa erotyczna) nakrętkę kształtu fallicznego (jej falliczność potęguje charakterystyczne wydłużenie i zagięcie górnej części opakowania) i… o zgrozo, napotykam opór materii. Nie daje się odkręcić. Mam szczęście w zasięgu ręki i nie mogę się do niego dostać. Nakrętka ani drgnie. Te falliczne kształty to mnie już zawsze będą prześladować? W rozpaczy biegnę do sąsiada – zawsze odkręcał mi „trudne” słoiki oraz puszki, i choć tym razem jest to butelka, jestem pełna nadziei, że i z nią sobie poradzi. W końcu częściej, niż ja, obcuje z kształtem fallicznym. Sąsiada nie było, była natomiast jego żona, której nie obce ani wspomniane kształty (ma męża), ani nowoczesne środki czystości (ma dom na głowie i jest nowoczesna). Po kilku minutach siłowania się z oporną nakrętką, spojrzała na mnie jakoś dziwnie i spytała: coś ty kupiła? W chwilę później pokazała mi Domestosa, który robi to samo i łatwo się otwiera. Byłam zdruzgotana. Tańszy, stoi na straży czystości i do tego ma przyjazną nakrętkę. Trafiłam na niewłaściwą reklamę. Porażka już przy pierwszym podejściu… Czy uda mi się zostać kobietą nowoczesną? Takie i jeszcze inne czarne myśli ogarnęły mój umysł. Zgarbiona, powolnym krokiem zeszłam na swoje piętro. Stojąc nad muszlą klozetową – w toalecie wielkości szafki na szczotki w multikinie, do której już kilka razy weszłam, zamiast do sali kinowej – pomyślałam, że mogę przecież wymienić Harpica na Domestosa. Ale – z drugiej strony – dlaczego mam się dać pokonać zwykłej nakrętce?! To znaczy, nie takiej znowu zwykłej, ale ja też jestem niezwykła. Mam się dać jej pokonać tylko dlatego, że ma prześladujący mnie kształt falliczny?! O, nie! Teraz wkurwiłam się naprawdę. Próbuję ją przekręcić i… znowu nic. W tej sytuacji postanawiam podejść do sprawy naukowo. Może to nie dość nowoczesne, ale moje. Instrukcja obsługi… gdzieś musi być instrukcja obsługi… Jest! Znalazłam! Nazywa się co prawda „sposób użycia”, ale wychodzi na to samo: Zakrętkę silnie uchwycić (u-chwycić, a nie chwycić – to bardzo ważne) w oznakowanych miejscach (nerwowo szukam oznakowanych miejsc – są!) i pokonując opór odkręcić w kierunku wskazanym przez strzałkę (kurwa, nigdzie nie ma strzałki!). Nie mogę pokonać oporu. Oporu materii. Czytam jednak dalej: butelkę skierować w dół i lekko ją naciskając polać powierzchnię pod obrzeżem muszli (szukam obrzeża muszli – jest!). Po 30 minutach spłukać (zupełnie jak w instrukcji farby do włosów, wiem, bo kiedyś znalazłam taką ulotkę – kobiety nowoczesne farbują włosy). Choć nigdy nie znalazłam strzałki, w końcu uporałam się z prześladującym mnie kształtem fallicznym w formie czerwonej nakrętki. Ha, jest jeszcze uwaga z wykrzyknikiem, czyli coś ważnego: W przypadku połknięcia skontaktować się z lekarzem. No tego już za wiele. Złośliwe to jest i jeszcze mam mu robić dobrze! Że jak falliczne, to już mu się wszystko należy, w dodatku traktuje mnie jak blondynkę, którą jestem. A poza tym to kryptoreklama seksu oralnego. Tylko po co ten lekarz? Seksuolog może… A w reklamie nic o tym nie było… Domestos zresztą też ma kształt falliczny i po dostaniu się go do ust (do czego najwyraźniej prowokuje – oboje prowokują z Harpikiem) również należy skontaktować się z lekarzem. Ale na proszkach do prania już nie ma tej cennej informacji – to chyba dlatego, że pudełka z proszkiem mają poprawny kształt. Albo producenci zakładają, że czyszczą głównie blondynki (no bo kto inny by się tak męczył?), a piorą pralki – istoty mądrzejsze, gdyż powstały w późniejszym etapie ewolucji. Po użyciu butelkę zamknąć zakręcając do oporu – czytam dalej. O, nie! Tego na pewno nie zrobię. Zakręciłam butelkę nie do oporu, żeby już nigdy nie przeżywać tego samego. Przechytrzyłam ich! Chyba jest szansa, bym stała się kobietą nowoczesną, choć przede mną jeszcze długa droga… Nawet nie mam seksownej bielizny… w ogóle żadnej nie mam, wszystkie majtki mi się sprały i wydarły… To samo ze stanikiem (tak, tylko jeden). Długa przede mną droga i kosztowna… Ale pierwszy krok poczyniony – za prawie dziewięć złotych. Kilka godzin później… Udało mi się bez problemu otworzyć puszkę z rybimi wątróbkami (bardzo zdrowe, zawierają cynk na przykład, a cynk pozytywnie wpływa na skórę, włosy i paznokcie, co ważne dla kobiety nowoczesnej, no i jeszcze jest afrodyzjakiem), choć puszka miała dzyndzel (podobnie jak puszki z karmą dla kota i niektóre z zielonym groszkiem), który częściej się urywa, niż otwiera puszkę. Jak się taki dzyndzel urwie, to wtedy trzeba nieprzyjazną blachę rozpruwać otwieraczem, który zawsze wówczas znika (wg prawa Murphy’ego, tego samego, które głosi, że jak stoisz w kolejce w barze i masz upatrzoną w gablotce jakąś potrawę, to zgarnia ci ją osoba, która stoi przed tobą). I co zrobić, kiedy dzyndzel urwany, a otwieracz nieobecny (albo gdzieś obecny, ale tymczasowo zniknięty)?
Wtedy wychodzi się z taką puszką z domu i trze się ją o chodnik (na przechodniów nie należy zwracać uwagi, niech sobie myślą, co chcą), aż się zetrze wystającą krawędź – wówczas blaszka odpada, tylko trzeba uważać, żeby wraz z nią nie wyleciała zawartość puszki. To jest rada dla tych, którzy mają problemy z puszkami. Ale czy – oprócz mnie – ktoś jeszcze ma takie problemy? A swoją drogą to ciekawe, że nadszedł XXI wiek, a puszce (i to nie każdej) przybył tylko niedoskonały dzyndzel. Dla niewtajemniczonych w kwestię dzyndzli – puszki z piwem mają inne dzyndzle, i w kształcie (znowu falliczny, tamte, od ryb i kotów, są okrągłe) i w działaniu (urywają się rzadziej). To, że urywają się rzadziej, jest bardzo ważne z kilku powodów: po pierwsze primo – piję dużo piwa; po drugie primo – puszki z piwem nie da się otworzyć otwieraczem, bo ma za wysoką krawędź; po trzecie primo – piwo jest cieczą i nie dałoby się puszki z nim otwierać za pomocą wyżej opisanego tarła, które najlepiej sprawdza się w przypadku puszek z jadłem stałym, na przykład z mielonką. Aha, a propos fallizmu (nie mylić z fatalizmem, choć korci:-), a właściwie wszech-fallizmu: cała Warszawa wysadzona jest gustownymi ciemnozielonymi palikami z wrąbkami poczynionymi w stosownych miejscach. Bardzo miło jest przysiąść sobie na takim paliku w chwili zmęczenia, choć one – wedle zamysłu ich twórców – do czego innego służą. Bo generalnie to one służą bezpieczeństwu w mieście. Ale pomagają też w nim przetrwać, bowiem chodzenie po mieście może być męczące – przydałyby się także w supermarketach, gdzie również panuje duży ruch, i też kołowy (wózki, czyli jeżdżące kosze – sukces w dziedzinie techniki użytku codziennego). Tak więc bardzo lubię przysiadać na tych palikach – są tak przyjaźnie zaokrąglone i stosownych wymiarów (prawie jak barowe stołki). Freud miałby wiele do powiedzenia na ten temat, ale na szczęście koleś nie żyje, podobnie jak większość wielkich uczonych. Bo cechą charakterystyczną wielkich uczonych jest to, że – na ogół – nie żyją. A ci najwięksi, to już na pewno nie żyją. Nie muszą – pozostawili po sobie dzieła (bezużyteczne?), których prawie nikt nie czyta, gdyż ludzkość zajęta jest sprawami wyższymi, niż myśleniem i psuciem sobie oczu. I słusznie. Trzeba iść z duchem czasu. Książki są nie ekologiczne! Gdyby nie one, zielone płuca zajmowałyby więcej miejsca na naszej planecie! Dlatego należy przyjąć postawę ekologiczną i bojkotować książki, podobnie jak bojkotuje się naturalne futra. Po co komu te setki tysięcy zakurzonych wolumenów w bibliotekach, do których prawie nikt nie zagląda? Po to, żeby dać pracę bibliotekarzom stanowiącym niewielki odsetek populacji ludzkiej? To nieekonomiczne! Z jednej strony mamy taaaki postęp, a z drugiej – pożałowania godne zacofanie. Szkoda gadać… Książki w dobie internetu, też coś. Na płytki by to przegrać i oszczędność papieru by była. A takie płytki (czytaj: ekologiczne książki), to niech już sobie leżą, jak muszą. Przynajmniej nie zajmują tyle miejsca, no i nie byłoby bibliotek, tylko płytoteki (albo nawet dyskoteki). A to już brzmi lepiej – każdy przyzna. By pozostać w klimacie integracji z naturą – strof kilka…

Perłowa komnata
Na cienkich łodygach wyrastały gwiazdy
i były jak motyle
Kwiaty zwisały z nieba tysiącem zapachów
i drżały niczym skrzydła ważek

Do serc gwiazd skapywały krople nektaru
Miłość kwiatów do gwiazd była ogromna
W mocnych objęciach muszli płynęła perła
W łagodnych objęciach motyla odpoczywał obłok

Ptaki lekkie jak płatki kwiatów
przefruwały przeze mnie łagodnie
zaczepiały skrzydłami o moje serce
nie czułam bólu

Było bezdźwięcznie i wiecznie
Noc czule pochylała się łodygami gwiazd
jak burza ujarzmiona przez wodne lilie

Cisza. Perła wyciągnęła srebrne dłonie
a ja swoje do niej.

Trzy miesiące później…
Dokonałam wielkiego odkrycia!
Trzeba kupować zwykły i tani, pięknie pachnący Żel do WC, a nie żadne domestosy czy harpicko-pickery. Aby go otworzyć, należy jedynie mocno ścisnąć butelkę i odkręcić nakrętkę. A o pomoc lekarską zwracamy się tym razem nie w wypadku połknięcia, lecz przedostania się do oczu, co jest wyrażone bardzo nieprecyzyjnie, a nawet błędnie: W przypadku zanieczyszczenia oczu… – napisano, a powinno być: W przypadku wyczyszczenia oczu, bo przecież Żel do WC czyści, a nie – zanieczyszcza. Jak można cokolwiek zanieczyścić czymś, co czyści? Jest też cenna rada: Nosić odpowiednie rękawice ochronne. Producenci żelu dbają o swoich klientów nie tylko wtedy, gdy używają oni ich produktu. Dłonie przez cały czas narażone są przecież na szkodliwe działanie chociażby zanieczyszczonego powietrza, często zbyt zimnego lub zbyt ciepłego. I w zasadzie każde rękawice są ochronne, choć nazwa ta przywołuje obraz dużych, niewygodnych.

Une traduction en préparation
W moim życiu działają następujące prawa: prawo serii (dotyczy tylko nieszczęść) i prawa Murphy’ego (czytaj: Marfiego – dotyczy wszystkich dziedzin życia).

Wydarzenia ostatnich dni:

I. pozytywne:
a. rozstanie z ukochanym (typowy popapraniec negatywny, alkoholik i zboczeniec), tym razem już definitywne, naprawdę;
b. zacieśnienie znajomości z Anią (która się męczy z typowym popaprańcem pozytywno-negatywnym);
c. nawrót (dwuletnia przerwa) dawnej przyjaźni z Tadziem (typowy popapraniec pozytywny, przyjaciel z młodości mojego ukochanego, czyli Tomka, popaprańca negatywnego);
d. wybaczenie Krzysiowi, że jest palantem;
e. zacerowanie grubych wełnianych skarpet zastępujących kapcie, których nigdy nie można znaleźć.

II. negatywne:
a. wymiana rur gazowych, czyli zdemolowanie kuchni, zasyfienie całego mieszkania (czytaj: slamsu) i brak gazu przez miesiąc;
b. rozstanie z ukochanym (bo strasznie cierpię i rozpamiętuję).

Całymi dniami czytam od niego emalie (czyli pocztę internetową, czyli coś, co od 2000 roku zastępuje klasyczne listy) oraz esemesy i staram się zrozumieć, jak można co innego pisać i mówić, a co innego czynić. Nie udaje mi się tego zrozumieć. Ania powiedziała, że mi wytłumaczy, bo chyba już wie, o co chodzi. Ale jeszcze musi się upewnić.
Jesteś moim życiem, jesteś moim światem – nie, tego nie mogę wyrzucić, choć skrzynka przepełniona i nie dochodzą do mnie żadne esemesy – niech nie dochodzą, tylko tamte były ważne.
Wybacz – umrę bez ciebie (żyje do dziś skurwiel) – tego też nie wyrzucam.
Te, które opiewały me nieskończone piękno, same wyleciały…

Ukochany miał nas trzy:
1. mnie (egoistycznie umieściłam się na pierwszym miejscu, choć – jak się okazało – wcale na nim nie byłam);
2. kochankę w „pracy”, która to praca jest jej dwuosobową firmą bez stałej siedziby, składającą się z tejże kochanki (stara i brzydka) i mojego ukochanego;
3. żonę.
Ale – jak twierdził – najbardziej kochał mnie (co oznaczało najgorsze traktowanie).
Mimo takiego wyróżnienia, nie byłam szczęśliwa. Więc dlaczego świat mi się zawalił?

Ania też ma problemy z samcem (artystą), ale go nie rzuca, tylko zdradza. Po prostu pieprzy się z innymi facetami, a ukochanego kocha, jako i on ją kocha swoją skomplikowaną miłością (własną).
Ania ma lepiej z dwóch powodów:
1. umie postępować z popapranym samcem, więc go ma,
2. umie czerpać przyjemność z seksu bez miłości, więc go ma.
Tym sposobem ma seks (i to dwa rodzaje: z miłością i bez) oraz miłość (ale i tak cierpi jak potępieniec i jest nieszczęśliwa), a ja nie mam ani seksu ani miłości, czyli… mam nic. I też jestem nieszczęśliwa. No bo reszta się nie liczy. Reszta to zmywanie i odkurzanie. Takie czynności nie mogą stanowić sensu życia, to jasne. No, chyba, że się jest kurą domową. Ale jak można być kurą w domu bez koguta?

Ja jestem bardziej nieszczęśliwa od Ani.
Ona chociaż ma samochód, sponsoring (od swojego popaprańca) i iluzję miłości (od swojego popaprańca).
Obie mamy kochane córeczki. I nawet są do siebie podobne z wyglądu.

Ponieważ od pewnego czasu nic się nie układa (prawo serii), to stać się może wszystko, co najgorsze. Nawet to, że jestem w ciąży. Tak, właśnie teraz, kiedy nie jesteśmy „razem” (tak naprawdę nigdy nie byliśmy razem).
No i co ja zrobię? Rozważania przerywa telefon. Nadchodzi Ania. Wpada po swojemu, stawia ogromną butlę wina (litrową, co i tak na nas dwie za mało) i zaczyna opowiadać, jaki numer wyciął jej ukochany. Bowiem ukochany Ani polega na tym, że wciąż jej wycina jakieś numery. Czyli robi przykrości. Czyli rani. Sprawia ból i cierpienie. Klasyka.
W końcu dostrzega moją niewyraźną minę. Wyjaśniam, o co chodzi.
- OK., jedziemy (Ania ma hondę, bo jej samiec przynajmniej ma pieniądze) do apteki po test ciążowy.

W aptece – kolejka i radosny plakat w gablotce, z napisem:
Życie jest piękne. Mam ochotę przypierdolić w gablotkę.
Po co to wisi? Żeby wkurwiać ludzi? I to w dodatku w aptece.
W szpitalach też takie wiszą? Może jeszcze w kostnicach, na cmentarzach, w krematoriach, domach starców, przytułkach dla ubogich i innych stosownych miejscach? Życie jest piękne… Wszystko się wali, a jakiemuś twórcy plakatu (pewnie jakiś popaprany artysta) wydaje się… Albo nie, pewnie kazali mu taki wykonać. Czego nie robi się dla pieniędzy?! Takie czasy.
Mój ukochany dla pieniędzy pierdoli się nawet z obrzydliwą „szefową”, bo jako osoba bez klasy wytropiłam, że właśnie na tym polega ta jego praca. I na wspólnym chlaniu, bo właścicielka dwuosobowej firmy AMG mocno moczy ryja. Jak mogłam zakochać się w kimś takim?! Usprawiedliwienie – jak się zakochiwałam, to o tym nie wiedziałam. Zakochałam się zupełnie w kimś innym. Dlaczego od razu nie obnażył swej prawdziwej twarzy? A potem już zawsze było za późno. Wpadłam. Czyli kanał.

Wybieramy najtańszy test z kilkunastu. Miał być „o każdej porze” (tak powiedziała pani magister), ale okazał się „poranny”. Muszę czekać do rana… Zapowiada się długa noc.
Ania zostaje, by mnie wspierać. Duchowo. Psychicznie. Żebym miała z kim chlać (czytaj: kulturalnie pić wino). I gadać. Żebym nie była sama. Kochana Ania. W ogóle wszyscy są kochani oprócz ukochanego, którego już nie ma. Okazałam się „kobietą bez klasy”, bo nie akceptowałam kochanki, która mu płaciła za seks. Tak mi powiedział. Z tego, co zauważyłam, kochanka z „pracy” też nie ma klasy, ale o tym nie wspomniał. Klasę ma tylko żona, bo na wszystko się zgadza i o nic nie pyta. Obojętność to życie, czy trwanie?
Moje pytanie skierowane do ukochanego: A czy ty masz klasę? – chciałam sobie wyrobić właściwy pogląd na to zagadnienie – pozostało bez odpowiedzi (podobnie, jak wszystkie inne „trudne” pytania).
Bo mój ukochany jest (to, że już go nie ma, nie oznacza, że nie ma go w ogóle) małomówny. I małoczynny. Po prostu jest (tylko dlatego, że go jeszcze nie zabiłam).

Kończy się wino. Przybywa Kazio z piwem. Ma klucz od domofonu, więc przynajmniej nie dzwoni, tak jak inni. To go, między innymi, wyróżnia. Tak więc ciągłość picia zostaje zachowana. Kazio (jak wszyscy moi znajomi) jest osobą specyficzną. Głosi bezsens miłości, którą nazywa chorobą umysłową. Gdybym nie znała Kazia, nigdy bym nie dostała walentynkowego esemesa treści: „Z okazji święta chorych psychicznie życzę ci szybkiego powrotu do zdrowia”.
Bardzo dowcipne. Znam się i wiem, że nieprędko wrócę do zdrowia, mimo, że ognisko chorobowe – usunięte. Pozornie usunięte. Stan zapalny pozostał…
Kazio wysłał mi tego esemesa, kiedy jeszcze byłam w tym swoim chorym „związku”.
Ale wiedział, że nic z tego nie będzie, bo to przecież – poza wszystkim – jego teoria, którą potwierdzają wszystkie okoliczne i światowe fakty.
Ukochany natomiast przysłał mi e-mailem (czytaj: emalią) w Walentynkową noc kartkę, którą sam wykonał w 3D: róża na tle skały i napis: „Miłość kwitnie i na kamieniu”. Ciekawe, co miał na myśli…
Do rana marzyłam już tylko o tym, żeby nie odwalił mi w to nieszczęsne święto zakochanych żadnego numeru. Chciałam dostać kwiata, pójść z nim do kina („Amelia”), na spacer do parku, do pubu na piwo. Żeby było normalnie. I tak się stało. Cały dzień spędziliśmy razem. Byłam szczęśliwa. Tak mnie to zakręciło, że pochopnie pomyślałam: niczego więcej nie chcę. To mi wystarczy. Tak też się stało. Nie dostałam już więcej niczego dobrego.
Chyba naprawdę trzeba uważać na to, co się mówi i co się myśli.

Tadzio twierdzi, że jestem za mało wymagająca.

Kazio jeśli już uprawia seks, to bez miłości, gdyż jego zdaniem żadne związki się nie układają. I w ogóle nie są możliwe. Sam miał ich kilka i się nie ułożyły. Podobnie u jego znajomych i na całym świecie. Istnieją tylko związki, które się nie układają. Zamiast dążyć do niemożliwego, Kazio znalazł rozwiązanie – z nikim się nie wiązać. Bliskość, oczywiście, tak, ale tylko w przyjaźni (w tym jest dobry i konsekwentny). A seks to zupełnie coś innego.
Nie rozumiem Kazia, ani mu podobnych: Jak coś, co służy tylko i wyłącznie pogłębianiu bliskości, można robić bez pragnienia bliskości?
Kazio jest moim prawdziwym przyjacielem, takim naprawdę na dobre i na złe. Ma cudowne poczucie humoru (zaleta), uwielbia rozmawiać (zaleta) i mówić, czyli wygłaszać niekończące się monologi (wada). Lubi pomagać. Myśli o mnie i cudownie to okazuje. Jest wspaniały, prawy i uczciwy. Zawsze mogę na niego liczyć.

Choć dla Kazia kobieta atrakcyjna seksualnie nie może mieć więcej, niż dwadzieścia pięć lat i ważyć więcej, niż pięćdziesiąt pięć kilo (drastycznie przekraczam te normy), dla Ani zrobił wyjątek: kochał się z nią w Sylwestra i, o dziwo, chce jeszcze się z nią spotykać, ale ona już nie chce. Trafił swój na swojego i… Kazio ma żal do Ani.
I to tylko dlatego, że – w pewien sposób, w końcu jest „tylko” kobietą – kieruje się podobną zasadą w życiu, co on.

Miłość kwitnie i na kamieniu… może to chodzi o to, że on taki kamień, a mimo to moja miłość kwitnie… Na nim jakby…

Wreszcie przychodzi upragniony ranek, kiedy się dowiem, czy popapraniec mnie zapłodnił, czy nie. Czytam instrukcję – dwa paski: w ciąży, jeden pasek: nie w ciąży.
A mnie na duszy ciąży…
Sikam w szklankę, pobieram pipetą dwie krople i zakraplam wgłębienie w błękitnym plastiku. Pięć minut, które trzeba odczekać, trwa całą wieczność. Ania trzyma mnie za rękę. Kazio głośno chrapie. W tej dramatycznej chwili jestem z przyjaciółmi. W końcu na bibułce obok wgłębienia pojawia się tylko jeden fioletowy pasek! Szczęście w nieszczęściu. Tylko do takiego mam szczęście, ale to i tak dużo. Z wrażenia zapomniałam o moczu w szklance, którą postawiłam na stole obok innych z nie dopitym piwem. I właśnie po tę sięgnął ledwo przebudzony, a więc nieprzytomny Kazio. I jakby się zdziwił…
- Dzień zaczyna się od kawy, nie od alkoholu – powiedziałam roztropnie, by nie dopuścić do rozważań, dlaczego piwo aż tak zmieniło smak (cud chwili).

Kazio parę dni później…
Przybywa, jak zwykle z zakupami, bo ja „chwilowo” (chwila trwa już ponad dwa lata) nie zarabiam, zwyczajowo stawia na stole piwa (dużo), siada i zagaja: – Z okazji dnia kobiet (uświadamiam sobie, że jest już marzec) składam ci najserdeczniejsze życzenia, kobieto mego życia, a w prezencie – tu zawiesił głos i uczynił odpowiednią pauzę – pokażę ci… fiutka.
Poczekał na moją reakcję, która tym razem nie była zbyt oryginalna (zwykłe zdziwienie, zazwyczaj stać mnie na więcej) i – chyba jednak rozczarowany moim brakiem fantazji i inteligentnego komentarza (sam jest bardzo inteligentny: zaleta, mówi płynnie i nieustająco: wada) – uzasadnił swoją decyzję: – gdyż znasz się na medycynie. Po czym wyjął swe przyrodzenie, skądinąd dobrze mi znane (wszakże jesteśmy przyjaciółmi) i mym oczom ukazało się coś, co bez namysłu nazwałam grzybem. Ale wysłałam go na badania. Wymaz.
Oto efekt seksu bez miłości. Ja przynajmniej mogę (a może – mogłam) poszczycić się bezwzględną czystością pochwy, co teraz może być wątpliwe z powodu mojego ukochanego, który „robi to” z ”pracodawcą”, który ma męża, który też (podobno) z kimś tam „to robi” (bagno)…
Ja „tego” nie robiłam przez wiele lat, bo czekałam na prawdziwą miłość…

A propos męża „pracodawcy” mojego ukochanego – muszę go odnaleźć i sprawdzić, czy zrobi na nim wrażenie fakt, że jego żona pieprzy się ze swoim jedynym pracownikiem właśnie po to zatrudnionym. Żona mojego ukochanego przyjęła ten fakt z właściwym sobie spokojem – w końcu ma klasę. Nie to, co ja. Ja klasy nie mam, jestem emocjonalna i impulsywna.
Działam pochopnie i nierozważnie. I sama sobie szkodzę. To źle. Trzeba być rozsądnym, zrównoważonym itd., wiadomo. Wtedy zostaje się żoną dyrektora firmy i leje na jego romanse. Klasa. Średnia.

A propos fiutka w ogóle: przypomniało mi się zaraz potem, jak Kazio wyjął swojego, że ja w ogóle mam szczęście do oglądania fiutków z problemami. Kiedyś, na przykład, na imprezie u Leszka, jedynego za komuny producenta w Polsce urządzeń nagłaśniających, czy czegoś w tym rodzaju, jeden z członków zespołu „Rezerwat” zwierzył mi się, że ma problemy z dziewczynami i że najprawdopodobniej jest to spowodowane niewielkim rozmiarem jego członka. Ponieważ był chłopcem nieśmiałym, najpierw stosownie spytał, czy zechciałabym „go” obejrzeć, po czym dyskretnie udaliśmy się do łazienki, gdzie miałam zdiagnozować nieszczęsnego penisa. Muzyk obnażył coś, co w istocie wydało mi się jedynie zaczątkiem tego, co mnie sześć lat wcześniej zapłodniło z efektem urodzenia wymarzonej dziewczynki, i szczerze to wyraziłam. Teraz, kiedy jestem już duża, przyszło mi na myśl, że może trzeba było poprosić o wzwód. Ale wtedy nie przyszło mi to do głowy. A może właśnie był w wzwodzie?
Już nie pamiętam…
Być może przyzwyczajona do tego, że wówczas wszyscy przy mnie wzwodzili, myślałam, że to właśnie stan maksymalny, czyli właściwy? W każdym razie koleś się załamał…
Nie on jeden, bo innym razem w redakcji, gdzie pracowałam, popiliśmy się i ktoś (chyba jednak ja) ogłosił (ogłosiłam) konkurs na największego fiuta.
Kolegom po fachu pomysł się spodobał i znowu padł werdykt. Właścicielem największego okazał się nie tylko bardzo dobry dziennikarz, ale i poeta, a najmniejszego – tylko obiecujący dziennikarz z niewielkim stażem (czyli wprost proporcjonalnie do „zasług”). Nie przewidziałam skutków sprawiedliwej oceny (żadnych łapówek) – ten z najmniejszym obraził się i przez kilka lat się do mnie nie odzywał. Jak miał jakąś sprawę, to wysyłał tego ze średnim. Też mi pośrednik. Niektórzy lubią utrudniać sobie życie.

Sprawa z problematycznymi fiutkami ciągnęła się latami. Oto listy, które przychodziły na moje nazwisko do redakcji (prowadziłam poradnik intymny):

Nazywam się Marcin, mam 19 lat. Mam bardzo częste zwody penisa, bardzo łatwo dochodzi do tych zwodów, Bardzo często gdy jestem z dziewczyna boje się że ona to zauważa, kiedy sie z nią całuje, czy nawet dotykam ją zdarzają mi się te zwody. Nie mam problemu z osiągnieciem orgazmu czy też wytryskiem, ale poprostu jest to dla mnie krępujące kiedy całuje sie z dzieczyną i muszę uważać żeby nie zauważyła że mój członek osiągnął zwód, Wydaje mi się też że jest on bardzo wrażliwy (penis), gdyż jak jade autobusem, i na skutek częstych podskoków też zdarza mi sie samoistny zwód. Co o tym sądzicie – czyżby to był jedynie efekt dojrzewania, można temu jakoś zapobiedz? Bardzo prosze o pomoc, bo na pewno nie pujde z tym do lekarza w moim miescie gdyż nie mam odwagi … Czekam na odpowiedź…

Napisałam mu, że jest zwodniczym chłopcem.

Oto inny liścik:
Mam pytanie, jaka choroba objawia się małymi białymi kropkami dookoła zaczerwienionego prącia. Nie powoduje objawów u innych ani nie rozprzestrzenia się. Nie wywołuje bólu, nie utrudnia oddawania moczu. Nie zmienia również położenia. Za wszelką pomoc dziękuję.

Nazwałam chorobę fachowo, po łacinie: Amanita muscaria (nazwa muchomora :-).

Chyba coś wisi w powietrzu, bo wszyscy moi znajomi – choć nigdy nie byli normalni – teraz powariowali jeszcze bardziej.

Domofon. Gości na maxa, a tu jeszcze pojawia się Krzyś. Psycholog-terapeuta. Po paru piwach zakłada moje body (tak je rozciągnął, że nadaje się już tylko do wyrzucenia, ewentualnie mógłby w nie wejść potwór-szefowa mojego ukochanego) i stwierdza, że odkąd pamięta, dominuje u niego pierwiastek kobiecy. Zawsze to czuł itd. Znika w łazience, by za pół godziny (brak wprawy) ukazać się w pełnym makijażu. Wskakuje na stół i w tańcu eksponuje swoje wdzięki transwestyty, po czym wszystkich obecnych zaprasza do siebie na terapię.
Nikt nie skorzystał. Terapią był krzysiowy występ. Każdy poczuł się aż nadto normalny.
Krzyś, w ciągu dziesięcioletniego burzliwego związku ze starszą od siebie artystką-malarką i tłumaczką snów, pobił rekord rozstańipowrotów (wszystkie inicjowane przez jego kobietę.) Już po trzecim takim „rozstaniu” nikt nie traktował serio jego triumfalnych okrzyków: „uwolniłem się od Lidki!”. Klasyczny przykład pary, która nie może być ani ze sobą, ani bez siebie. Ci od psychologii mają największe problemy z życiem, które przecież jest takie piękne.

Kazio powiedział, że „Życie jest piękne” w aptece to na pewno reklama Geriavitu, albo czegoś w tym rodzaju i żebym go brała, to może mi się polepszy i też tak zacznę myśleć.
Chyba jednak nie zaryzykuję. W poprzedniej rozłące z ukochanym brałam Cipramil (neuroleptyk-antydepresant), który wszystkim pomaga, a mnie po nim tylko bolała głowa.
A tak w ogóle to nadmiar serotoniny raczej mi zaszkodził, bo po trzech miesiącach totalnej męki związanej z rozłąką znowu uwierzyłam (co tłumaczę właśnie nadmiarem serotoniny w mózgu)
w: „kocham cię, przecież wiesz, teraz będzie już bez kłamstw i zdrad”.
A tu jak na złość pracodawca mojego ukochanego – Ewa Kapuścińska, widząc co się święci, że przestał „dla mnie” pić i nie chce już z nią chlać, zaproponowała mojemu Tomkowi znaczną podwyżkę, wynajęcie lokalu (który byłby siedzibą firmy – dotychczas „pracowali” u niej w domu pod nieobecność jej męża, albo w innych dziwnych miejscach) i awans, czyli wizytówki z dumnie brzmiącym: Robert Radecki – dyrektor AMG. (Mój Tomek w swojej kurewskiej działalności zwie się Robert – widocznie uznał, że to imię bardziej do tego pasuje, a urocza kochanka nazywa go czule Robi.) Za to wszystko miał się tylko przestać ze mną spotykać – jeśli nie, nie musi z nią pracować. Takie niewinne ultimatum. Na wszelki wypadek, żeby ułatwić mu podjęcie właściwej decyzji, wykorzystała fakt, że jest „przyjaciółką domu” i wspomniała coś o mnie jego żonie.
A dokładnie było tak: Po nocy spędzonej z moim ukochanym (która nastąpiła po nocy ze mną) tak się wściekła, że jej słodki Robi następną znowu jest ze mną, że zadzwoniła do jego żony,
a na moją komórkę przysłała mu esemesa: „Robi, podjęłam decyzję, już nie chcę z Tobą być, ale ratuj swoją rodzinę”. Wredna suka, nie ma co, ciekawe, że nie musiał ratować swojej rodziny, gdy był z nią. Esemes dotarł dopiero następnego dnia rano, a moje rozstanie z ukochanym – telefoniczne – nastąpiło po południu.
W przeddzień zerwania byliśmy na „Moulin Rouge”. Ja płakałam (tekst piosenki o sile miłości i szczęściu wzajemności), a on mnie czule głaskał (miałam swoje pięć minut). Podobno każdy ma w życiu swoje pięć minut… Moje pięć minut trwało pięć sekund…
To, że ostatnim wspólnym aktem było obejrzenie tego właśnie filmu, jest wielce symboliczne.
Czułam się, jakbym była po drugiej stronie ekranu, jakby ktoś sfilmował to, co właśnie przeżywałam. W „Moulin Rouge” byłam jakby tym młodym pisarzem – z równie tragicznym (bo śmierć może się różnie przejawiać), choć zupełnie innym finałem. Miłość do kogoś, kto uprawia płatny seks – nie ma nic okrutniejszego.

Mnie nikt nie uwierzy, że „oni to robią”, bo patrząc na nią nie da się w to uwierzyć.
Sama bym nigdy nie uwierzyła, gdyby:
a.) w pewnym momencie sprawa nie stała się ewidentna (właściwy trop),
b.) mój ukochany sam się w końcu do tego nie przyznał (potwierdzenie).
A stało się to przed naszym drugim rozstaniem. Luby wyznał mi prawdę na spacerze w mało romantycznej scenerii Dworca Powiśle (klimat socrealistyczny), a potem wystosował do mnie nawet długi list (pełen skruchy i potępienia samego siebie). Przyniósł mi go na dyskietce. Słownictwem uznanym za wzniosłe zapewniał, że bez względu na to, czy będziemy razem, czy nie, zerwie (bo to sprawa jego „honoru”) ten „chory układ”, który jest wynikiem tego, że pił z rozpaczy, że nie mógł być ze mną (biedactwo), pozbawiając się w ten sposób uczuć wyższych, ale ją tylko „jebał”, a w ogóle to wyobrażał sobie, że „kocha się” ze mną, więc to tak, jakby mnie nie zdradzał.
Oczywiście nigdy z nią nie zerwał, bo „ona płakała”, a mój ukochany jest dobrym człowiekiem i nawet muchy by nie skrzywdził, a co dopiero kobietę, która mu płaciła, a także sponsorowała wódę, którą po całych dniach chlali w knajpach i nie tylko (nie tylko w knajpach i nie tylko chlali). W końcu teraz nie tak łatwo o dobrą pracę, zwłaszcza taką, w której nie trzeba pracować i w dodatku połączoną ze sponsoringiem alkoholowym, co nie tylko dla alkoholika jest nie lada atrakcją.
Tylko mnie mógł się przydarzyć taki ukochany.
– Jeśli tyle  o d  t e g o  zależało, pomyślałem sobie: dlaczego nie? – to szczere wyznanie mojego lubego, kiedy spytałam, jak w ogóle do tego mogło dojść, będę słyszała już do końca życia… Tłucze mi się po czaszce jak ognista kula, która wypala moją cenną szarą substancję (najwyższe IQ w mensowskich testach). Może bez mózgu będzie łatwiej…

„Lepszą” story miała chyba tylko moja koleżanka Małgosia, która z tego wszystkiego zaszyła się w swojej pracowni na poddaszu i studiuje kalendarz Majów. Przykleił się do niej koleś (artysta muzyk i malarz w jednej osobie), który konsekwentnie i cierpliwie logował się w jej wielkim domu i barwnym życiu, wytrwale i starannie wyczyszczał teren eliminując – często brutalnie – wszelką konkurencję, (a kręciło się kilku panów, jeden nawet na serio, co oznacza, że dostąpił zaszczytu pewnej wzajemności, co istotne, gdyż Małgosia nie jest zbyt pochopna uczuciowo). Doprowadził jej dzieci do stanu, w którym błagały mamę o takiego właśnie tatusia, co wyrażały wielokrotnie ponawianą prośbą: „wyjdź za niego, on jest taki dobry i nas lubi” (nie wszyscy lubili dzieci Małgosi).
Wreszcie na ciężko wypracowanym, bezpiecznym już gruncie wprowadził ukochaną w swój niezwykle skomplikowany dramat wewnętrzny genialnego artysty. I gdy udało mu się w końcu przekonać nieszczęsną wybrankę, że stanowczo tylko ona może złagodzić jego nieskończony, bezkresny ból istnienia (nikt na świecie mnie tak nie rozumie, jesteś jedyną kobietą, która… itd.), przypadkiem wyszło na jaw, że przez cały ten czas (długo) był jednocześnie w drugim związku… Sam, oczywiście, wymagał wyłączności, czego dowodem były licznie stoczone bitwy na polu walki w postaci przydomowego ogródka Małgosi (do dziś nikt nie naprawił płotu, rośliny – w odróżnieniu od płotu – odrastają same).
A ponieważ z powodu wątłej i mizernej postury przegrywał samcze zmagania, zwyciężał inaczej: Małgosia – rzecz jasna – jako prawdziwa kobieta, czuła i wrażliwa na ludzką krzywdę (plus poczucie sprawiedliwości wyrażające się pomocą słabszemu), zostawała przy rannym, ocierając zwilżoną w zimnej wodzie lnianą ściereczką krew z jego udręczonej płomienną miłością twarzy.
Życie jest piękne.

Kazio nie może się pogodzić z faktem, że był na jedną noc (patrz: wątek z Anią). Rodzi się pytanie: Czy w związku z tym przestaną dziwić go kobiety, które miewa i które potem mają z nim podobny problem?
Nasuwa się odpowiedź: Pewnie nie. Może tych faktów nie skojarzyć (zbyt odległe… dla tak zwanego mężczyzny) – w końcu jest matematykiem. Umysł ścisły.
Acha, to bardzo ważne! Pomyliłam się, to nie był grzyb. Pani doktor powiedziała Kaziowi, że to zwykłe otarcie. Kazio powiedział pani doktor, że to nie może być otarcie, bo nie ma takiego powodu (same nieudane łowy plus zero onanizmu, czego przedstawicielka świata medycznego nie brała pod uwagę). Pani doktor obstawała przy swoim. Ja uwierzyłam pani doktor, Kazio – mnie i na wszelki wypadek kupił odpowiednie maści, którymi członka pieści.

Ostatnio bardzo często odwiedza mnie Tadzio (dawny przyjaciel Tomka), który czuje się w obowiązku pocieszać mnie z powodu utraty ukochanego i straconych złudzeń. Tadzio wie, co to znaczy, bo sam przechodzi to samo (tak twierdzi). Tak się przejął narzuconą sobie rolą, że mi się oświadczył (chyba na niby) i obiecał kupić dobry krem pod oczy (mam nadzieję, że nie na niby). Pod oczami zrobiły mi się straszne zmarszczki od płakania przez ukochanego mego. Tak więc Tadzio chce mi zrekompensować to, czego nigdy nie zaznałam od mej miłości, z którą – jak twierdzi Tadzio – to on mnie poznał i to wszystko przez niego, co jest oczywiście kompletną bzdurą. Tadzio, kraina łagodności i delikatności, muzyk i pedagog, odkąd go pamiętam, zawsze zakochiwał się w mężatkach i zawsze miał problemy. Z żonami (nieswoimi), z kręgosłupem, z chorą mamą, alkoholikiem bratem, potem z dorastającym synem, który został z nim po rozwodzie rodziców, w konsekwencji czego na kilka lat wylądował w więzieniu (na szczęście moda na tatusiów samotnie wychowujących swe dzieci już minęła).
A przez ostatnie sześć lat miał problem z ukochaną, o czym byłam systematycznie i na bieżąco informowana. Bożena była drugą kobietą w jego życiu, która nie była mężatką (sukces). Ale go rzuciła dla innego, który chciał się z nią ożenić, bo Tadzio nie chciał (nie potrafiłby sypiać z własną żoną).
Teraz Tadzio ma problem, żeby go nie rzuciła szkoła, w której pracuje. Jest już chyba najbardziej wykształconym nauczycielem w Polsce – coraz to kończy jakieś studia podyplomowe i pisze prace dyplomowe, żeby nic na niego nie znaleźli (gdyby tak się starał dla Bożeny, pewnie by go nie rzuciła), ale i tak chcą mu się dobrać do skóry. Mimo, że całe życie pracuje w tej samej szkole, gdzie uczy muzyki. Witaj, Tadziu w klubie tych, na których uwziął się los.
Czyli niepełnosprawnych umysłowo. Nie jesteś sam.

Tadzio jest bardzo zakłamany. Miał kiedyś kochankę – swoim zwyczajem mężatkę, oczywiście, i raz zdarzyło się tak, że wszyscy troje (tz. Tadzio, mężatka i jej mąż) razem znaleźli się na jakimś przyjęciu. Mężatka, popiwszy sobie, zaczęła tulić się do Tadzia, na co on zareagował usztywnieniem i udawaniem, że nie wie, o co jej chodzi, gdyż obok znajdował się mąż mężatki.
- Wczoraj mnie pierdoliłeś, a dzisiaj nawet pocałować mnie nie chcesz – powiedziała  g ł o ś n o  rozżalona mężatka.
Mąż się sprawą nie przejął, widać obojętne mu było cierpienie żony, natomiast Tadzio przejął się bardzo wyznaniem swojej kochanki.
- Jak ona mogła tak powiedzieć?! – rzekł do mnie mocno oburzony.
Bliższa mi była postawa mężatki.

Agnieszka i Wojtek są normalni i bardzo sprawni umysłowo. Oboje skończyli weterynarię, kochają zwierzątka (kiedyś nakrzyczeli na swoje dziecko za to, że zabiło robaczka, a robaczek też chce żyć) i pracują w dwóch różnych firmach farmaceutycznych. Agnieszka nigdy nie zakochałaby się w takim, na przykład, Tomku, bo ona przyciąga tylko normalnych mężczyzn. Przyciągnęła Wojtka i tak już zostało. Bo życie normalnych ludzi jest stabilne (nie mylić z debilne, wszyscy dążymy do stabilizacji, a nie do debilizacji).

Wojtek jest normalny. Śpi po pracy, potem chodzi, zrzędzi i stęka, jęczy i marudzi, klepie się po brzuchu, od czasu do czasu pojawia się w kuchni, żeby coś przekąsić, podobnie jak jego suczka Dunia.
Każdego wieczoru odprowadza samochód (służbowego forda Mondeo) do garażu.
Potem gapi się w swojego kompa (internet). Obok dziecko gapi się w swojego kompa (gry). (A potem mają mu za złe, że zabija robaka:-). W drugim pokoju Agnieszka gapi się we wspólny telewizor (serial). Pies siedzi obok i też gapi się w telewizor, co jakiś czas leniwie przechadza się do kuchni, do swoich misek. Czasami spotyka tam swojego pana, który – jako reprezentant naczelnych – ma swoje miski metr wyżej. Czyż życie rodzinne nie jest największą wartością?
Wojtek każdego ranka wychodzi z (moim byłym, czyli porwanym przez nich) psem i dzieckiem (własnym, nie porwanym), i idzie (spacer) do zagranicznego samochodu w garażu (nie każdy, kto ma samochód, ma garaż). Dziecko zawozi do szkoły, potem psa odwozi do domu i jedzie do pracy. W eleganckim, ciemnym garniturze, krawacie i nieskazitelnej jasnej koszuli, którą sam prasuje (pierze – pralka, do pralki wkłada Agnieszka. Z pralki wyjmują i wieszają na zmianę: małżeństwo doskonałe).

Wojtek dzieli ludzi na dwie kategorie: z wyższym wykształceniem i znajomością języka angielskiego, i bez. Każdy, kto nie jest przynajmniej magistrem i nie zna języka, którym, po hiszpańskim, porozumiewa się największa liczba ludzi na świecie, jest dla niego zerem, z którym nie należy się zadawać.
Nawet, gdyby ktoś utknął na ostatnim roku i znał wszystkie języki świata poza angielskim.
- Taki jest mój wyznacznik. Trzeba się czymś w życiu kierować – twierdzi.
Ja plasuję się na miejscu zera utalentowanego (od angielskiego wolę francuski).
Zauważyłam, że taki podział jest charakterystyczny dla osób, którym się udało i tłuką kasę. Przodownikami w tej dziedzinie są japiszony.

Kiedyś się z Wojtkiem bardzo pokłóciłam, bo opowiadałam o nasercowych właściwościach naparstnicy i jej wyjątkowym pięknie podczas kwitnienia, a on się uparł, że mówię o narecznicy.
No to ja mu na to, że narecznica to paproć i nie ma kwiatów, a naparstnica z trędownikowatych jest (przed oczami miałam wizerunki obu roślin), i że się nie mylę, a on mi na to, że to on miał na weterynarii zajęcia z botaniki, a nie ja, więc to on ma rację. Więc mu wyjaśniam, że o narecznicy jest w podręcznikach kilka kartek dalej – po naparstnicy i że mu się pomyliło. I że pomyliło mu się pewnie też dlatego, że wyciąg eterowy narecznicy jest używany w weterynarii jako środek przeciw tasiemcowi i z tego względu prawdopodobnie tej roślinie poświęcono więcej uwagi.
Nigdy nie przyznał mi racji, choć jako pracownik firmy farmaceutycznej wyrabiającej leki nasercowe nie powinien mieć wątpliwości co do przedstawicielki flory zawierającej glikozydy nasercowe.
Już dawno zauważyłam, że mężczyznom trudno przychodzi (albo nie przychodzi w ogóle) przyznanie się do błędu.

Od czasu tej sprzeczki wszystkie rośliny w obecności Wojtka nazywam narecznicą. A okazji ku temu jest wiele, gdyż często wyjeżdżamy z naszymi psami w plener.
- O! Jaka piękna narecznica – zachwycam się przyrodą.
Wojtek nigdy nie zarzucił mi złośliwości. Widać cieszy go świat pełen paproci.

Ale najważniejsze w Wojtku jest to, że kocha Agnieszkę. Kupuje jej kwiaty, pisze miłosne kartki i robi miłosne prezenty (widziałam to na własne oczy). I choć Agnieszka nie lubi romantycznych klimatów i nie uzewnętrznia swoich uczuć, w głębi duszy bardzo ją to cieszy.
No i jak na prawdziwego mężczyznę przystało, Wojtek dużo zarabia. Agnieszka – jako kobieta nowoczesna i niezależna – też.

I też jest normalna. Jest 3 x k: konkretna, konsekwentna, kobieca (kokietka kontrolowana). Czyli: cool (czytaj: kul). 3 x k to recepta na sukces. Agnes nie rozumie, jak w życiu może się dziać co innego, niż to, czego się konkretnie chce i konkretnie oczekuje (kwantowa teoria świata). W życiu Agnieszki wydarza się tylko to, co ona sobie zaplanuje (nie los, nie ktoś, tylko ona sama). Bo Agnieszka jest dojrzała i umie świadomie kierować swoim życiem. Jej się nic nie przytrafia. Ot, tak, samo z siebie. Żadnych nieprzyjemnych niespodzianek. Naprawdę! No, może poza jednym wyjątkiem… Mną. Ale to była, oczywiście, przyjemna niespodzianka. W przypadku ludzi normalnych – niespodzianki przyjemne są dopuszczalne. Mogą się zdarzyć.
Nasze drogi nigdy by się nie połączyły (ja – chodzę, albo – bardzo niechętnie i zawsze na gapę – korzystam z masowej komunikacji, na ogół miejskiej, oni – jeżdżą samochodem), gdyby nie nasza miłość do zwierzątek. Sprzątnęli mi spod Geanta psa, myśląc, że jest bezpański (bo wcześniej też go widzieli, jak biegał – bez obroży – gdzie indziej, ale mnie nie widzieli, choć również nie miałam obroży). Po miesiącu tropienia (z policją i bez) dotarłam do swojej własności, która sobie jakby nigdy nic zamieszkała trzy ulice dalej i zamiast tęsknić, bezwstydnie rozkładała się na wielkiej skórzanej kanapie, czarnej jak jej sierść, zajadała amerykańską karmę suchą (+ wieczorem obowiązkowo „żywy” ochłap), a jeśli przyszło jej czekać pod Geantem, to było to bezpieczne spoczywanie w eleganckim samochodzie, za uchyloną szybą (dopływ świeżego powietrza), lub przy włączonej klimatyzacji. Przekupna suka (czytaj: ekskluzywna kobieta). Zostawiłam im ją (miałam jeszcze drugą, jej mamę, której nikt nie zabrał, gdy czekała na mnie pod sklepem i która mnie kochała).
W ten oto sposób w życiu Agnieszki wyjątkowo wydarzyło się coś zupełnie niezaplanowanego…
Zazdroszczę Agnes. Jej się naprawdę układa „po myśli”.
Słuchają jej: pies, dziecko, mąż (kolejność właściwa). Mnie nie słucha: ani pies, ani dziecko, ani facet, którego nie mam. Jak prosiłam Tomka, żeby nie „spędzał tyle czasu” ze swoją szefową, to mnie w ogóle nie posłuchał. – Przecież to praca – powiadał. – Muszę zarabiać. (Ponieważ jest dobrym mężem, całą kasę oddawał żonie, w związku z czym prawie nigdy nie miał pieniędzy. Oto, co nas łączyło – oboje byliśmy biedni.)
Jestem biedna i nieszczęśliwa, a Agnes jest bogata i szczęśliwa. Bardzo się uzupełniamy.

Agnieszka, choć mocno stąpa po ziemi i jest tak zwaną realistką, nie zawsze ma właściwe – z punktu widzenia społecznego – postrzeganie rzeczywistości. Wynika to z tego, że nie korzysta z transportu publicznego. Odizolowanie od świata zewnętrznego poprzez poruszanie się za pomocą samochodu powoduje nieznajomość realiów panujących w najzwyklejszym chociażby autobusie. Przetestowałam to na prostym przykładzie. Oczywiście w kontekście naszej wspólnej miłości do najkochańszych na świecie stworzeń, czyli zwierzątek.
Opowiedziałam jej początek historii, jak to weszłam do autobusu z moją najłagodniejszą na świecie charcicą angielską bez kagańca. Zazwyczaj to nikomu nie przeszkadza, pies jest na specjalnej, króciutkiej smyczy, tak że właściwie trzymam go przy sobie za obrożę, a w plecaku zawsze obowiązkowo noszę książeczkę szczepień, ale raz na jakiś czas, bardzo rzadko, zdarza się, że kierowca każe mi wyjść z autobusu i nie rusza, dopóki tego nie uczynię. Ponieważ musiałam przeprowadzić doświadczenie socjologiczne, nie mogłam, tak jak zwykle, od razu opuścić pojazdu w celu uniknięcia konfliktu.

Obserwacje: na początku ludzie są po stronie psa i jego właściciela (kolejność właściwa), lecz stopniowo, w miarę upływającego czasu (autobus wciąż stoi) nastroje ludu się zmieniają – agresja skierowana przeciwko kierowcy zmienia kierunek i z coraz większym natężeniem zmierza ku właścicielowi zwierzaka. Nieukrywana pierwotnie sympatia do pieska (zwierzątka futerkowe łagodzą obyczaje) ustępuje miejsca zniecierpliwieniu, a następnie coraz silniejszym emocjom negatywnym.
- Mamusiu, dlaczego nie jedziemy?
- Bo czekamy, aż ta pani (tu następuje złowrogi błysk w oku) wyjdzie z autobusu.
I lud zaczyna się burzyć.
(Czasami może się zdarzyć, że jakaś jednostka pozostaje do końca wierna swoim przekonaniom – doświadczenie co jakiś czas ponawiałam, ponieważ tego wymaga prawidłowo przeprowadzone badanie naukowe.)

Zatrzymałam swoją opowieść w miejscu, gdy kierowca kazał mi opuścić pojazd.
- No i jak myślisz, Agnieszko? Po czyjej stronie stanęli ludzie i jak skończyła się ta historia?
Byłam przekonana, że – jako realistka – da prawidłową (społecznie) odpowiedź.
Agnieszka bez namysłu odpowiedziała, że na pewno po mojej stronie i że pasażerowie przekonali kierowcę.
Swoją odpowiedź zargumentowała między innymi czasem trwania story, co już pozwalało ocenić psa jako spokojnego i nie wadzącego nikomu.
Niestety, logiczne myślenie nie sprawdza się w życiu zbiorowym, które kieruje się swoją własną, nielogiczną logiką.

Takie są skutki alienacji w pojazdach indywidualnych.

W ten sposób dowiedziałam się, że Agnieszka jest realistką-indywidualistką (a nawet idealistką) i świetnie sobie daje radę z poszczególnymi jednostkami, ale nie ma pojęcia o psychologii tłumu – czyli o jednostkach zmasowionych.
Prawa rządzące w społeczeństwie są bezlitosne, bowiem tłum jest bezmyślny i okrutny – człowiek w masie zatraca swój indywidualizm i ”ludzkość”, ulega „kierownikowi”, który stosuje szantaż: albo przyjmiecie moje warunki i będziecie mogli funkcjonować, albo nie. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, które zostają brutalnie eliminowane.
W przypadku psa w autobusie wszyscy solidarnie mogliby opuścić pojazd i pojechać następnym dla obrony własnych przekonań. I każdy z osobna by tak zrobił. Lecz w masie jest inaczej – tłum dla doraźnej wygody przyjmuje warunki jednostki rządzącej (w tym wypadku – kierowcy).

Muszę jednak ujawnić, że test przeprowadzany był z niezwykłym, wyjątkowo sympatycznym psem (podobno właściciele upodabniają się do swoich czteronożnych przyjaciół), który zawsze i wszędzie wzbudza bezgraniczny zachwyt, a nawet uwielbienie. Prawdopodobnie, gdyby to był zwykły pies, badania dałyby inny wynik – kierowca od razu zyskałby swoich zwolenników.

Wykorzystując niezwykłe właściwości mojej suczki, z którą nie umiałam się rozstawać, chodziłam z nią wszędzie – do pracy, na konferencje prasowe, wernisaże… Jedna z dziennikarek, Agata Bleja napisała wówczas o mnie w jednej ze swoich prasowych relacji, że czynię tak, gdyż co dwie głowy to nie jedna (czytaj: blondynki muszą wzywać posiłki).

Przerwa na poezję – poemat mistyczny inspirowany głębokim uczuciem do popaprańca negatywnego. To było wtedy, gdy całe noce chodziliśmy po mieście mówiąc sobie swoje ulubione wiersze, przytulając się i rozmawiając. To było takie romantyczne…

Przenikanie światów
…gdy sobie tak chodzimy w ciemność otuleni,
barwę, nazwę, kształt, wagę i wymiar
w dźwięczną płynność zmienia noc olbrzymia,
mosty tracą kres, zjawia się dużo bram i ulic
starych, jak tamten świat, z którego przyszliśmy…

Przed nami stanął pałac, a w nim siedem komnat,
każda następna piękniejsza od poprzedniej.
Weszliśmy do pierwszej. Trochę było obco.
Splątane myśli, uczucia i pustka…
Bo ta komnata nie była urządzona.

Chcemy wejść do następnej…
Najpierw tylko szparka
drzwi uchylonych wlała trochę światła.
Zmęczeni ciemnością komnaty bez okien
przekroczyliśmy próg tajemnicy drugiej.
Tu było piękniej, jaśniej i przytulniej,
choć sala duża i bez wielu sprzętów.
W walce z pożądaniem i namiętnościami
spędziliśmy tam czas – każdy w innym miejscu.

Nie było mnie widać zza wielkiego lustra
w złoconej ramie z motywem roślinnym.
Czesałam włosy, by cię nimi opleść.
Ty schowałeś się w najniższej szufladzie komody,
gdzie jeszcze ciągle rządziły instynkty.
Ptak za oknem śpiewał wciąż to samo,
lecz była to tylko moja muzyka.
W twojej komodzie panowała cisza…
I ledwo cię poznałam, gdy się z niej podniosłeś
niczym człowiek pierwotny z jaskini głębokiej.

Trzecia komnata była jeszcze większa,
pełna bogatych mebli obitych w materię.
I choć cielesność jeszcze namacalna,
duch oblał przestrzeń zmysłów – niczym motyl
bezgłośnie wleciał do pokoju barwny
jak marzenia nigdy niespełnione.
I przenikając każdą szparkę zmysłów
przemieniał emocje w coś nieuchwytnego –
tak jakby łaska spłynęła na myśli udręczone
i ugasiła niepokój motyli w pułapce.

Trzeba się przedostać do komnaty czwartej,
by nie zawracać w pół drogi bez sensu?
Michał Anioł chyba tamte drzwi wyrzeźbił –
piękne, niczym ołtarz, przerażały swym ciężarem.
Da się je otworzyć? Ustąpiły lekko, bo były gotowe.

W czwartej komnacie jest już prawie wszystko,
można prowadzić życie doskonałe.
Odpoczywają nasze dusze, ciała.
Myśli się układają jak złote firany.
Jest tak spokojnie i kontemplacyjnie…
Lecz trzy komnaty – każda nieco wyżej –
czekają na nas, by nadać sens byciu.

Obecność naszą czujemy już silniej,
Jakaś energia poraża motyle.
Wlatują lekkie, jak dotyk w zachwycie.
Siadają na nas – nie mają ciężaru.
Gdyby nie oczy otwarte, nie byłoby ich wcale.
Skrzydełka drgają – ciała w pożądaniu,
ale nie rozkoszy – wtedy trzepoczą silniej
i dają się poczuć.

W piątej komnacie szeroko otwarte okna.
Za nimi ogród – raj w zasięgu ręki.
Firany ciężkie od złotych nici – jak myśli
skupione w jednym miejscu odsłaniają wolność.
Jednoczą się nasze dusze, ciała
w uwolnionych od lęku pragnieniach.
Widok ogrodu – nadzieja. Milczenie w tęsknocie…

Szósta komnata to prawie sam ogród.
Taras z widokiem na niebo i świat cały.
Cudowność natury poraża do głębi.
Odkrywamy cud mistycznej ekstazy
i rozkosz w wieczność bez kresu.
Zaręczyny z najwyższym pięknem,
miłość w każdym płatku, liściu i w nas
wolność w jedności duszy z ciałem – jak motyl.

Siódmej komnaty opisać się nie da.
Duchowe zaślubiny to zbyt małe słowa.
Przemieniające zjednoczenie w najwyższym zachwycie
kontemplacji piękna, które w nas i poza nami.
I nie przeraża fakt, że już po nic nie można sięgnąć.
Ostateczny cel – rozpłynięcie się na wielość w jedności.
Poznawanie świata, cokolwiek to znaczy.
A znaczy przenikanie się wzajemne i dalej,
by znowu powrócić i znowu przenikać,
dzieląc się darami wszechświata i własnym poznaniem.
To takie wszechobejmujące pulsowanie.


  • RSS